Album Rodzinny. Życie ze skrzydłami sokolimi

Barbara Skopińska
Autorka dzisiejszych wspomnień Barbara Skopińska na pierwszej wystawie albumowej „Nowości” w Muzeum Etnograficznym w Toruniu w grudniu 2008 roku Fot. Archiwum
Autorka dzisiejszych wspomnień Barbara Skopińska na pierwszej wystawie albumowej „Nowości” w Muzeum Etnograficznym w Toruniu w grudniu 2008 roku Fot. Archiwum
Rodzice moi, Helena i Antoni Poznańscy, prowadzili przed wojną w Grudziądzu sklep rzeźnicki przy ulicy Wybickiego 44. Ja się w tym domu urodziłam w 1931 roku.

[break]
Rodzicom dobrze się powodziło i dlatego moja Mamusia z kuzynką, siostrą zakonną, pojechały do Lourdes prosząc o zdrowie i błogosławieństwo Boże. Kiedy powróciły, opowiadały Tacie o tym cudownym miejscu.

Wtedy w rodzinie narodził się pomysł, aby taką grotę, jaka jest w Lourdes, postawić blisko nas, aby wszyscy mogli się modlić. Tata pojechał do swoich rodziców, a moich dziadków, Katarzyny i Józefa, którzy pod Grudziądzem w Rywałdzie prowadzili duże gospodarstwo rolne. Nadal jest ono w rękach rodziny. Tak więc razem z dziadkami postanowili sfinansować budowę takiej groty na cmentarzu, w pobliżu zabytkowego kościoła. Grota nadal stoi i jest tabliczka, kto ją postawił.

Piękny jest kościół i klasztor, w którym UB więziło prymasa Polski, ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego. Kiedy ksiądz Prymas we wrześniu 1972 roku koronował cudowną figurę Matki Boskiej Rywałdzkiej, ja też tam byłam w tłumie licznie przybyłych wiernych. Wtedy miałam zdrowe nogi, teraz ciężko się człowiekowi poruszać. I tak mam Matce Boskiej za co dziękować, że jeszcze chodzę, a zdrowie i pamięć, jak na tak wcześnie urodzoną, nie są najgorsze.

Z sokołem przez życie

Z mojego pokolenia już niewiele znajomych, krewnych chodzi po tym świecie. Przed trzema laty zmarła o trzy lata starsza ode mnie kochana siostra Anna.

W 1932 roku, kiedy miałam roczek, rodzice przeprowadzili się z Grudziądza do Torunia. Początkowo mieli rzeźnicki sklep przy Rynku Nowomiejskim, a potem, już pod koniec życia, przy ulicy Kopernika 31.

Moi rodzice, jak i teściowe czynnie udzielali się w „Sokole”, towarzystwie patriotyczno-sportowym, gdzie wychowanie młodego pokolenia łączono z popularyzacją, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, zdrowego sportowego stylu życia.

Przed wojną wraz z siostrą Anną i mamą, oczywiście w sokolim stroju, w kapelusiku z piórkiem, uczestniczyłyśmy w zjeździe stowarzyszenia w Golubiu-Dobrzyniu. Z siostrą należałyśmy do dziecięcej sokolej drużyny.

Do dziś pamiętam refren hymnu: „Hej, bracia, kto ptakiem przelecieć chce świat, niech skrzydła sokole od młodych ma lat”.
W albumie mam wiele zdjęć moich rodziców Heleny i Alojzego Poznańskich oraz rodziców męża, Ludwika i Władysławy Skopińskich w sokolich strojach.

Dział wojskowy u teściów

Teściowe, chociaż nigdy ich tak nie nazywałam, bo byli dla mnie kimś znacznie bliższym, prowadzili zakład krawiecki w Grudziądzu przy ulicy Groblowej.
W 1928 roku reklamowali się w następujący sposób: „Firma kieruje się amerykańska zasadą, że tylko dobry towar jest tani, a najdroższa jest tandeta. Zakład posiada dział miarowy, zatrudniając pierwszorzędne siły krawieckie. Specjalnością zakładu jest dział wojskowy, w którym to dziale jest bezkonkurencyjny, dlatego firma liczy w szeregach swoich klientów cywilnych bardzo dużo wojskowych, którzy zaspokajają tu swoje potrzeby odzieżowe”.

Takie całostronicowe ogłoszenie ukazało się na 10-lecie towarzystw kupieckich.

Rodzice męża przeżyli największą tragedię, jaka może spotkać ojca i matkę: pochowali swoje dzieci. Najmłodszy ich syn Eugeniusz zmarł na dyfteryt w Wigilię, córka Urszula zmarła podczas wojny na padaczkę, Mirek, uczeń klasy maturalnej, utopił się w morzu podczas wakacji. Z całej czwórki ich dzieci wieku dojrzałego doczekał tylko najstarszy syn Henryk, mój mąż.

Po ślubie rodzice męża wzięli nas do siebie. W 1952 roku z Torunia przeprowadziłam się - można powiedzieć wróciłam - do Grudziądza. W ich grudziądzkim mieszkaniu przeżyliśmy szczęśliwie ponad czterdzieści lat. Teściowa u schyłku swojego życia musiała jeszcze pochować ostatnie swoje dziecko, mojego męża. Przeżyła go o rok.

Myślę, że rodzice męża i moi patrzą z góry i się cieszą, że ktoś o nich pamięta i myśli. Ja też najlepiej się czuję, przeglądając rodzinne fotografie, wspominając czasy, kiedy wydawało się, że wszystko jeszcze jest przed nami...

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie