Aleksander Doba nie żyje. Zmarł podczas zdobywania Kilimandżaro

Marek Weckwerth
Marek Weckwerth
Aleksander Doba, największy kajakarz - podróżnik na świecie, był częstym gościem podczas zimowych spływów na Brdzie. Tu - na starcie w Mylofie - podpisuje wiosło Fot. Marek Weckwerth
Aleksander Doba, największy polski i jeden z najsłynniejszych kajakarzy-podróżników na świecie zmarł 22 lutego. Zdobywał najwyższy szczyt Afryki (5 895 m n.p.m.).

Zobacz wideo: WOŚP 2021. Podsumowanie zbiórki pieniędzy w Bydgoszczy

Tragiczną wiadomość podali pogrążeni w żalu żona, synowie, synowe i wnuczki. Napisali, że zmarł śmiercią podróżnika, spełniając swoje marzenia.

Stracił przytomność na szczycie

Łukasz Nowak, organizator wyprawy na Kilimandżaro (Klub Podróżników Soliści) powiedział w rozmowie z Polsat News, że Doba zdobył szczyt w poniedziałek, 22 lutego o godz. 11. Przed wykonaniem zdjęcia na szczycie poprosił o dwie minuty odpoczynku. Chwilę później stracił przytomność, a zaraz później funkcje życiowe.

Inżynier z podróżniczą pasją

Pan Aleksander był mieszkańcem poszczecińskich Polic, emerytowanym inżynierem tamtejszych zakładów chemicznych. Trzykrotnie przepłynął w kajaku samotnie Ocean Atlantycki, a suma jego kajakowych dokonań już kilka lat temu przekroczyła 100 tysięcy kilometrów. Żaden inny kajakarz na świecie nie może pochwalić się takim osiągnięciem. W plebiscycie amerykańskiego wydania "National Geographic" zdobył tytuł "Podróżnika Roku 2015".

Nasz kajak rozbiliśmy na Białce

Był przyjacielem chyba wszystkich kajakarzy - turystów w Polsce, także autora tego smutnego tekstu, z którym poznał się w połowie lat 80. XX wieku na przystani bydgoskiego ogniska TKKF „Orzeł” nad Brdą.

Z silną ekipą „orłowską” pojechaliśmy wtedy na spływ górskimi rzekami. Płynąc jednym kajakiem tatrzańską Białką nie mogliśmy się dogadać, którą stroną ominąć skalistą wyspę i z impetem w nią rąbnęliśmy. Potem przez pół godziny wydobywaliśmy przypartą silnym nurtem do skał łajbę z lodowatej wody.

To też może Cię zainteresować

Tak zaczęła się nasza przyjaźń, która trwała do tej tragicznej wiadomość z Kilimandżaro. Często spotykaliśmy się na pomorskich rzekach, zwłaszcza nad Brdzie i Wdzie, bywało że jako instruktorzy kajakarstwa prowadziliśmy wspólne spływy. Na spływach, w kaszubskich stanicach wodnych, na różnych imprezach przegadaliśmy wiele godzin. On mówił znacznie więcej – co oczywiste – a ja spijałem każde jego słowo, często jej notowałem...

Zaczęło się od roweru i pieszych wędrówek

- Chęć poznawania świata zawdzięczam rodzicom. Moimi pasjami była turystyka rowerowa, piesza, górska, żeglarstwo, szybownictwo, skoki spadochronowe. Kajakarstwem zaś zainteresowałem się mając już 34 lata, na mojej - jak się potem okazało - ulubionej rzece Drawie. Czyli byłem już starym człowiekiem – śmiał się Aleksander Doba, gdy snuł swoją opowieść w lipcu 2018 roku w Stanicy Wodnej PTTK nad jeziorem Witoczno. Słuchało go z zapartym tchem ok. 100 uczestników spływu Zbrzycą i Brdą.

Wtedy - w latach 80. XX wieku – Aleksander po raz pierwszy wyjechał w towarzystwie „orłów” na górskie rzeki.

- Mieli kaski, co mnie zaskoczyło, bo nie widziałem jeszcze kajakarzy w takim nakryciu głowy. Przydały się, bo rzeki były trudne, ale ekipa była fajna – przyznał po latach kajakarz z Polic.

A może na morze...

Pływał po rzekach i jeziorach, ale kusiło go także morze. Za komuny wypływanie na morze było zabronione. Ale i tak pływał nielegalnie i często zatrzymywały go Wojska Ochrony Pogranicza.

- Żołnierze pytali co robię na morzu? A ja odpowiadałem same głupoty, że jakoby myślałem, iż to jezioro – kontynuował Doba. - Potem popłynąłem dalej, a że mieszkam w Policach nad morzem, więc wymyśliłem wyprawę w 80 dni dookoła Morza Bałtyckiego. To była wielka frajda. Ale moją najwspanialszą wyprawą była ta, którą nazwałem Kajakiem za Koło Podbiegunowe - z Polic do Narwiku.

Wyprawa zajęła mu 101 dni. To 5369 kilometrów.

Polskę przepłynął wzdłuż i wszerz

Zanim Aleksander wyruszył na ocean, przepłynął też m.in. Polskę po przekątnej z Przemyśla do Świnoujścia (1189 km), w roku 1991 jako pierwszy kajakarz po wojnie przepłynął graniczną Nysę Łużycką oraz Odrę, zaś w tym samym roku jako pierwszy kajakarz przepłynął Cieśninę Piławską kontrolowaną przez ZSRR. Na koncie ma również opłynięcie jeziora Bajkał (prawie 2 tys. km) i spłynięcie Angary do Irkucka. Płynął też Amazonką, gdzie napadli go bandyci.

Na Atlantyku

Pomysł przepłynięcia Atlantyku nie był jego, ale Pawła Napierały, filozofa, pracownika naukowego Uniwersytetu Zielonogórskiego. Wybierał się kajakiem na Bałtyk i trafił do niego.

To też może Cię zainteresować

- To był szurnięty pomysł, opowiadał bajki, a ja traktowałem go poważnie. Paweł zawrócił mi w głowie, bo jako filozof miał dar przekonywania. Ten jego dar przebił nawet moją rzeczowość inżynierską. Wystartowaliśmy z Ghany. Szczerze mówiąc już na Atlantyku straciłem wiarę, że na takich kajakach, a były to zwykłe turystyczne dwójki, da się przepłynąć wielką wodę. Założyłem więc, że popływamy wzdłuż Afryki i wrócimy. Skończyło się na 42 godzinach, bo na ląd cofnęły nas wiatry i prądy. Pozostał wielki niedosyt – opowiadał Doba.

Jednak ta przygoda zainspirowała go - na małej kartce naszkicował jak powinien wyglądać kajak, który da sobie radę na Atlantyku. Miał mieć 7 m długości, jeden metr szeroki, z kabiną z przodu. Miał być niezatapialny i sam wracać po wywrotce do równej stępki. Tak kajakarz trafił do morskiej stoczni jachtowej Andrzeja Armińskiego w Szczecinie.

- Niech mi pan zbuduje kajak oceaniczny, bo chcę w nim przepłynąć Atlantyk! - poprosił wtedy Doba. Armiński zbudował mu taki kajak.

Wielką wodę pokonał po raz pierwszy na przełomie lat 2010 i 2011 przepływając w 99 dni z Dakaru w Senegalu do wybrzeża Brazylii. Drugi raz zmierzył się z Atlantykiem na przełomie 2013 i 2014 roku płynąc 167 dni z Lizbony na Florydę. Był na wodzie tak długo, bo to najszersze miejsce na Atlantyku (4500 mil morskich). Po raz trzeci rzucił wyzwanie oceanicznym żywiołom w roku 2017 płynąc 110 dni z Nowego Jorku do Francji.

Podczas bardzo wielu prelekcji w całej Polsce (także w szkołach podstawowych swojego imienia w Gdańsku oraz w Iwięcinie k. Sianowa) kajakarz opowiadał o perypetiach związanych z atlantyckimi wyprawami, o awariach steru i elektrycznej odsalarki wody, spotkaniach z rekinami i wielorybami, no i o walce ze sztormami (najsilniejszy osiągnął 10 stopni w skali Beauforta), z falami dochodzącymi 10 metrów wysokości.

W drugiej wyprawie przez 40 dni płynął przez osnuty złą sławą Trójkąt Bermudzki, który pochłonął w niewyjaśnionych okolicznościach mnóstwo statków i samolotów.

Nie chciał już wracać na ocean

Kilka lat temu wielki podróżnik oznajmił, że już nie wybierze się kajakiem na ocean. Będzie za to realizował plany różnych lądowych przedsięwzięć i oczywiście będzie pływać rzekami. Będzie nam Go bardzo brakowało!

Wideo

Materiał oryginalny: Aleksander Doba nie żyje. Zmarł podczas zdobywania Kilimandżaro - Gazeta Pomorska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie