Australijscy jeńcy w niemieckim obozie w Toruniu [ALBUM...

Australijscy jeńcy w niemieckim obozie w Toruniu [ALBUM RODZINNY]

Paweł Bukowski

Nowości Dziennik Toruński

Aktualizacja:

Nowości Dziennik Toruński

Uroczysta parada australijskich jeńców pod narodową flagą przed sportowymi zawodami w niemieckim obozie w Toruniu.
1/4
przejdź do galerii

Uroczysta parada australijskich jeńców pod narodową flagą przed sportowymi zawodami w niemieckim obozie w Toruniu.
©Archiwum

Australijscy jeńcy wojenny zostali osadzeni w niemieckim Stalagu XXA w Toruniu w grudniu 1941 roku. Przywieziono ich tutaj z Grecji w liczbie około 200. Niektórzy pędzili nawet whisky. Obraz obozowego życia, wyłaniający się z pamiętników australijskich jeńców, wygląda na sielankę, ale to tylko pozory.
Byli to głównie żołnierze Australijskich Służb Medycznych, wzięci do niewoli m.in w Afryce Północnej. Osadzono ich w Forcie XV.

Na mocy praw gwarantowanych przez Konwencję Genewską, Australijczycy odmówili przymusowej pracy i domagali się wypuszczenia ich z obozu, jako żołnierzy niosących pomoc na polu walki. Niemcy odmówili. W tych okolicznościach duża część jeńców podjęła ochotniczo służbę medyczną w obozowym szpitalu, który mieścił się w Forcie XIV, oraz w lazarecie wojskowym w centrum miasta. Pozostali szukali sobie zajęcia w Forcie XV. Wiemy, że Australijczyków było ok. 200. Zajmowali sześć z 30 fortecznych izb (w każdej przebywało ok. 32 żołnierzy).

Sportowe turnieje



Przyjazd do Polski w grudniu 1941 roku był dla nich olbrzymim szokiem. Mroźne temperatury (przy letnim umundurowaniu) szybko dały się we znaki. Podobnie śnieg, który wielu widziało po raz pierwszy. W pozostawionych pamiętnikach czytamy, że w Forcie XV natrafili „na wyjątkowo znudzonych i stetryczałych Francuzów i Brytyjczyków”. Dowiadujemy się także, że za ich sprawą w obozie pełną parą ruszyło życie kulturalne i sportowe. Czytamy o międzynarodowej lidze krykieta, koszykówki i rugby. Turnieje organizowano z bogatą oprawą. Na inaugurację odbywały się uroczyste parady drużyn, zwycięzcy otrzymywali nagrody i pamiątkowe medale. Dodatkową rozrywką były wystawiane sztuki teatralne oraz koncerty muzyczne. Brzmi to dość nieprawdopodobnie, ale dwóch jeńców pędziło w obozie także whisky…



Oczywiście takie historie dają sielankowy obraz wojny, ale pamiętajmy, że wspomniane rozrywki były tylko odskocznią od szarości obozowego życia. Wspomnienia dostarczają wielu smutnych świadectw o tęsknocie, samotności i ciągłej niepewności.

Pragnienie wolności było powodem wielu ucieczek. Chociaż żadna nie zakończyła się pełnym powodzeniem, to kilku śmiałkom udało się wyjechać z miasta. Jeden z jeńców został zdradzony przez swoich polskich przewodników, którzy mieli doprowadzić go na statek płynący z Gdańska do Szwecji. W drugim przypadku uciekinier na tyle sprawnie posługiwał się językiem niemieckim, że dotarł pociągiem do dawnej granicy polsko-niemieckiej. Wpadł przez przypadek, kiedy patrol policji znalazł go w opuszczonym domu na pograniczu.

Szczególnie interesujące były tzw. międzyobozowe transfery jeńców. Osadzeni nie mieli prawa zmieniać swojego miejsca pobytu bez nakazu Niemców. Notorycznie ten przepis łamano. Wielu Australijczyków migrowało do Fortu XIII, gdzie było lepsze jedzenie. Najczęściej byli przenoszeni przez „gońców”, czyli jeńców odpowiedzialnych za transport listów i paczek. Z wpisu w pamiętniku dowiadujemy się, że jednego z kolegów „oddelegowano” do Fortu XIII w skrzynce po owocach… Oczywiście nie wszystkim się udawało. Pojmani byli bici, przesłuchiwani i odsyłani do Fortu XI, który służył też jako więzienie.



„Jednego dnia - wspomina jeden z zatrzymanych - po meczu koszykówki zapaliłem papierosa na fortecznym dziedzińcu. Zauważył to wartownik(…), dostałem pięć dni karceru. Więzienie było w Forcie XI, znajdowało się tam wielu niedoszłych uciekinierów, buntowników i tych, którzy wpadli tak głupio jak ja. Byliśmy zamykani po czterech w małych celach, w których siedzieliśmy całe dnie z wyjątkiem jednej godziny przeznaczonej na ćwiczenia. Niektórzy z osadzonych przebywali tu od tygodni”.

Flagi trafiły do muzeum



Niemcy, mimo surowych obostrzeń i zakazów komendantury, nawiązywali raczej przyjazne kontakty z osadzonymi. Wskazują na to chociażby wzmianki o wspólnych fotografiach, handlu wymiennym i pozwoleniu na używanie flag. Były dwie. Jedną, przemyconą z obozu w Grecji, opiekowali się Brytyjczycy. Drugą wykonali Australijczycy w Forcie XV. Flagi mogły być oficjalnie używane podczas zawodów sportowych i uroczystych ceremonii. Obydwie dotrwały końca wojny i dziś wzbogacają kolekcję Muzeum Wojskowego w Canberze.

Życie jeńców diametralnie zmieniło się w końcu 1944 roku. Przeniesiono ich do nowo wybudowanego obozu Coppernicus Lager (dziś Glinki). W tym miejscu Australijczycy zobaczyli, czym jest prawdziwa niewola i okrucieństwo wojny. Tu widzieli, w jakich warunkach przebywali rosyjscy żołnierze. Wraz ze zbliżaniem się Armii Czerwonej, rozpoczęły się marsze śmierci. Kolumny jeńców pędzono setki kilometrów w głąb Niemiec.

Czytaj treści premium w Nowościach Dziennika Toruńskiego Plus

Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Warto zobaczyć

Wideo