Bez jałowych ruchów

Jan Oleksy
Udostępnij:
Zainteresowanie, jakim cieszył się torqway na targach w Azji, było niesamowite. Ustawiały się kolejki do jazdy próbnej - mówi Beata Paszke-Sobolewska z firmy Torqway w rozmowie z Janem Oleksym.

Wydaje się, że wszystko już zostało wymyślone i nie ma nic do odkrycia, a tu nagle pojawiacie się Państwo z torqwayem...
Rzeczywiście, tylko tak się wydaje się, bo przecież ciągle powstają nowe wynalazki.
W przypadku torqwaya rodzi się pytanie: „Jak to możliwe, że do tej pory nikt na to nie wpadł, żeby wahadłowy ruch dźwigni zamienić na ruch obrotowy koła”. W torqwayu nie ma ruchu jałowego! Mój mąż Andrzej, widząc inny rewelacyjny wynalazek, segway, na którym poruszamy się również w pozycji stojącej, postanowił wymyślić podobny pojazd, ale o napędzie wyłącznie ręcznym. I tak zaczęła się praca nad projektem. Rysunki techniczne zabrały kilka lat.

Zasiadł niczym Leonardo da Vinci do rysowania wymyślonych przez siebie maszyn...
Kiedy trzy lata temu Andrzej pokazał mi skończone projekty, to stwierdziliśmy oboje, że może warto ten pomysł pokazać światu.

I przeszliście do realizacji?
Najpierw przeszliśmy do fazy poszukiwania możliwości wyprodukowania prototypu. Wiadomo, że chodziło o zdobycie środków finansowych. Zaczęłam szukać wsparcia w różnych instytucjach. Pomoc znalazłam daleko, bo aż w Krakowie. Pomysłem zainteresowało się Jagiellońskie Centrum Innowacji Venture, gdzie trafiłam na fantastycznych ludzi z wizją, którzy widząc nasze zaangażowanie, rysunki
i objaśnienia, zdecydowali się włączyć w to przedsięwzięcie. „Damy pieniądze na prototyp” - orzekli.

I od tego momentu zaczęła się jazda!
Zaczęła się budowa prototypu, a od chwili, gdy prototyp został pokazany komitetowi inwestycyjnemu uniwersytetu, zapaliło się zielone światło. W lutym tego roku powołaliśmy spółkę, która od tego czasu ma już wiele osiągnięć - nie tylko nagrody na międzynarodowych targach wynalazków w Europie, w Stanach i w Azji, ale także trzy jeżdżące prototypy i czwarty pojazd z serii S-Torq, czyli większej wersji dla dorosłych.

Sami wykonaliście prototypy?
Wykonała je toruńska firma Torform, która z nami współpracuje i dzielnie uczestniczy w całym procesie tworzenia.

Czyli w regionie udało wam się również pozyskać sprzymierzeńca w postaci producenta?
Nie tylko. Zainteresowaliśmy naszym pomysłem kilka instytucji finansowych w regionie i mamy nadzieję, że pozyskamy niezbędne środki finansowe na dalszy rozwój. Torqway to projekt perspektywiczny, powstanie nie tylko jedno urządzenie, ale cała rodzina: „junior”, „sport bigwheeler” z bardzo dużymi kołami, wersja dla seniorów z siodełkiem, a w przyszłym roku wystartujemy z torqwayem napędzanym elektrycznie.
Silnik i prądnica będą zamontowane w kołach. Sami będziemy wytwarzali energię
elektryczną.

Czyli jadąc pod górkę, będzie można sobie pomóc silniczkiem, odzyskując energię?
Pierwotnie myśleliśmy, że to będzie urządzenie, służące do rozwijania górnych partii
mięśni naszego ciała, a dzisiaj po użytkowaniu torqwaya, wiemy, że pracuje całe ciało i wszystkie mięśnie. Nasz pojazd będą badać naukowcy pod różnym kątem, też pod względem spalania kalorii, czy możliwości wykorzystywania go do rehabilitacji, np. osób po niewielkich wylewach, lekkich niedowładach, które starają się odzyskać koordynację ruchową. Więc to nie tylko rozrywka i rekreacja.

Co było największą przeszkodą w pokonywaniu drogi od pomysłu do przemysłu?
Do przemysłu jeszcze nie doszliśmy, ale mam nadzieję, że dojdziemy już w pierwszym kwartale przyszłego roku. Najważniejszą sprawą było znalezienie instytucji, która zdecydowałaby się wspierać nas finansowo. Myślę, że mam w życiu szczęście, bo trafiam na fajnych ludzi, którzy dostrzegają w tym projekcie potencjał.

Myślę, że ważnym argumentem przemawiającym za realizacją projektu, były również wasze nagrody, zdobyte na prestiżowych targach.
Dla twórcy - konstruktora i dla mnie, osoby, która odpowiada za działania marketingowe i komercjalizację tego projektu, równie ważne jak złote medale, zdobyte na prestiżowych targach wynalazczości - czy to w Genewie, Pittsburghu czy Tajpej, są reakcje ludzi korzystających na tych targach z przejażdżek. Ich radość i uśmiech dawały nam poczucie, że to ma sens.

Te reakcje były potwierdzeniem sukcesu?
Zainteresowanie prototypem, to dobry prognostyk, dowód na to, że pomysł nie umarł w szufladzie. Pytania, czy i gdzie można to kupić, były tego dowodem.

Czyli Genewę i Pittsburgh podbiliście tym pomysłem?
Myślę, że Tajpej również. Zainteresowanie, jakim cieszył się torqway w Azji, było tak niesamowite, że wprawiało nas w zachwyt. Ustawiały się kolejki do jazdy próbnej...

To doskonałe argumenty przy szukaniu partnerów biznesowych...
Współpracujemy nie tylko z Krakowem, w regionie współdziałamy z Uniwersytetem Technologiczno-Przyrodniczym w kwestii materiałów, designu czy możliwości użytkowych. Ważna jest pomoc studentów, biorących udział w programie SHOPA, którzy badają torqwaya i po burzy mózgów przedstawiają wiele pomysłów, z których chętnie korzystamy.

Pracujecie nad tym, żeby to były tanie, lekkie materiały?
Na pewno nie będą tanie. Nie będę oszczędzała na jakości. Muszą to być materiały bardzo wytrzymałe i odpowiednio lekkie. Pojazd powinien ważyć maksymalnie 15 kg, żeby użytkownik mógł go z łatwością podnieść i schować do samochodu. To wszystko jest oczywiście związane z ceną. Staramy się, aby cena była przystępna dla klienta. Myślimy obecnie o 3,5 tys. zł, ale w produkcji seryjnej cena spadnie. Zajmujemy się nie tylko materiałami. Ważny jest również design. Byliśmy ostatnio na targach
rowerowych eurobike w Niemczech i ucieszyło nas bardzo, że aktualnie królują czerń, szarość, grafit z kolorowymi dodatkami: czerwonymi, zielonymi, niebieskimi. Czyli nasz design.

Jest Pani twarzą torqwaya, za którą kryje się...
Twórcą i konstruktorem jest mój mąż, a moją rolą jest skomercjalizowanie pomysłu, produkcja i sprzedaż. Mąż nie uczestniczy w Torqwayu w działaniach marketingowych. Pracuje zawodowo w innej firmie, z którą jest mocno związany i tak pozostanie.

Czyli Torqway jest firmą rodzinną?
Firmą rodzinną z udziałem Jagiellońskiego Centrum Innowacji Venture. Każde z nas jest związane z zupełnie innymi zakładami. Ja prowadzę spółkę Metallink, natomiast mąż pracuje w jednej z najlepszych firm na świecie, w Toruńskich Zakładach Materiałów Opatrunkowych, gdzie od 30 lat konstruuje maszyny. Torqway powstał, jak ja to mówię, po godzinach.

Był realizacją pasji?
Torqway to wyraz pasji mojego męża, osoby, która robi to, co lubi, realizuje się w tym i jeszcze na tym zarabia. Jest mechanikiem, więc z przyjemnością podjął się tego zadania...

I któregoś ranka obudził się i wykrzyknął „mam pomysł!”
Sam pomysł zrodził się kilka lat temu na wakacjach, ale dopiero później następuje cały proces twórczy, który wymaga wiele pracy. On się nie kończy, bo torqway ciągle się rozwija. To, co pan dzisiaj widział, to prototyp w wersji „junior”, ale w produkcji będzie on już wyglądał inaczej. Cały czas coś udoskonalamy, ale mamy świadomość, że na którymś etapie musimy się zatrzymać, wyprodukować pojazd i wypuścić na rynek.

I trzeba się trochę spieszyć, żeby nie pokazały się na rynku pojazdy typu torqway...
Każdy twórca, jeżeli jego pomysł jest kopiowany, to ma powód do satysfakcji, ale z drugiej
strony... My nie zaczęliśmy żadnych działań, dopóki nie mieliśmy ochrony patentowej w kraju, w europie i na świecie. Torqway to również nazwa własna i znak zastrzeżony. W Tajpej na Tajwanie mówiono nam, że mogą taki pojazd zrobić w miesiąc i... taniej (śmiech). Nawet jeżeli pojawią się kopie, to klient sam wybierze, czy chce tańszy odpowiednik, czy postawi na oryginał, lepszą jakość, ale trochę wyższą cenę.

Czyli zostaniecie milionerami?
Nie wiem (śmiech). Na razie cieszę się z każdego etapu, każdego kroku, bo oprócz ciężkiej
pracy, jest to też fantastyczna, twórcza przygoda. Czy będziemy milionerami? Tylko
nierozsądne osoby odpowiedziałyby, że o tym nie myślą. Bez fałszywej skromności powiem,
że chyba każdy chce mieć także w formie zarobków satysfakcję ze swojej pracy. Zwłaszcza,
jeżeli podejmuje się decyzję o komercjalizacji pomysłu.

Nie bez znaczenia jest fakt, że Państwo swoim pomysłem promujecie Toruń. sama nazwa
pojazdu już to sugeruje.

Choć w wymyślonej przez męża nazwie „Torq” znaczy moment obrotowy, to jest także wyraźne
skojarzenie z Toruniem. Zawsze podkreślamy, skąd pochodzimy. Mieliśmy niedawno zabawne
zdarzenie na targach eurobike w Niemczech. Podeszliśmy do stoiska, na którym był prezentowany
trzykołowy pojazd podobny do stepa. Gospodarz stoiska, gdy usłyszał, że mówimy po polsku, spytał skąd jesteśmy. „Z Torunia? A to nie tam, gdzie tego torqwaya wymyślili?”. Zaczęliśmy się śmiać... bo myśleliśmy, że Toruń kojarzy się wszystkim wyłącznie z Kopernikiem i piernikami, a tu takie zaskoczenie

Materiał oryginalny: Bez jałowych ruchów - Express Bydgoski

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie