Ci co biegną i fruwają...

Redakcja
Gdyby sport był przewidywalny, obliczalny niczym matematyka, niektóre konkurencje rozpoczynających się jutro narciarskich Mistrzostw Świata byłyby nudne, jak flaki z olejem.

<!** Image 1 align=left alt="Image 167050" >Gdyby sport był przewidywalny, obliczalny niczym matematyka, niektóre konkurencje rozpoczynających się jutro narciarskich Mistrzostw Świata byłyby nudne, jak flaki z olejem.

Złoto i srebro w biegach kobiet można by było rozdać już dziś. Margit Bjoergen i Justynie Kowalczyk. I to w tej kolejności. Jedyne zagadki dotyczyłyby brązu.

Trudno się czarować 1. miejscem Polki w Pucharze Świata. Bezpośrednie konfrontacje wątpliwości nie pozostawiają: najpierw Bjoergen, potem długo nikt, później Kowalczyk i często znów przerwa. Dalej gromadka mająca wyraźną przewagę nad całą kilkudziesięcioosobową resztą: Włoszki Follis i Longa, Słowenka Majdić (ale tylko w sprintach), Norweżka Johaug (ale tylko w biegach długich), Finka Saarinen i Szwedka Kalla. Żeby nie było nudno, któraś z nich (oby Justyna) powinna pokazać Bjoergen dowody właśnie na nieprzewidywalność sportu. Czyli po prostu plecy.

Wśród panów podobnie: jest wyraźny lider PŚ - Szwajcar Cologna, ale faworytem wszystkich mistrzostw i igrzysk ostatnich lat był i pozostaje Norweg Northug. Dalej jego rodacy Roenning i Johnsrud, Czech Bauer, Szwedzi Heller i Rickardsson oraz Rosjanie - Legkow i Wylegżanin. Wśród pozostałych można już tylko szukać „czarnego konia”.

<!** reklama>

No i skoki. Jeszcze niedawno można by było w ciemno obstawiać wyniki konkursu drużynowego: 1. Austria, 2. Norwegia, 3…? No właśnie! Kto? Finowie? Niemcy? Może Japończycy? Albo - w dyspozycji z Willingen - Polacy?

Ale im bliżej mistrzostw, Norwegowie (na pewno Evensen, Hilde, Jacobsen) coraz poważniej naciskają Austriaków. A, że walka o złoto rozegra się w Holmenkollen, ludzie Kojonkoskiego jawią się dziś jako równorzędni rywale dla wybrańców Pointnera.

Podobnie w konkursach indywidualnych. Jeszcze przed miesiącem kandydat do mistrzowskich tytułów był jeden - „Morgi”. Srebrem i brązem mieliby się podzielić Amman i Kofler. Reszta musiałaby liczyć tyleż na siebie, co na potknięcia faworytów. Ale oto wystrzelił Freund, z długimi skokami nie czekał na koniec sezonu (jak to z nim bywało) Hautamaeki, na dużych obiektach dominował Koch, odbudował formę Schlierenzauer, w jego ślady poszedł Happonen, aspiracje medalowe zgłosili trzej wspomniani Norwegowie, a od Zakopanego już także Małysz i Stoch. Ilu więc ich? Trzynastu! A miejsca na podium tylko trzy. To nie Puchar Świata, gdzie i piąte, i szóste lokaty mogą być cenne. To narciarski mundial. Tu liczą się wyłącznie medale. Dla niektórych, tych najbardziej faworyzowanych i utytułowanych, tylko złote.

I słówko jeszcze o miejscu. Oslo-Holmenkollen-Norwegia. Kolebka tej dyscypliny, ojczyzna wielkich narciarzy. Cieszmy się takimi mistrzostwami póki czas. Nim wszystko weźmie Katar.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie