Co to był za wspaniały człowiek...

Szymon Spandowski
Szymon Spandowski
Hokeiści toruńskiego Pomorzanina w 1954 roku. Lucjan Dybowski stoi trzeci od prawej
Hokeiści toruńskiego Pomorzanina w 1954 roku. Lucjan Dybowski stoi trzeci od prawej Andrzej Kamiński
Kilka dni temu Toruń stracił jedną z najbarwniejszych swoich postaci. Bohatera wielu anegdot, sportowych bojów na lodzie, pomorskiego króla nart i człowieka niezłomnego.

- Był ikoną hokeja, świetnym, technicznie bardzo zaawansowanym zawodnikiem, a później trenerem - wspomina zmarłego 16 sierpnia Lucjana Dybowskiego jego kolega z toruńskiego Pomorzanina Tadeusz Tulidziński. - Miał też naprawdę niezwykłe poczucie humoru, potrafił zrelaksować całą drużynę, a później ją na wesoło zmobilizować. Kiedyś, pamiętam, mieliśmy zagrać w Toruniu ważny mecz z warszawską Legią, która wtedy była potęgą. Oni nie mogli jednak dojechać, więc my czekaliśmy. Dość długo, ludzie na trybunach przy grzybie przez trzy godziny przytupywali na mrozie. My się strasznie denerwowaliśmy.
[break]
Zamiast jednak obgryzać paznokcie, toruńscy hokeiści zaczęli wtedy... śpiewać. Przykład dał Lucjan Dybowski pociągając za sobą innych. Czekający na groźnych rywali sportowcy, podzieleni na głosy, na kilka godzin zamienili lodowisko w operę.

Remis śpiewający

- Na lód wyszliśmy już w doskonałych humorach, a z Legią, jeśli dobrze pamiętam, zremisowaliśmy - dodaje Tadeusz Tulidziński. - Lucjan miał wielki wpływ na ludzi, potrafił do nich dotrzeć, szczególnie do młodszych. W ogóle był jednym z najwspanialszych ludzi, których znałem.
Lucjan Dybowski, jeden z najwybitniejszych powojennych polskich hokeistów, był także doskonałym narciarzem. Na stoku nie miał sobie równych, a poza umiejętnościami technicznymi posiadał również dar uczenia. Miłością do białego szaleństwa zarażał m.in. pracując przez wiele lat w Studium Wychowania Fizycznego i Sportu Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Ci, którzy go znali podkreślają, że zawsze robił to w sposób bardzo nietuzinkowy.
- Lulek, bo tak go nazywaliśmy, to była niesłychanie barwna i fantastyczna postać. W każdym calu. Na każdych zajęciach musiał wywinąć jakiś numer, z którego później śmialiśmy się i my i studenci - mówi Wojciech Grześkiewicz, który podobnie jak kiedyś Dybowski, był kierownikiem uniwersyteckiej placówki sportowej. - Jako jeden z pierwszych mieszkańców nizin został instruktorem Polskiego Związku Narciarskiego, a żeby zdobyć takie stanowisko trzeba było naprawdę wiele umieć. Doskonale jeździł na łyżwach i to się przełożyło na narty, bo poruszał się na nich idealnie. Potrafił to pokazać i przekazać, posługując się przy tym niezwykle barwnym i bogatym językiem. Prowadził obozy dla studentów i dla nas, doczekał się wielkiej grupy uczniów i cały czas w tym narciarstwie siedział. Wystarczyło, że miał kogoś chętnego, narty, nieco śniegu i jakiś spadek terenu. Podobnie jak my był instruktorem narciarstwa klasycznego, później przyszły zmiany i nam trudno się było przestawić. Lulek nie miał z tym żadnych problemów, szybko więc zaczął nas szkolić, odpowiednio przy tym każdemu dogadując. O tym człowieku można by było opowiadać godzinami...
Tym bardziej że wybitny sportowiec oraz ceniony instruktor był również człowiekiem wielkiego charakteru. Niezłomnym. Udowodnił to już jako nastolatek, kiedy podczas okupacji, razem z całą rodziną odmówił podpisania volskslisty. Miał odwagę stanąć przed faszystowską komisją i powiedzieć jej „nie”.
- Przyszliśmy wszyscy, cała rodzina. Każdy był pytany indywidualnie: Wollen sie Eingedeutsch sein? I każdy z nas odpowiadał: Nein. Moja matka, która język niemiecki znała tak samo dobrze jak polski, dodała jeszcze: My Polakami urodziliśmy się i nimi umrzemy. „Umrzecie na pewno!” wykrzyczał któryś z komisji, a potem usłyszeliśmy jedno głośne: Raus! - mówił Lucjan Dybowski kilka lat temu w „Nowościach”, gdy rozmawiając z Jackiem Kiełpińskim zdecydował się jednak wrócić do tamtych trudnych czasów i poruszyć palący nadal problem.
Konsekwencje tego wyboru ponosił zresztą długo, także po zakończeniu wojny, kiedy on i jemu podobni niejednokrotnie prześladowani byli przez ludzi, którzy w pierwszej połowie lat 40. złożyli swój podpis na niemieckiej liście narodowościowej.

„Kryształki” kłują w oczy

- Tam, gdzie przyjmowano wtedy wszystkich, czyli do gimnazjum, nie przyjęto „kryształków”. To był przejaw czystej złośliwości. Nie mieliśmy wątpliwości, że w komisji był eingedeutsch, który chciał się na nas odkuć. Już wtedy zrozumieliśmy, że do tego tematu nie należy wracać, bo „kryształki” kolą wielu w oczy.
Rozmowa o „kryształkach”, czyli tych, którzy podczas okupacji nie przyjęli niemieckiej trzeciej grupy, ukazała się w naszej gazecie 11 grudnia 2009 roku.
Wierności swoim przekonaniom Lucjan Dybowski dochował również później, włączając się w działalność w opozycji antykomunistycznej. Umarł 16 sierpnia 2014 roku, trzy dni później został pochowany na cmentarzu św. Jerzego przy ul. Gałczyńskiego.

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

J
Jan2

Pami ętam podobną /a może tę samą/ histrię.
Byłem "Pod Grzybem" ale na 100% zamiast Legii hokeiścim p[odzielili sie na dwie grupy i grali
KAWALEROWIE kontra ŻONACI.
A Pan Dybowski miał z namim zajęcia WF /SP nr 11/
To było około roku 1958.

C
CT

W pamiętnym meczu z Legią było 4:4. Oglądałem to jako 10-letni chłopak.

m
mT

90 lat tradycji hokejowych w Toruniu ...piękny jubileusz a hokej leży i kwiczy
...szkoda

Dodaj ogłoszenie