Coś tu Pomorzu uczynił, Canawo...

Krzysztof Błażejewski
Krzysztof Błażejewski
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Przez prawie pół wieku był to temat tabu. Do tego stopnia, że nawet ofiarom zsyłki odmówiono prawdy w nekrologach i epitafiach. Rodzinom wolno było tylko napisać „zmarł w dalekiej, obcej ziemi”.

Przez prawie pół wieku był to temat tabu. Do tego stopnia, że nawet ofiarom zsyłki odmówiono prawdy w nekrologach i epitafiach. Rodzinom wolno było tylko napisać „zmarł w dalekiej, obcej ziemi”.

<!** Image 2 align=left alt="Image 9784" >Spośród ponad 15 tysięcy mieszkańców Kujaw i Pomorza wywiezionych w głąb ZSRR już po wyzwoleniu tych terenów przez Armię Czerwoną w 1945 r. nigdy nie wróciło ponad 2 tysiące osób.

By poznać przyczyny tej akcji i osoby za nią odpowiedzialne, historycy musieli czekać na udostępnienie archiwów do końca lat 80. Efektem badań są prace prof. Włodzimierza Jastrzębskiego z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego i dr. Mirosława Golona z UMK. Wspomnienia ocalałych deportowanych zebrała była Okręgowa Komisja Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu w Bydgoszczy.

Nie tylko my

Masowe deportacje ludności cywilnej miały miejsce na terenie całej środkowo-wschodniej Europy zajmowanej przez wojska sowieckie. Już jesienią 1944 r. objęły one tereny Rumunii, Węgier i Jugosławii, skąd wywieziono 118 tys. osób. Założono, że będą to obywatele Rumunii, Węgier i Jugosławii narodowości niemieckiej. Nie inaczej było na dawnych ziemiach II Rzeczypospolitej oraz położonych między Bugiem i Wisłą, gdzie w ten sposób represjonowano głównie partyzantów. Trzecia fala deportacji nastąpiła w pierwszych miesiącach 1945 r. po zajęciu zachodniej części Polski.

Według radzieckich zestawień, deportowano wówczas z tych terenów w głąb ZSRR około 170 tys. cywilów, głównie Niemców i Polaków. Głównym powodem tego kroku było potraktowanie terenów wcielonych do Rzeszy w latach okupacji jako ziem niemieckich zamieszkanych przez Niemców, o czym miało zaświadczać masowe wpisywanie się na tzw. trzecią grupę narodowości niemieckiej. Jak sytuacja wyglądała naprawdę, w dowództwie Armii Czerwonej, ani nawet we władzach Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego nie zdawano sobie sprawy. Konsekwencją tego braku rozeznania okazały się, m.in., deportacje do obozów pracy ponad 30 tys. Polaków z Pomorza i Górnego Śląska.

W trakcie ofensywy styczniowej tuż za oddziałami liniowymi podążało NKWD, „oczyszczając tyły”. Dowodzili nimi specjalni pełnomocnicy. Przy 1. Froncie Białoruskim był nim znany z antyAK-owskich akcji komisarz Iwan Sierow. Przy 2. Froncie Białoruskim, który parł na Berlin przez ziemie Pomorza i Kujaw, pełnomocnikiem został komisarz Ławrientij Canawa. Jego zastępcami byli gen. Jakow Jedunow i gen. Rogatin.

Działali oni w oparciu o rozkaz Ławrientija Berii z 11.01.1945 r. dotyczący „aresztowania szpiegowsko-dywersyjnej agentury, terrorystów, członków różnych wrogich organizacji, grup bandycko-powstańczych”.

Obozy dla deportowanych

3 lutego rząd ZSRR dodatkowo polecił deportować do ZSRR Niemców określonych jako „zmobilizowanych” z terenów Górnego Śląska i Prus Wschodnich. W grupie tej znaleźli się także Polacy. Co ciekawe, za „wrogie elementy” uznano, m.in., przedwojennych działaczy Związku Polaków w Niemczech oraz mieszkających w II RP Rosjan, Białorusinów i Ukraińców jako „białych emigrantów”.

Akcję aresztowań prowadzono przez kilka pierwszych dni po zajęciu terenu. Tylko w Bydgoszczy wyjątkowo między 26 lutego a 3 marca, miesiąc po wyzwoleniu.

Na zapleczu 2 Frontu utworzono w Ciechanowie, Działdowie i Grudziądzu specjalne więzienia dla gromadzenia zatrzymanych w celu deportacji. We wszystkich obozach panowały bardzo złe warunki związane, m.in., z ponaddwukrotnym przepełnieniem.

Akcja zasadniczo dobiegła końca pod koniec kwietnia 1945 r., kiedy to polityka NKWD wobec Niemców została złagodzona. Odtąd należało aresztować „przywódców organizacji faszystowskich”, a nie ich szeregowych członków.

Perfidna gra

Według szczegółowych ustaleń dla poszczególnych jednostek administracyjnych woj. pomorskiego, wywieziono do ZSRR co najmniej 15 317 Polaków. Podstawą aresztowania i deportacji była najczęściej III grupa DVL. Osoby, które ją miały, stanowiły wśród wywiezionych od 80-90 proc.

W gronie ofiar deportacji na Pomorzu dominowali mężczyźni, chociaż w poszczególnych jednostkach administracyjnych istniały znaczne różnice, np. w Bydgoszczy kobiety stanowiły tylko 5,8 proc. deportowanych, natomiast w pow. wąbrzeskim aż 32,8 proc. Większość spośród ok. 3 tys. deportowanych kobiet (głównie młodych, zdolnych do ciężkiej pracy) pochodziła z terenów wiejskich i małych miast.

Aresztowania odbywały się małymi grupami, po cichu i pod różnymi pretekstami. Wywożeni do końca nie orientowali się w sytuacji.

Helenę Rulewską wraz z grupą nastoletnich dziewcząt z Fordonu zabrano pod pretekstem wydania legitymacji niezbędnych do pracy. Potem oskarżono o uczęszczanie do niemieckiej szkoły i przewieziono do Grudziądza.

Do „innej pracy”

Jadwiga Grzegorowska z Rybieńca w gminie Stolno pod Chełmnem tuż po wyzwoleniu stawiła się do porządkowania terenu pod prowizoryczne lotnisko. Po kilku dniach miała pójść do „innej pracy”. Pod konwojem czerwonoarmistów trafiła do Jabłonowa Pomorskiego, a stamtąd do Działdowa. Najbardziej zaskoczona była tym, że po drodze konwojenci ściągali z furmanek Polaków wracających z pracy przymusowej w Prusach Wschodnich i dołączali mimo protestów do grupy.

W niewielkiej wsi Gzin przy trasie kolejowej z Bydgoszczy do Chełmży na zebraniu pytano o ochotników do odbudowy mostu w Chełmnie. Zgłosiło się ponad 30 mężczyzn. Przez Ciechanów trafili do Donbasu i na podmoskiewskie torfowiska Siewiernoj Grywy. Trzynastu z nich nigdy do Gzina nie wróciło, m.in., Władysław Chrobak, który w drogę, niczego nie spodziewając się, ruszył w więziennym jeszcze ubraniu, z literą P na piersiach (dzień wcześniej wrócił z niemieckiego obozu i miał pojechać po żonę uwięzioną w Potulicach).

Władysław Lupa, mieszkaniec ul. Pocztowej w Świeciu, był świadkiem, jak „krasnoarmiejcy” zamknęli z dwóch stron ulicę i zabrali wszystkich mieszkańców.

Z KL do łagru

Janina Stankiewicz z Jeżewa wspominała: - W Przechowie padł z wyczerpania Franciszek Ostrowski z Ciemnik. Nie miał sił iść dalej. Dostał kolbą w głowę i został przy drodze. Opodal przechodziła kobieta z bańką na mleko. Żołnierz rosyjski podszedł, wyrwał bańkę i rzucił w śnieg, a kobiecie kazał wstąpić do szeregu. Płakała, błagała - w domu zostaje samiutkich dwoje maleńkich dzieci, bo męża Niemcy zabili. Nic nie pomogło. Stan liczbowy kolumny musiał się zgadzać.

15 lutego oddział Armii Krajowej „Jedliny 102”, operujący w Borach Tucholskich pod dowództwem por. Jana Sznajdera, spotkał się z Armią Czerwoną. Była uroczysta kolacja przy ognisku, śpiewy, bimber. Następnego dnia partyzantów jednak czekała niemiła niespodzianka. Odebrano im broń i wywieziono na Ural.

Jednym z najbardziej paradoksalnych przypadków była sprawa Roberta Piłata z Grudziądza. Ten znany jeszcze z okresu zaborów działacz polonijny i polski przed wojną, uczestnik wojny obronnej we wrześniu 1939, działacz niepodległościowej konspiracji, skazany został przez Niemców na 15 lat więzienia. Po wyjściu w marcu 1945 został niemal natychmiast aresztowany przez Rosjan i wywieziony do Kopiejska, gdzie zmarł na tyfus cztery miesiące później.

Transport w wagonach

Aresztowani na Pomorzu Polacy zostali wywiezieni wraz z innymi grupami zatrzymanych w około 30 transportach wysłanych do ZSRR między 3 lutego a 18 kwietnia 1945 z 3 więzień operacyjnych Canawy oraz z podporządkowanych Sierowowi obozów w Poznaniu i Rembertowie, gdzie także znaleźli się mieszkańcy Pomorza. Skierowano ich do kilkudziesięciu obozów podległych Głównemu Zarządowi ds. Jeńców Wojennych i Internowanych NKWD w ZSRR.

Spośród kilku tysięcy polskich i niemieckich śmiertelnych ofiar deportacji tylko z terenu Pomorza ponad tysiąc zmarło w transportach. Brak żywności, lekarstw, opału oraz ciasnota i brud w wagonach, a także brak odpowiedniego ubioru były typowe dla większości składów. Na przykład w eszelonach, którymi wywożono mieszkańców Torunia i Grudziądza, 8-9 procent nie dotarło na miejsce zsyłki.

Donbas, Ural, Sybir

Aresztowanych na Pomorzu i w sąsiednich regionach rozmieszczono w kilkunastu regionach ZSRR - od Ukrainy i krajów nadbałtyckich, aż po Ural i zachodnią część Syberii. Były to obwody: doniecki, charkowski, czelabiński, czkałowski, kemerowski, kurgański, moskiewski, swierdłowski, tulski, zaporoski, Baszkiria, Litwa i Łotwa. W niektórych obwodach umieszczono po kilka obozów, np. w moskiewskim, czelabińskim i swierdłowskim.

Jak wynika z imiennych spisów, z Bydgoszczy wywieziono 1751 osób, z Grudziądza 1002, Torunia 765, a z Inowrocławia np. tylko 24. Najbardziej „poszkodowane” powiaty to świecki (1441), toruński (1413) i chojnicki (1172).

W związku z zakończeniem wojny oraz staraniami władz polskich jeszcze latem 1945 r. rozpoczęły się powroty deportowanych (pierwszy transport wyruszył z Karpińska 25 lipca). Do końca roku powróciła znaczna część wywiezionych.

Starania władz polskich poparte były zarówno motywami politycznymi, czyli nastrojami społeczeństwa, jak i gospodarczymi (brakowało rąk do pracy, zwłaszcza w kopalniach). Jednak jeszcze zarówno w 1946 i 1947 r. powracały kolejne transporty. Dopiero jesień 1947 r. można uznać za okres, gdy wróciła zdecydowana większość deportowanych w 1945 r. Podstawą do zwolnienia ostatniej większej grupy deportowanych była decyzja Rady Ministrów ZSRR z 26 VII 1947 roku: „Zwolnić z obozów, m.in., osoby narodowości polskiej internowane w związku z oczyszczaniem tyłów podczas wojny, z wyjątkiem tych, których aresztowano jako podejrzanych o dokonanie ciężkich przestępstw przeciwko ZSRR”.

„Prezent” na drogę powrotną

Konsekwencje deportacji to przede wszystkim kilka tysięcy ofiar śmiertelnych i wielka udręka pozostałych, zmuszonych do kilkumiesięcznej lub paroletniej niewolniczej pracy w łagrach.

Tylko wśród grupy deportowanych z Kujawsko-Pomorskiego 2100 osób zmarło, czyli ok. 15 proc. wywiezionych z tego regionu. Spośród zesłanych bydgoszczan nie wróciło 105 (6 proc.), spośród torunian - aż 227, z grudziądzan - 117. Procentowo najwięcej zmarło mieszkańców powiatu bydgoskiego - 34 proc.

Za ofiary trzeba też uznać tych, którzy zmarli już w domach po powrocie. Wielu deportowanych przywiozło ze sobą syberyjskie mutacje bakterii duru brzusznego, na który zimą 1945/46, na przykład w Borach Tucholskich, umierały całe rodziny.

Materiał oryginalny: Coś tu Pomorzu uczynił, Canawo... - Nowości Dziennik Toruński

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie