Dziś leczy na tamtym świecie

Tomasz Bielicki, Jacek Kiełpiński
„Uzdrowiciel”, „prawdziwy doktor Judym”, „dobry duch” - mimo że nie żyje od 1980 roku, nie gaśnie sława lekarza z Grębocina. Właśnie ruszyła produkcja filmu dokumentalnego o Ottonie Karwowskim. Później ma powstać opowieść fabularna.

„Uzdrowiciel”, „prawdziwy doktor Judym”, „dobry duch” - mimo że nie żyje od 1980 roku, nie gaśnie sława lekarza z Grębocina. Właśnie ruszyła produkcja filmu dokumentalnego o Ottonie Karwowskim. Później ma powstać opowieść fabularna.

<!** Image 2 align=right alt="Image 81867" sub="- Byłam jego pierwszą pacjentką w Grębocinie - wspominała przed kamerą Czesława Andzińska. - Później przez długi czas rejestrowałam innych pacjentów. Doktor Karwowski uratował od śmierci mojego ojca skatowanego przez UB / Zdjęcia: Tomasz Bielicki">- Tamten dzień każdy z mieszkańców tych okolic chyba pamięta. Biegłam do pracy, do ośrodka zdrowia. Byłam koło gospody w Grębocinie, gdy ktoś mnie zaczepił: „Marysiu, to ty nic nie wiesz? Nasz doktor nie żyje!” - Marii Krajewskiej, pielęgniarce pracującej lata z doktorem Ottonem Karwowskim łzy stają w oczach. Kamera rejestruje twarz zapłakanej kobiety. Ona zaś zapewnia, że dzieje się tak zawsze, gdy wspomni tego niezwykłego człowieka.

A zaczęło się dość niewinnie. Łukasz Karwowski, pochodzący z Torunia reżyser filmowy, podczas odbierania w listopadzie 2007 roku toruńskiej nagrody „Flisaka” dla najlepszego twórcy w regionie wspomniał, że kolejny film chciałby nakręcić o swoim dziadku Ottonie. To samo zdanie powtórzone cztery miesiące później na łamach naszej gazety wystarczyło, aby ruszyła prawdziwa lawina. Od tego dnia zgłaszają się do nas pacjenci grębocińskiego lekarza, bliscy osób, które leczył za darmo, a często uratował życie.

Ostatecznie skontaktowało się z naszą redakcją ponad 60 osób, które nie tylko znały lekarza z podtoruńskiego Grębocina, ale chciały opowiedzieć o nim niezwykłe historie. Od przyszytych w warunkach domowych palców, poprzez wykrywanie chorób zupełnie egzotycznych, komponowanie mikstur, które okazywały się jedynym skutecznym lekarstwem, po dającą chęć do życia psychoterapię. Wszyscy podkreślali, że znali tylko jednego takiego lekarza, który jest dla nich jak wzorzec metra.

Jemu zawdzięczam życie

- Od razu przypomniałam sobie tamte zaskakujące słowa doktora - dodaje Maria Krajewska. - „Pamiętaj - mówił kiedyś - jak umrę, to fartuch i słuchawki włóż mi do trumny, bo ja muszę tam leczyć swoich pacjentów”. Wiedziałam, że to życzenie muszę spełnić. Nim wieko trumny zostały zamknięte, wrzuciłam te przedmioty do środka.

<!** reklama>Pielęgniarka doktora Ottona była jedną z ośmiu osób, które umówiliśmy na pierwszy dzień zbierania materiału filmowego. W każdym domu reżysera witano mniej więcej w ten sam sposób: „Nazwiska się pan nie wyprze, zbyt pan podobny do dziadka i jego syna Jacka, pana taty”. Byli pacjenci nie kryli lęku przed kamerą, z którą mieli do czynienia najczęściej pierwszy raz w życiu. Jednak chęć podzielenia się wspomnieniami o ich lekarzu była silniejsza od wszelkich obaw.

- Jemu zawdzięczam życie - zapewnia Marian Jabłoński. - Jako niemowlę cierpiałem na rozwolnienie, z którym lekarze w Toruniu sobie nie radzili. Wtedy rodzice usłyszeli o jakimś uzdrowicielu z Grębocina. Tak go wtedy traktowali. On mnie zbadał, a następnego dnia ojciec pojechał po lekarstwo, które doktor przygotował. Dokładnie pokazał ojcu, ile tego specyfiku mam dostawać. I to mnie uzdrowiło. Zaś po latach, jako szesnastolatek, cierpiałem na tak potworny trądzik, że w nocy poduszka mi się do twarzy przyklejała. Wreszcie mama znowu przypomniała sobie o nim. Był rok 1960. To spotkanie będę pamiętał do końca życia.

Młody chłopak z Torunia nie mógł uwierzyć, że w tak niepozornym, skromnie wyposażonym i kompletnie zarośniętym domu może mieszkać TEN lekarz. - Szliśmy ścieżką wydeptaną wśród wysokich traw. Przywitała nas pani Halina, żona doktora, też zresztą lekarz i to pediatra. Ale myśmy poczekali na niego. Przyszedł z pola, krowę sprowadził. Emanowało od niego ciepło. Stwierdził, że na tak zaawansowany stan tej choroby lekarstwa w Polsce nie znajdę. Wypisał receptę po niemiecku i poradził jak to coś sprowadzić. Mama zapłaciła co łaska. Od ludzi słyszeliśmy, że jak ktoś nie miał grosza, to jeszcze od doktora na autobus powrotny dostawał, a na dokładkę sporo jajek w siatkę.

Tajemniczy zarośnięty ogród i skromne wyposażenie domu, w którym panował niezwykły rozgardiasz, bo poza gospodarzami mieszkało tam kilkanaście psów, kotów i oswojony kruk - wspominała większość osób występujących przed kamerą.

- On w tym wszystkim był jak doktor Dolittle - śmieje się Bogusław Majewski, syn mieszkającego po sąsiedzku z doktorem Władysława Majewskiego, mechanika samochodowego. - Z ojcem sobie „doktorowali”. Jeden był doktor od ludzi, a drugi od samochodów. Doktor Otton naprawiał u ojca swoją wysłużoną dwucylindrową DKW-kę. - Wśród jego zwierzaków prym wiódł bez wątpienia kruk. Nie tylko latał i łaził gdzie chciał, kupy robił na stół, ale czynił też potworne zniszczenia, na przykład wydziobywał dziury w podłodze. Niczego u Karwowskich nie wolno było zabijać, więc kury, kaczki i gęsi zachowywały się swobodnie, a ozdobą była krowa staruszka, dla której z ojcem zamienili się nawet na ziemię. Doktor za orne pole chciał łąkę, by krasula miała co jeść. Jej mleko zaś było dla wnuków.

Bogusław Majewski za magiczne uznaje otoczenie domu lekarza. On też, podobnie jak później wnuk Ottona - Łukasz, ogród ze starą piwniczką i podupadłą stodołą uznał za idealne miejsce zabaw. - To był okres Zorro. Z Józiem, synem doktora, przeżywaliśmy dzikie przygody w tej bujnej scenerii.

Wiesława Różycka pamięta do dziś kłótnię doktora z żoną, która zaordynowała jej serię zastrzyków przeciwko wściekliźnie, gdy jej ukochany piesek ugryzł ją w policzek, a sam wyglądał na chorego. - Doktor był innego zdania. Wysłuchał mnie uważnie i stwierdził, że pies mógł się tak zachować skoro dmuchałam mu w nos. Zaryzykował. Pies doszedł do siebie po kilku dniach, a ja uniknęłam bólu. On miał po prostu niezwykłą intuicję.

Jej ojciec Józef Racieniewski do dziś wspomina spotkanie z doktorem w 1945 roku. - Wyrwał mi ząb i nie chciał ani grosza. „Ty biedny i ja biedny” - tak doktor powtarzał.

Dla Czesławy Andzińskiej doktor Otton to człowiek, który uratował jej ojca skatowanego przez UB i przywrócił mu chęć życia, a po latach zabawiał seniorów na spotkaniach prowadzonego przez nią klubu. - Śpiewał, opowiadał żarty, miał czas dla wszystkich, zawsze. A mnie, pamiętam dobrze, wycałował na ulicy, gdy nasi dokopali w piłkę Ruskim 3 do 0.

Mowę pogrzebową nad trumną Ottona Karwowskiego wygłosił w 1980 roku Stanisław Giziński, dyrektor wielu szkół w regionie. Do dziś wspomina grębocińskiego lekarza od bardziej rozrywkowej strony. Przed kamerą waha się, czy mówić wszystko. Wreszcie rzuca siarczystymi żartami doktora i „męskimi” przyśpiewkami. - Bo też Otuś był chłop z krwi i kości - podkreśla.

Dokument to punkt wyjścia

Łukasz Karwowski w trakcie kręcenia tych zdjęć był w dziwnej sytuacji. Obcy ludzie, których nie musiał nawet o nic pytać, sami z siebie i to bardzo emocjonalnie opowiadali o świecie, jaki zapamiętał z dzieciństwa. To oni uświadomili mu, że w Grębocinie znajduje się ulica Ottona Karwowskiego.

- Film dokumentalny to punkt wyjścia. Docelowo chciałbym opowiedzieć historię tego człowieka i świata, w którym żył, oczami dziecka. Ten ogród, ten niezwykły zwierzyniec i postać dziadka z wielką torbą lekarską - to wszystko istnieje w moich wspomnieniach - zapewnia Łukasz Karwowski. - A gdy słyszę ludzi mówiących o nim z takim zaangażowaniem, utwierdzam się w przekonaniu, że nic mi się nie zdawało. To, co czasem wydaje się jak ze snu, było takie naprawdę. Wszyscy, z którymi rozmawialiśmy, zapewniali, że chcą jak najszybciej obejrzeć ten film. Postaram się ich nie zawieść.

Fakty

Doktor w Internecie

  • Pod adresem www.ottonkarwowski.blogspot.com na bieżąco będziemy informować Czytelników o pracach związanych z powstawaniem filmu. Na blogu znajdą się również liczne fotografie z planu, materiały archiwalne i teksty. Zapraszamy wszystkich do lektury, komentowania i zamieszczania tam swoich wspomnień o życiu doktora Ottona Karwowskiego z Grębocina. Każde z nich może pomóc podczas pracy nad filmem.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie