Dziurawe życie

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
To całkiem fajne zajęcie. No bo któż nie lubi ganiania za przyjemnościami? Takiego do utraty tchu, bez przejmowania się konsekwencjami? Jeśli mamy ku temu odpowiednie możliwości, jesteśmy przecież w stanie bawić się na całego, rzucać wyzwanie naturze, poczuć prawdziwą potęgę.

<!** Image 1 align=left alt="http://www.nowosci.com.pl/img/glowki/zaluski_mariusz.jpg" >To całkiem fajne zajęcie. No bo któż nie lubi ganiania za przyjemnościami? Takiego do utraty tchu, bez przejmowania się konsekwencjami? Jeśli mamy ku temu odpowiednie możliwości, jesteśmy przecież w stanie bawić się na całego, rzucać wyzwanie naturze, poczuć prawdziwą potęgę. Realizować się, ile sił. Możemy nawet poczuć się panami świata. Tyle że czasami za naszą pychę ktoś funduje nam ostrą lekcję pokory. Dostajemy po łapach. I to zdrowo.

„127 godzin” to film o takiej właśnie lekcji pokory, udzielonej przez los pewnemu młodemu facetowi - idealnemu produktowi swoich rozrywkowych czasów. Nasz heros jest indywidualistą pełną gębą, któremu już od dawna nie chce się budować jakichkolwiek więzi rodzinnych czy przyjacielskich. Po co? Szkoda czasu i energii. Zdecydowanie przyjemniejsze są w końcu rozrywki, dzięki którym poziom adrenaliny skacze w górę, aż w uszach dudni. Kiedy jednak przychodzi opresja, okazuje się, że możemy wtedy poczuć się przejmująco samotni. I wtedy zaczyna się roztrząsanie wszystkich naszych życiowych deficytów. Tak jak u bohatera „127 godzin”, który siedzi uwięziony w dziurze, ale tak naprawdę wychodzi na to, że jego życie jest niemiłosiernie dziurawe. Gdzieś w tej całej gonitwie czegoś zaniedbał, gdzieś coś stracił.

<!** reklama>Film fenomenalnie zmajstrował Danny Boyle, dzisiaj znany jest przede wszystkim jako twórca „Slumdoga - milionera z ulicy”, za którego rozpieszcza go świat cały. Ale to przecież również autor przejmującego „Trainspotting” i paru innych kapitalnych filmów. Tak naprawdę reżyserską klasę pokazał teraz - jego bohater siedzi w skalnej szczelinie przez półtorej godziny, a my nie nudzimy się ani przez chwilę. Boyle zresztą potrafi i wpędzić nas w adrenalinowy klimat szybkiej opowieści dla miłośników sportów ekstremalnych, i zafundować scenę tak naładowaną fizycznym bólem, że trudno ją będzie zapomnieć. „127” to oczywiście nie arcydzieło dekady, ale na pewno film, który i zmusza nas do dumania, i może zafascynować filmową robotą.

Tak więc bohater tej przypowieści to inżynier przed trzydziestką, zafascynowany ekstremalnymi wędrówkami po górskich pustkowiach, wspinaczką i jazdą na rowerze. Oczywiście tak na złamanie karku i wszystkiego innego na dokładkę. W czasie jednej z eskapad wpada do wąskiej szczeliny, a rękę przygniata mu wielki głaz. Nikogo nie zawiadomił o wycieczce, a mozolne próby wydostania się z matni to pokaz bezradności. Aż w końcu młodzian musi podjąć decyzję swojego życia. Bo inaczej to życie straci.

„127 godzin” to też gorzka refleksja nad naszym uzależnieniem od adrenaliny, jaką niosą ekstremalne rozrywki. Cóż - tego, że można ryzykować bez sensu, pewnie nie zrozumie nikt, kto nie poczuł siły tej zabawy, podobno wciągającej jak narkotyk. A ten, kto poczuł, zastanowi się nad tym dopiero wtedy, kiedy trafi do jakiejś dziury.

„127 godzin”, reż. Danny Boyle

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie