Fałszywe oblicze piękna

Małgorzata Oberlan
Małgorzata Oberlan
Gdy okazało się, że kupiony za 80 tysięcy złotych obraz „Rybak z siecią” Leona Wyczółkowskiego może być falsyfikatem, wybuchł skandal. Sprzeczne ekspertyzy wydali dwaj profesorowie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Sprawą zajęła się prokuratura.

Gdy okazało się, że kupiony za 80 tysięcy złotych obraz „Rybak z siecią” Leona Wyczółkowskiego może być falsyfikatem, wybuchł skandal. Sprzeczne ekspertyzy wydali dwaj profesorowie Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Sprawą zajęła się prokuratura.

<!** Image 2 align=right alt="Image 78737" sub="- Wprawny konserwator nawet gołym okiem może zauważyć bardzo wiele - zapewnia profesor Dariusz Markowski z Zakładu Konserwacji Malarstwa i Rzeźby Polichromowanej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, do którego wielokrotnie zwracano się z prośbą o pomoc w tropieniu autentyczności obrazów / Fot. Adam Zakrzewski">- Tyle szumu wokół tego „Rybaka„ - profesor Dariusz Markowski z Zakładu Konserwacji Malarstwa i Rzeźby Polichromowanej UMK nie kryje, że wolałby temat ominąć. Argumentuje: afera już nieco przycichła, a pęknięcia w środowisku mogą się pogłębić. Jaki z tego pożytek? W skromnej zakładowej pracowni w końcu ustalamy, że „Rybaka” ominąć się nie da. Ale dotkniemy go na chłodno.

Nie ten pędzel, nie to światło

Obraz Leona Wyczółkowskiego pojawił się na rynku przed trzema laty. Prywatny kolekcjoner usiłował sprzedać go kilku domom aukcyjnym i muzeom w Polsce, między innymi Muzeum Okręgowemu im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Żadna z instytucji nie zdecydowała się jednak na wyłożenie pieniędzy, bo pewności co do pochodzenia „Rybaka z siecią” nie było.

W 2005 roku, pocztą, oferta wpłynęła do Muzeum Narodowego w Gdańsku. Dołączona do niej była pozytywna ekspertyza prof. Jerzego Malinowskiego, historyka sztuki toruńskiego uniwersytetu, uznanego znawcy malarstwa Leona Wyczółkowskiego. W Gdańsku oferta prywatnego kolekcjonera swoje odleżała, bo żądanych 150 tysięcy złotych placówka nie zamierzała wydać. Gdy właściciel opuścił cenę prawie o połowę, decyzja zapadła - obraz kupiono. Jesienią 2007 stał się dumą gdańskiego muzeum.

Na krótko, bo szybko pojawiły się głosy o tym, że to... falsyfikat.

- Nie ten pędzel, nie to światło, a poza tym - alarmowano - dzieło o tym samym tytule wisi już w Muzeum Narodowym w Krakowie.

Pani kustosz zrezygnowała...

Transakcją zainteresowały się media. Przed kamery wywołano nie tylko Wojciecha Bonisławskiego, dyrektora gdańskiego muzeum, ale także Bogdana Zdrojewskiego, nowego ministra kultury i dziedzictwa narodowego. Bo ministerstwo wsparło zakup kwotą 64 tysięcy złotych. Decydenci starali się nie tracić fasonu. Marszałek województwa pomorskiego, który dołożył brakująca sumę, zapewniał, że „Rybak z siecią” jest piękny i może odkupić go od muzem nawet jako falsyfikat.

<!** reklama>Słuszność wątpliwości potwierdziła ekspertyza technologiczna, o którą poproszono prof. Dariusza Markowskiego. Obraz wzięli pod lupę konserwatorzy. Wynik badań: „dzieło wątpliwe”. Co wzbudziło wątpliwości toruńskiego naukowca, wielokrotnie dokonującego podobnych analiz, uznawanego za znawcę Wyczółkowskiego? Technika wodna, której malarz używał po 1900 roku, podczas gdy „Rybak z siecią” datowany jest na 1891 rok. Dalej - tektura, na której został namalowany obraz. Od tyłu nosząca ślady obramowania, od frontu - bez spodziewanych różnic w tonacji (jednym słowem - wtórna). Wreszcie - biel tytanowa. To pigment datujący, którego obecność wiele mówi badaczowi o terminie powstania obrazu. Wspomniana biel weszła do użytku około roku 1920, choć syntetyzowana była prawdopodobnie już na przełomie wieku. Na obrazie stworzonym w 1891 roku być jej nie powinno.

Dyrektor Wojciech Bonisławski stara się zachować zimną krew, choć po medialnej burzy z pracy zwolniła się pani kustosz, która poleciła kontrowersyjny zakup. Profesor Jerzy Malinowski podtrzymuje swoją opinię o autentyczności obrazu (jak informują na UMK, z dziennikarzami rozmawiać na razie nie może, bo jest na zwolnieniu lekarskim), więc sytuacja jest patowa.

<!** Image 3 align=right alt="Image 78737" sub="Muzeum Okręgowe w Bydgoszczy nie przez przypadek nosi imię Leona Wyczółkowskiego. Posiada imponującą kolekcję autentycznych prac prac tego artysty. Na zdjęciu: Ewa Sekuła-Tauer prezentuje obraz olejny „Kwiaty w wazonie” / Fot. Tadeusz Pawłowski">- Zrobiłem to, co powinienem. Sprawę zgłosiłem do prokuratury - mówi Wojciech Bonisławski. - Ministerstwo nie wyznaczyło czasu, w którym mam rozstrzygnąć problem. Rozumie, że jeśli chodzi o ekspertyzy, w Polsce panuje wolnoamerykanka. Magister, doktor, kustosz - praktycznie każdy może być ekspertem. I nie ponosi praktycznie żadnej odpowiedzialności za swoje opinie.

- To prawda - przyznają członkowie Stowarzyszenia Antykwariuszy Polskich. - Czas to uregulować! - domagają się muzealnicy. Ale na razie jest, jak jest.

- Sprzeczne ekspertyzy to zjawisko spotykane na całym świecie - zaznacza prof. Dariusz Markowski. - Ale w Polsce, niestety, nie wiadomo, kto ma być ekspertem i jaką powinien ponosić odpowiedzialność za wydaną opinię. Od lat uważam, że potrzebne są wspólne opinie: historyków sztuki i badaczy konserwatorów.

Służący złodziej i modelka

Do prof. Markowskiego wielokrotnie zwracano się z prośbą o pomoc w tropieniu autentyczności dzieł sztuki. Świadomy tego, że obrazy kopiowano i fałszowano od zawsze, ostrożnie posługuje się terminem „falsyfikat”. Zdecydowanie bardziej woli „dzieło niepewne” albo „wątpliwe”. Obrazy kopiują od wieków ludzie zgłębiający tajniki malarstwa. Czynią to i współcześni studenci sztuk pięknych. Nieoryginał, na który może trafić badacz, zawsze może być więc wprawką, powstałą w niewinnych okolicznościach.

Równie starym i powszechnym procederem jest celowe i świadome fałszowanie dzieł sztuki. Obrazy z epoki to nie zawsze autentyki, bo już za życia malarzy podrabiano ich prace. Tak było w przypadku Juliana Fałata, Leona Wyczółkowskiego czy Jacka Malczewskiego. Temu ostatniemu niedokończone obrazy z pracowni wykradał... jego własny służący. Szkice przekazywał innym malarzom, którzy je wykańczali. Później obrazy sprzedawano. Jeszcze za życia artysty toczyły się sądowe procesy w tych sprawach.

Wspomniany Malczewski wcale nie krył, że lubił wykorzystywać swe umiejętności i „popełniać” dzieła w manierze innych artystów. Bywa, że jego artystyczna fantazja do dziś komplikuje życie badaczom. Z relacji Michaliny Janoszanki, modelki i uczennicy Jacka Malczewskiego, znana jest taka historia. Pewnego razu zgłosiła się do niej z prośbą o pomoc starsza kobieta. Była w bardzo złej sytuacji materialnej i chciała sprzedać posiadany obraz Malczewskiego. Sęk w tym, że nie był on sygnowany. Za pośrednictwem Michaliny Janoszanki dzieło trafiło do mistrza. Malczewski podniósł obraz do góry i szybko stwierdził: „W życiu tego nie namalowałem. No, ale jeśli tej pani ma to pomóc...” i sygnował pracę.

Czym jest ów obraz, zaledwie (aż?) sygnowany przez wybitnego malarza?

Ze skalpelem w ręku

Fałszerstwem rządzą prawa rynku. Artysta modny, znany, ceniony - będzie fałszowany. Nie tak dawno w Polsce bardzo modne było malarstwo z przełomu XIX i XX wieku: obrazy artystów młodopolskich i polskich monachijczyków, czyli twórców uczących się i działających w Monachium. Na rynku pojawiło się bardzo dużo wątpliwych obrazów, które za znaczne sumy kupowali nie tylko prywatni kolekcjonerzy, ale również domy aukcyjne i muzea. Podobnie było z modą na twórczość Ecole de Paris. Dziś trendy jest malarstwo współczesne, szczególnie lat 60. i 70. Falsyfikaty już się pojawiają.

Co robi prof. Dariusz Markowski, proszony o opinię? Najpierw po prostu patrzy na dzieło.

- Wprawny konserwator nawet gołym okiem może zauważyć bardzo wiele - zapewnia toruński naukowiec. - Kolejny etap to pobranie skalpelem niewielkich próbek z obrazu i szczegółowa analiza badawcza pigmentów i spoiw, w tym poszukiwanie tak zwanych pigmentów datujących. Takich, jak na przykład wspomniana biel tytanowa. Na przełomie XIX i XX wieku artyści zaczęli korzystać z materiałów fabrycznych, oferowanych przez składy materiałów malarskich. W takim przypadku poszukiwania pigmentów datujących nic już nie dają. Szczęśliwie, artyści mieli swoje przyzwyczajenia, ulubione farby i materiały. Nieocenionym źródłem informacji okazuje się wtedy ich korespondencja.

Z drugiej strony, do dziś działają firmy takie jak angielska Winsor&Newton albo niemiecka Schmincke. Produkowane przez nie obecnie farby wcale nie muszą się wiele różnić od dawniejszych. W takiej sytuacji konieczna staje się analiza porównawcza dzieł tego samego artysty, najlepiej z jednego okresu twórczości.

- Nie zawsze jest to jednak możliwe, choćby w przypadku, gdy nie wyrazi na to zgody właściciel obrazu. Nie tylko muzea mają obawy przed badaniami inwazyjnymi - pobieraniem próbek z obrazu, nawet, gdy dotyczy to mikroobszaru - dodaje prof. Markowski. - Tu jednak w sukurs przychodzą nowoczesne metody badawcze, takie jak np. reflektografia w podczerwieni czy analiza składu pierwiastkowego warstwy malarskiej przy zastosowaniu przenośnego spektrometru XRF, umożliwiające badania również bez pobrania próbek.

Dariusz Markowski pamięta wrażenie, jakie zrobiły na nim prace Amadeo Modiglianiego, oglądane podczas zagranicznej podróży. Podziw nie mijał, choć okazało się, że nie są to autentyki. Bo fałszerstwem też można się zachwycić.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie