Ich dzień najpiękniejszy

Jacek Kiełpiński
Mieszkaniec domu pomocy społecznej musi przyjąć: to jest teraz mój dom, ten na dobre i złe, dom ostateczny. Nikt nie przypuszczał, że tutaj trafi. Tu każdy zaczyna życie w nowym świecie. Łatwiej będzie tym, którzy potrafią uwierzyć, że jeszcze coś będzie...

Mieszkaniec domu pomocy społecznej musi przyjąć: to jest teraz mój dom, ten na dobre i złe, dom ostateczny. Nikt nie przypuszczał, że tutaj trafi. Tu każdy zaczyna życie w nowym świecie. Łatwiej będzie tym, którzy potrafią uwierzyć, że jeszcze coś będzie...


Pani Czesia podpiera gablotę z trofeami podopiecznych w holu klatki schodowej. Obok fotele zachęcające do pogawędek. Uważnie słucha naszej rozmowy. <!** reklama>

- Kiełbasę mi podpieprzyli. Nie pierwszy raz zresztą... - Edward Krzyżaniak przerywa opowieść o najpiękniejszym dniu swego życia. Przypomina mu się dzisiejszy incydent.

- To ja kupię... Do sklepu polecę! - wtrąca pani Czesia.

Krzyżaniak spogląda na nią chwilę, wygrzebuje z kieszeni pięć złotych i rzecze: - Pół kilo tej cienkiej zwyczajnej. Z rachunkiem.

Kobieta drepcze do wiejskiego sklepu przy szosie, gdzie ciągną wycieczki podopiecznych Domu Pomocy Społecznej w Browinie, a pan Edward kontynuuje: - No i wtedy pozwolili mi zainstalować swój telewizor w pokoju. Pojechałem do Chełmży po kabel. Kupiłem, wróciłem. A to był kabel do wideo. Nie ten. Ale ja się uparłem. Wróciłem, zamieniłem. Na wieczór zmordowany ściągnąłem do Browiny. I to wszystko... udało się jednego dnia! Piękne!

Niepiękne, zdaniem pana Edwarda, były za to słowa dyrektorki DPS podczas ostatniej społeczności.

- Nakrzyczała, że mam głupie pomysły, bo chcę sobie telewizję satelitarną zainstalować. Po tej standaryzacji DPS, czyli grubym remoncie za miliony, to nic nie można, bo warunki techniczne nie pozwalają.

Podobnie uważa Tadeusz Lasecki - poruszający się na wózku pięćdziesięciolatek bez nogi.

- Gwoździa bez specjalnej zgody na piśmie wbić nie można - zapewnia. - Kiedyś był radiowęzeł w pokojach, po remoncie nie ma. Jak było otwarcie nowej części budynku, to tu gości zaprosili. Ale tę szybę w drzwiach od korytarza zasłonili, żebyśmy nie mogli zobaczyć, co jedzą. Najgorsze, że tyle rzeczy się zniszczyło i poginęło...

Obrazy walą w głowę

O tym mówią tu najczęściej. Podczas niedawnego remontu doszło do obrosłej legendą awarii.

- W magazynie nad dawnym ośrodkiem terapii uzależnień pękła od mrozu rura z gównami - mówi pan Tadeusz. - Przechowywane tam rzeczy mieszkańców, choć były w workach foliowych, przeszły tym smrodem.

Zdaniem innych, to sama wilgoć sprawiła, że ciuchy zatęchły.

- W czymś takim nie można wejść do tramwaju, bo się ludzie odsuwają - Edward Krzyżaniak wie, co mówi, bo bywa w pobliskim Toruniu.

Ciuchy najmniej akurat obchodzą Tadeusza Laseckiego. Mieści się w przydziałowej szafie o szerokości 40 cm, a resztę dobytku trzyma w tapczanie. - Sąsiadowi buty zginęły! - podkreśla. - Ludzie stoliki pogubili. No, ale teraz mamy Amerykę. Gdyby tylko nie ta wykładzina, sraczkowata, na której każdy syf widać.

Pisanie to pasja wielu mieszkańców. Edward Krzyżaniak pisał wspomnienia i książkę science fiction, ale chwilowo zaniechał.

- Pióra mi poginęły „na remoncie” - tłumaczy, ale przyznaje zarazem, że ostatnio nie miał weny. - Tutaj to człowieka potrafią zdołować... Tylko: nie i nie. Nie wolno mi uprawiać ogrodu. Obśmiewają moje arbuzy...

Podczas społeczności dyrektorka nawiązała do tych owoców. Dwa lata temu pan Edward postanowił je wyhodować pod zarastającym płotem. - Kupiłem sobie nawet narzędzia - wspomina. - Między innym taki trójzębny spulchniacz. To mnie „Neptun” zaczęli przezywać...

- Pan jest z niedowładem! Pan tego nie może robić! - przekonywała uniesionym głosem dyrektorka, a Krzyżaniak stał ze spuszczoną głową.

Pisanie jest też pasją Tadeusza Laseckiego. Jego teksty zamieszcza kwartalnik „Nowiny z Browiny”.

- Są teksty do druku i takie raczej... nie - wertuje plik papierzysk. - Choćby to...

Prawdę o życiu w DPS Browina Lasecki przekazuje wierszem. Rymy proste, wyraziste, obrazy walą w głowę, jak w bęben.

- Podsuwam to czasem kolegom. „Mocno napisałeś” - komentują. A do gazety wezmą pewnie ten wiersz - podaje inny papier zapisany dużymi literami. Zaczyna się tak: „Rozmowy z babciami dużo dają mi tu radości, przestają dokuczać stawy, mniej trzeszczą kości”.

Los podziemnej bibuły, pisanej do przysłowiowej, choć nieistniejącej szuflady, podzieli też wiersz manifest, z którego trudno nie zapamiętać wersu: „Jesteśmy jak beczka trotylu ze spóźnionym zapłonem”.

Jedziemy - pan Tadeusz na wózku, ja w roli jego silnika - na tutejszy cmentarz. Po drodze zdąży przypomnieć okoliczności, znanej tu wszystkim, swojej dramatycznej walki z rakiem. Kilka operacji, usunięcie dwóch płatów płuc, amputacja nogi w wyniku przerzutu. I te słowa usłyszane od miłości swego życia, z którą spędził 18 lat: „spier...j, rakowcu!”

- Park w Browinie niszczeje. To kurwidołek. Sąsiad robiąc obchód rano potrafi i 30 puszek po piwie znaleźć. Tutejsza młodzież tu przesiaduje - dodaje Tadeusz Lasecki. - Cmentarz też zaniedbany. Długo nie można się było doprosić, by gmina hałdę śmieci stąd zabrała.

Stajemy nad dwoma maleńkimi grobami dzieci urodzonych w funkcjonującym tu kiedyś domu samotnej matki.

Pan Tadeusz zrywa się z wózka i stojąc na jednej nodze sprząta wypalone znicze.

Najpiękniejszy dzień? Tadeusz Lasecki nie zwleka z odpowiedzią. - W 2007 roku wracaliśmy z turnusu rehabilitacyjnego w Niedzicy. I stanęliśmy na trzy godziny w Częstochowie. Pierwszy raz byłem na Jasnej Górze.

Poszło o butelkę

Do pokoju Jana Grabowskiego nie wszyscy wchodzą tak po prostu. On tu uchodzi za największego oryginała. Specjalista od pozwów sądowych.

- Ale - jak często podkreśla Edward Krzyżaniak - po tamtej butelce się wyciszył...

To był słynny konflikt, którym żył cały DPS. Grabowskiego denerwowało, że Krzyżaniak tyle się krząta po podokiennym ogródku i cisnął w niego butelką pełną wody. W odwecie Krzyżaniak przywalił podobną półtoralitrową butlą Grabowskiemu w oko.

- W sądzie mnie przeprosił - podkreśla Grabowski. - Teraz jest między nami zgoda. Fajny chłop, szkoda, że mu nie dają pracować w ogrodzie. A ile to rzeczy mu pozabierali, swojej szafy „osiemdziesiątki” nie może się doprosić.

Gospodarz czyściutkiego pokoju zapewnia, że do sądu mu dziś niespieszno, jednak nie ukrywa, że jeszcze jedną sprawę wytoczyć musi. - Kiedyś tu wpadła dyrekcja. Zabrali mi pamiątkę ze stanu wojennego, taką ni to piłkę, ni to nóż z plastikową rączką. Że to niby niebezpieczny przedmiot, którego mi nie wolno mieć. A potem mnie wywieźli do szpitala psychiatrycznego w Toruniu. Niesłusznie, bo mnie tam nie przyjęli. A jak odwieźli, to wielu wyło: „Won z tym garbusem!” Łzy mi leciały. Za to poniżenie, za to wytoczę. Albo się targnę. Skoczę... z tarasu.

Z najpiękniejszym dniem pan Jan nie ma problemu. Mieszka w DPS 12 lat, ale tamtą chwilę pamięta świetnie.

- Moje pierwsze imieniny tutaj. Świętego Jana. Przyjechali podopieczni z innych domów, zabawa była do trzeciej rano - rozmarza się. - A teraz na złość przerzucili mnie do pokoju z oknami z tyłu budynku, bym nie widział, o której do pracy przychodzi dyrekcja. Tylko na złość, tylko na złość! A co Basi zrobili?! Mów, Basia.

Sposób na złe myśli

Barbara Katlewska ma żal przeogromny. - Wiedzą, że jestem chora, mam dwa tętniaki, o śmierć się kilka razy otarłam i wiedzą, że do Janka najczęściej zajdę, to ze złośliwości na różnych piętrach nas ulokowali, bym musiała po schodach łazić! - wyrzuca urywanymi frazami, a Jan, jej przyjaciel, pokazuje dyplom za udział w pracach na rzecz DPS.

- Takich papierów już więcej Basia nie dostanie - przewiduje.

- Bo nie będę robić dla tych...! - aż się w niej gotuje. - A żadnych pięknych dni nie pamiętam!

Dla Czesława Gondowicza DPS to naprawdę drugie życie. Trafił tu w stanie agonalnym i kilka lat przeleżał nie kontaktując. Zapewnia, że powodem była wóda i tylko wóda.

- Jak sobie sam nie poradzisz, to żadna terapia ci nie pomoże - naucza utykając gałązkę pachnącego bzu w wazoniku obok zdjęcia ukochanego wnuka.

Ten najwspanialszy dzień wybiera od razu. W 2004 roku zdobył pierwsze miejsce na spartakiadzie w Gniewkowie. - Było kilka konkurencji: slalom wózkiem, rzutki, kopnięcie piłki. Najtrudniej było właśnie z kopaniem, bo ja wtedy ledwo wstawałem. Ale wygrałem...

Nie ukrywa, że właśnie strzelił sobie piwko. Jest przecież wolnym człowiekiem, jest u siebie.

Jego współlokator, Tadeusz Lasecki, ubawiony odrywa się od bodaj jedynego wśród mieszkańców komputera z Internetem:

- Każdy z nas, a jest tu dziś 125 dusz, nie, przepraszam, 124, jedna pani rano umarła, musiał kiedyś sobie powiedzieć: No, tak, to jest teraz mój dom, ten na dobre i na złe, ten ostateczny. To wcale nie jest takie trudne. Choć, gdyby kiedyś mi ktoś powiedział: skończysz w domu pomocy społecznej... Nie, no, nie uwierzyłbym... A żyjąc tu, najważniejsze, to się nie przejmować. Niczym. To sposób na złe myśli. Nawet te najgorsze. I, jak ktoś umie, wierzyć, że jeszcze coś będzie.


Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie