Jak doganiałem Zachód - czyli co tak naprawdę określa nasz komfort życia? (felieton)

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski

Jak jadę pociągiem, to myślę. Aczkolwiek ostatnio mam z tym delikatny problem i to niekoniecznie dlatego, że główkę mam pustą. Po prostu trudno jakoś myśli się w warunkach niesprzyjających, a nawet szkodliwych. Ot, jechałem sobie na przykład ostatnio słynnym pociągiem BiT City, relacji Bydgoszcz – Toruń. Pociąg był króciutki, więc nabity ludnością miejscową po kapelusz, jak nie przymierzając azjatyckie metro w godzinach szczytu. Różnica była tylko taka, że u nas większość nabijających podróżowała bez masek, bo w końcu narodem jesteśmy odważnym i dumnym.

Jakoś jednak w tym tłoku pociągowym myśleć próbowałem. O tym, co tak naprawdę określa komfort życia w mieście, regionie, czy nawet kraju naszym kochanym. I do wniosku doszedłem, że zdecydowanie nie to, co najłatwiej zobaczyć – czyli nowe samochody, nowe domy, nowe świadczenia i nawet pensje całkiem nowe. Tak naprawdę o komforcie cywilizacyjnym świadczy to, jak władza wszelaka zabezpiecza nas co dnia - transportowo, zdrowotnie czy edukacyjnie. Czyli to, co jest najdroższe i najtrudniejsze. I to jest mój prywatny ranking jakości życia. A tu skrzeczy między nami, a tymi krajami, co je zawsze gonimy, tak jak skrzeczało.

I jasne, wiem, że według różnych rankingów czynników określających jakość życia jest co niemiara. Od zarobków i poziomu bezrobocia, po ofertę kulturalną, a nawet śmieci segregowanie. Swoją drogą te rankingi zawsze bawiły mnie z lekka, bo to przecież próba twardego zobiektywizowania czegoś wyjątkowo subiektywnego. Naszą jakość życia możemy przecież odbierać jako całkiem przyzwoitą, a ktoś patrzący na nas z boku ocierał będzie oczęta zapłakane współczuciem.

Pozostanę więc przy rankingu własnym. I jak tu wypadamy? Kiepsko. Bo sprawy, na których zauważanie szkoda życia, musimy zauważać co dnia. Komunikacja? Mieszkałem kiedyś w kraju dalekim, w którym z małego miasta do oddalonej 50 kilometrów metropolii co pół godziny jechał pociąg. I wszyscy uważali to za oczywistą oczywistość. Jaki my mamy problem z transportem publicznym wyłazi przy kolejnych przetargach kolejowych, kolejnych alarmach o likwidacji połączeń autobusowych i generalnie gonieniu za tymi połączeniami, bo tak szybko znikają... Ochrona zdrowia? To też galopująca niepewność. I nie chodzi o to, że kolega siedział ostatnio z żoną na SOR cały dzień – to się może zdarzyć. Ale kiedy z braku lekarzy zamyka się oddziały, bo ostatni neurolog wybrał wolność – zdarzyć się już nie może. Bo jesteśmy wtedy nieustająco chorzy z nerwów, że jak zachorujemy, to zostaniemy z tą chorobą sami.

Cóż, pamiętam dyskusje sprzed lat o doganianiu Zachodu i porównywanie się przez tę naszą rachityczną klasę średnią na samochody, domy, wakacje... Problem w tym, że tak naprawdę pod górkę robi się później.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie