Jak rozmawiać z zabójcą

Joanna Pociżnicka
Rozmowa z Moniką Sitniak-Szymańską, psychologiem więziennym w męskim areszcie śledczym w Toruniu.

Rozmowa z Moniką Sitniak-Szymańską, psychologiem więziennym w męskim areszcie śledczym w Toruniu.

<!** Image 2 align=none alt="Image 167456" sub="Monika Sitniak-Szymańska w toruńskim okrąglaku / Fot. Jacek Smarz">Jak to się stało, że trafiła pani do toruńskiego „Okrąglaka”. Dlaczego chciała Pani pracować w areszcie?

W Toruniu jestem od 2007 roku, jednak wcześniej pracowałam w zakładzie karnym we Włocławku. Jeszcze wcześniej pracowałam w wojsku. Można więc śmiało powiedzieć, że tylko zmieniłam mundur. Dlaczego akurat areszt? Myślę sobie, że to nieważne, gdzie się pracuje. Psycholog zawsze pracuje „na problemie”, niezależnie, czy ma to miejsce w przedszkolu czy więzieniu.

Czy praca w areszcie jest trudniejsza niż w więzieniu?

<!** reklama>Zdecydowanie tak. Tymczasowo aresztowani to często osoby bez wcześniejszych doświadczeń izolacyjnych, niezorientowane w realiach więziennych i procedurach prawnych. Najtrudniejsze są dla nich pierwsze tygodnie od osadzenia. Na tym etapie najdotkliwiej przeżywają separację od rodziny i obawy związane z zobowiązaniami, które pozostały za murami. Sam okres oczekiwania na proces łączy się z lękiem, napięciem i niepewnością. Finalnie niekiedy wszystkie te czynniki skutkują kryzysem emocjonalnym, czasami bardzo głębokim, ocierającym się o zamiary samobójcze.

Pamięta Pani swój pierwszy przypadek?

Z początku mojej pracy w areszcie pamiętam pacjenta - mężczyznę w wieku czterdziestu kilku lat. Miał problem z alkoholem. Pewnego dnia w trakcie przygotowywania obiadu, już podpity, sprowokował kłótnię ze swoim 19-letnim synem. W którymś momencie doszło do szarpaniny i ugodził go nożem. Cios okazał się śmiertelny. Ten człowiek był w głębokim kryzysie i potrzeba było dużo czasu, aby przepracować z nim poczucie winy i straty, jego żałobę, wyznaczyć cele na przyszłość.

Jakie zbrodnie najbardziej zapadają w pamięć?

Najbardziej wstrząsające czyny to te związane z przemocą w rodzinie, a szczególnie z przemocą wobec dzieci. W swojej karierze nieraz otarłam się o sprawy, gdzie była mowa o bardzo brutalnych aktach agresji wobec małego dziecka, włącznie z molestowaniem i gwałtem seksualnym.

Co stara się Pani przekazać osadzonym?

Staram się im uświadomić, że morderstwo czy zabójstwo to nie jest czyn, który można zapomnieć. Nie taka jest też idea. Nie sposób jest pozbyć się poczucia winy odnośnie tego, co się stało. Można jednak zastanowić się, co dalej zrobić ze swoim życiem. Jak poukładać relacje z resztą rodziny, jak zrekompensować tę stratę.

Z jakim typem kryminalistów pracuje się najlepiej?

Myślę, że z tymi najmłodszymi. Są to osoby, których osobowość jest wciąż na etapie kształtowania, niestety zwykle w kierunku nieprawidłowym. Są impulsywni, skłonni do agresji i wręcz patologicznego kłamstwa. Wskutek nieprawidłowej socjalizacji i błędów wychowawczych nie przyswoili sobie należycie norm społecznych. Często czują się bezkarni i nie potrafią w sposób krytyczny odnieść się do swoich zachowań. Jednak paradoksalnie są na tyle plastyczni, że są największe szanse, żeby na nich wpłynąć. Pracuję nad zmianą ich postaw. Staram się więc uczyć ich krytycyzmu, nieagresywnego wyrażania uczuć, kształtować samodyscyplinę.

Zdarzyło się Pani bać swojego pacjenta?

Tylko raz w mojej karierze pracowałam z mężczyzną, którego się obawiałam. Większość życia spędził w zakładach karnych, a kobiety postrzegał jako obiekty seksualne. Permanentnie dokonywał zachowań autoagresywnych. W pewnym momencie doszło do tego, że aby wymusić spotkanie ze mną, zaczął się okaleczać. To był jedyny moment, kiedy poczułam, że nie jestem w stanie kontynuować terapii, a relacja z pacjentem jest zaburzona. Na moją prośbę mężczyzna został przeniesiony do innej jednostki.

Mówi Pani gwarą więzienną?

Nawet się nie staram, chociaż doskonale rozumiem, kiedy więźniowie to robią. Na przykład talerz nazywają platerem, na tobołek więzienny mówią mandżur. W ostatnich latach wyraźnie zauważa się jednak stopniowe odchodzenie od zasad grypsery. To, co urosło w siłę w latach 70., obecnie coraz wyraźniej zanika. Ideą subkultury więziennej była walka z administracją. Dzisiaj, na strażnika można zwyczajnie napisać skargę co niestety zaczyna być prawdziwą zmorą więzienników, bo osadzeni wielokrotnie piszą skargi wręcz nawykowo, dla zabicia czasu.

Czy otrzymuje Pani dowody wdzięczności od swoich pacjentów?

Bardzo często. Dostaję kartki z pozdrowieniami, a także różne prezenty wykonane własnoręcznie. W domu mam mnóstwo obrazów, a także różę wykonaną z chleba. To chyba znaczy, że coś dobrego udało mi się w nich zaszczepić.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie