Kara za wybuch w dyżurce

Waldemar Piórkowski
Waldemar Piórkowski
Na 25 lat więzienia skazał Sąd Okręgowy w Toruniu Sławomira G. - To on jest winny tego, że granat wybuchł w dyżurce więzienia - argumentował skład orzekający.

Na 25 lat więzienia skazał Sąd Okręgowy w Toruniu Sławomira G. - To on jest winny tego, że granat wybuchł w dyżurce więzienia - argumentował skład orzekający.

Sławomir G. usłyszał wczoraj ze strony sądu wiele gorzkich słów. Choćby takie, że - w jego ocenie - musi zostać odizolowany od społeczeństwa na wiele lat, ponieważ jego powrót na wolność może skutkować tym, iż znów popełni kolejne podobne przestępstwo, którego ofiarą będzie jego żona, z którą jest w trakcie rozwodu.

<!** reklama>- Nic nie jest w stanie go przekonać, że tylko on jest winny tego, co się stało. Ma taką konstrukcję osobowości, że gdy ktoś nie robi tego co on chce, realizuje z góry ustalony plan. Z pełną determinacją i nic i nikt nie jest w stanie go powstrzymać. Swoje fantazje wprowadza w życie. A już wcześniej myślał o detonacji granatu. Nawet w banku, gdyby żona nie chciała przelać pieniędzy, tylko przeraziła go wizja tego, że mogło być bardzo dużo ofiar - tłumaczył toruński sąd w ustnym uzasadnieniu wyroku.

Przypomnijmy, że do tragedii, która zaprowadziła Sławomira G. na ławę oskarżonych, doszło w lipcu 2008 roku. Poprzedziło ją wiele lat małżeństwa Sławomira G. z 50-letnią obecnie kobietą. Miało ono burzliwy przebieg i pełne było konfliktów. Małżonkowie spierali się o pieniądze, wychowanie syna, oskarżony pił sporo alkoholu i zarzucał żonie zdradę. Postanowili się rozstać i właśnie podział pieniędzy za sprzedaż wspólnej nieruchomości stał się bezpośrednią przyczyną ostatniego przed tragedią konfliktu. Poszło o pięć tysięcy złotych, których otrzymania nie mógł się doprosić oskarżony.

Przez wiele lat pracował w wojsku i z tamtych czasów miał granat F-1. 4 lipca 2008 roku wziął go ze sobą na kolejne spotkanie z żoną. Czekał na nią przed zakładem karnym przy ulicy Wybickiego w Grudziądzu, w którym pracowała kobieta. Ona natomiast po krótkiej rozmowie z oskarżonym wróciła do więziennej dyżurki. Poczuła się zagrożona, bo mężczyzna jej groził. Oskarżony ruszył za nią. Wszedł do środka budynku, granat miał już w dłoni i tam doszło do szarpaniny. Wtedy też nastąpił wybuch.

Przez większą część procesu i w ostatnim słowie oskarżony starał się przekonać sąd, że do wybuchu doszło przypadkiem, a on wyciągając z plecaka granat, chciał tylko nastraszyć swoją żonę. Sąd uznał zupełnie inaczej.

- Tylko oskarżony jest winny tej tragedii, to on wyciągnął zawleczkę. Wtedy już działał z premedytacją. Godził się na śmierć kobiety i odniesienie ran przez obcego mężczyznę i jego dziecko, którzy w tym czasie również byli przypadkiem w dyżurce - tłumaczył sąd.

W wyniku wybuchu kobiecie amputowano część ręki i nogi, nie widzi również na jedno oko. Według biegłych tylko szybko udzielona pomoc uratowała jej życie. Gdyby stało się to w bardziej odludnym miejscu i ratunek przyszedłby trochę później, prawdopodobnie by nie przeżyła. Obrażeń nóg doznał również oskarżony i chodzi podpierając się laską. Tylko cud - jak określili biegli - spowodował, że przypadkowi świadkowie tej awantury nie odnieśli poważnych obrażeń. Być może dlatego, że granat sprzed wielu lat miał już nieco obniżoną siłę rażenia. Wyrok nie jest prawomocny.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie