Każdy chce zostać generałem

Ryszard Warta, Mariusz Załuski Fot. mwmedia.pl
Rozmowa z JANEM ENGLERTEM

Rozmowa z JANEM ENGLERTEM

<!** Image 2 align=right alt="Image 81860" sub="Jan Englert z Beatą Ścibakówną. Zdjęcie wykonane podczas premiery filmu „Katyń”">Nadchodzi czas wielkich bilansów - przed nami 20-lecie III RP. Pewnie doczekamy się też dyskusji o aktorstwie w „nowej Polsce”. Choćby o komercjalizacji tego zawodu...

Niegdyś w Polsce teatr i Kościół to były instytucje, które „wystawały” ponad przydzielone im funkcje, były instytucjami patriotycznymi. Zarówno księża, jak i aktorzy byli więc postrzegani w o wiele wyższej randze społecznej niż na to zasługiwali. To rykoszetem poszło na następne pokolenia. Bojkot po stanie wojennym był tego zwieńczeniem. W III RP obie te instytucje gwałtownie zaczęły tracić na randze. Nie wszyscy potrafili sobie z tym poradzić, zarówno w Kościele, jak i w teatrze. Byli tacy, którzy przestali myśleć o sobie jak o inżynierach dusz i zostali błaznami, którzy zarabiają wzruszając lub rozśmieszając. Skończyła się tzw. odpowiedzialność za siebie wobec ludzi, których jest się ulubieńcem. Jest gonitwa za pozycją, popularnością, pieniądzem. Ja tego nie oceniam negatywnie, tylko stwierdzam fakt.Z drugiej strony, większość aktorów dalej myśli o sobie w kategoriach artystowskich, ale funkcjonuje w kategoriach błazeńskich. Każdy aktor powie panom, że jest posłannikiem wielkich idei, nie ma takiego - może z wyjątkiem Pazury - który by stwierdził, że jest tylko błaznem. Wszyscy wierzą głęboko, że nadal uprawiają wielką sztukę. I to ich trzyma przy życiu. Ale tak naprawdę, tych prawdziwych artystów jest pewnie z 10 procent. Mówię to z pełną świadomością, bo wiem, że grając w serialu czy w filmie, w ciągu 10-15 dni zarabiam swoją roczną pensję dyrektora Teatru Narodowego. Trudno jest temu nie ulec. Pamiętam te trzy bezsenne noce, kiedy zaproponowano mi dwuletni kontrakt reklamowy, przekraczający moje kilkunastoletnie zarobki. Pamiętam, jak bolało odmówienie. Rozumiem więc kolegów, którzy ulegają. Niebezpieczeństwo polega na czymś innym - łatwość zarobienia dużych pieniędzy sprawia, że nie bardzo chce się pracować za małe pieniądze dla dobra sprawy.

Co Pan by stracił, gdyby po tych trzech nocach jednak się zgodził?

<!** reklama>Nie byłem żadnym bohaterem, byłem rektorem. A rektor na billboardach, z psem reklamujący polisy, banki itd.? Rektor, który w szkole uczy, że to twórczość, a nie tylko rzemiosło? Albo - albo. Tak jestem wychowany, że staram się przynajmniej dla siebie samego trzymać pewne formy. Pewnie w bilansie ogólnym po 5 latach nikt by mi tego nie pamiętał. Ale ja bym pamiętał. I pewnie żadnych wielkich mów o posłannictwie do studentów już nie wygłaszałbym ani nie domagałbym się, żeby pracowali ciężko nad tym, czego nie potrafią, skoro mogą łatwo sprzedać to, co potrafią.

Wielu aktorów amerykańskich mocno angażuje się społecznie czy politycznie. Akcje ekologiczne, Darfur, Tybet... W Polsce jest odwrotnie. Aktorzy boją się wypowiadać na pewne tematy. Dlatego, że jest to niedobre marketingowo?

Jest taka anegdota - przed wojną był wybitny aktor teatralny, komik Frenkiel, i był Kieresiński, aktor z teatrów ogródkowych. Kieresiński pyta Frenkiela: „Mistrzu, ile mistrz zarabia w tym Narodowym?”. Frenkiel mówi: „300 złotych”. Kieresiński na to; „To dla mnie dwa wieczory”. Wtedy pyta Frenkiel: „Ile kosztuje pomarańcza w sklepie?”. „50 groszy”. „A w burdelu?” O co chodzi? O to, żeby sklep był sklepem, a burdel - burdelem. Żyjemy w czasach, gdy się to wszystko pomieszało. I bardzo trudno jest ryzykować wejście do polityki, bo nie wiemy, czy wchodzimy do sklepu, czy do burdelu. Wszyscy moi koledzy, którzy na fali entuzjazmu do III RP dali się namówić na senaty, sejmy, przeżyli wielkie rozczarowanie. W politykę wpisana jest zasada, że cel uświęca środki. A w teatrze, tam gdzie jest czas na budowanie czegoś, środki uświęcają cel. Oczywiście marketing też jest ważny. Aktor zależy od publiczności, więc aktor zaplątany w jakąś frakcję polityczną automatycznie traci frakcję przeciwną. Tylko frajer sobie na to pozwoli. W USA ta sytuacja jest zupełnie inna, taka działalność nie ma wielkiego znaczenia dla przebiegu kariery, bo tam sztuka jest wielkim interesem, a u nas ciągle manufakturką. To nie są pieniądze takie, że jak stracę popularność po 5 latach, to nic, bo zarobiłem tyle, że mogę leżeć na Hawajach. Chociaż gdyby płacono tak jak dzisiaj w czasach mojej największej popularności, to bym pewnie z panami nie rozmawiał.

Biorąc pod uwagę rankingi nie może Pan narzekać.

Czytałem ranking wartości reklamowej aktorów, nawet się tam znalazłem na 10. miejscu, choć nigdy niczego nie reklamowałem.

Pewnie właśnie dlatego.

Najpiękniejsi, najzdolniejsi, najpopularniejsi, najgłupsi... Wiem, jak wygląda układanie takich rankingów i jestem ich przeciwnikiem. To nie są wyścigi, choć jasne, że rankingi wpływają na zarobki. W zeszłym roku nie chciałem grać w filmie, więc podałem zaporową - w moim przeświadczeniu - stawkę. A oni mi ją zapłacili bez zmrużenia oka! Zorientowałem się, że to nie żadna zaporowa stawka, tylko ja jestem jeleń. Ale uczę się, zresztą jestem teraz głównie pracodawcą, więc to ja płacę innym. Wcześniej żyłem w jakimś dziwnym świecie, nie idealistycznym, tylko frajerskim. Nie rozmawiałem o pieniądzach. Co dawali, to brałem. Za moich czasów były przecież komisje, które wyznaczały, za ile się gra. Jak się człowiek wczołgał na stawkę 1440 zł za dzień zdjęciowy, to był to absolutny pułap, którego nie dało się przeskoczyć. W efekcie byli rekordziści, tak się mówiło o Leonie Niemczyku czy Henryku Biście, którzy w jednym roku kalendarzowym mieli po 600 dni zdjęciowych. Rankingi... Pewnie, przyjemnie jest przeczytać, że człowiek jest popularny. Tak naprawdę jednak to nic nie znaczy. Oczywiście, mówię to z pełną odpowiedzialnością sytego.

Wszyscy mamy tendencję do rozliczania się. Także wstecz. Czemu to służy? Jestem przeciwnikiem wszelkiego rodzaju lustracji, bo to także absolutnie niczemu nie służy. Co mi po informacji, że mój kolega na mnie donosił?

Może dla nauki na przyszłość... Nie rób nikomu świństwa, bo kiedyś może ktoś ci to wyciągnąć.

Wyciągnie i co?

I będzie głupio.

No i ci, którym coś wyciągnięto, idą do sądu. Umiecie panowie rozróżnić, którzy robią to cynicznie, a którzy słusznie bronią dobrego imienia? Bo ja nie potrafię. Nie interesuję się tym, czy ktoś na mnie donosił, potrafię nawet to jakoś usprawiedliwić. Dziś to dotyczy 60-latków, w kogo więc uderza? W ich dzieci. 60-latkom nic już się nie stanie, a ich rodziny są trafione. Trzeba było to zrobić od razu albo dać sobie spokój.

Bardzo dużą część swego życia i to na szczycie popularności, poświęcił Pan i dyrektorowaniu, i rektorowaniu. Warto było?

Nie poświęciłem. Tak nie mogę tego nazwać. Powiedzmy sobie szczerze, to po pierwsze konsekwencja tego, że mi się powiodło, nie odczuwałem więc głodu grania. Po drugie, nie ukrywajmy, to też kwestia pychy. Każdy z nas chce być jakimś kapitanem, admirałem czy generałem. Sprawiało mi to frajdę i dlatego tyle lat to robię. Oczywiście, pysze musi towarzyszyć przeświadczenie, że sobie poradzę. Za pychę, w ten czy w inny sposób człowiek płacić musi. Jest pytanie o bilans, czy opłaca się, czy nie. Jeżeli się wiedzie, jeżeli jakoś idzie, to bilans jest dodatni. Jeśli jednak towarzyszy temu kopanie, a i to przeżyłem, to wtedy wraca pytanie o sens tego, co się robi.

Niełatwo być po tej drugiej stronie: zwalniać, zatrudniać, wymagać.

To bywa męczące. Mam takie dni, kiedy chcę to wszystko rzucić. Niepojęte dla mnie jest, że można nie zrobić premiery na czas albo, że nie zrobię przedstawienia, jeśli nie dostanę tego i tego scenografa, a ten żąda jakiś niebotycznych pieniędzy. To są najprostsze przykłady. Już kiedyś mówiłem, że góra rozrządowa na stacji w Koluszkach, największym węźle kolejowym w Polsce, to małe piwo przy moim stanowisku, bo tam przynajmniej pociągi jeżdżą po torach, a u mnie nie! Zrobić synchronizację tych wszystkich składów to wyższa szkoła jazdy. Można wykoleić kilka pociągów, ale staram się tego nie robić. Najefektowniejsze zakończenie będzie, jak mnie kiedyś z hukiem wyrzucą. Może nawet ktoś stanie w mojej obronie, a ja: „Nie, niech wyrzucają...”. To rozwiązanie optymalne - odejść w glorii skrzywdzonego na z góry upatrzone pastwisko, tam się położyć i skubać trawkę. To żart, ale jest w nim część prawdy. Kłopot w tym, że długo bym tej pastwiskowej sielanki nie wytrzymał.

Teczka osobowa

Jan Englert

  • Lat 65. Jeden z najbardziej znanych polskich aktorów teatralnych i filmowych. Absolwent warszawskiej PWST (1964), wieloletni dziekan i rektor tej uczelni. Dyrektor artystyczny warszawskiego Teatru Narodowego.
  • Debiut filmowy w „Kanale” Andrzeja Wajdy (1956), kilkadziesiąt ról filmowych i serialowych. Wielką popularność przyniosły mu, m.in., role w serialach „Kolumbowie”, „Dom” i „Polskie drogi”.
  • Starszy brat cenionego reżysera teatralnego Macieja Englerta.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie