Kim jest moja żona?

Mariusz Załuski
Niby już jesteśmy tacy wszechświatowi i globalni... Śmigamy po różnych kontynentach z takim luzem, jak kiedyś po powiecie i okolicach.

Niby już jesteśmy tacy wszechświatowi i globalni... Śmigamy po różnych kontynentach z takim luzem, jak kiedyś po powiecie i okolicach. Tyle że złudzenia szybciutko pryskają, kiedy coś wytrąci nas z bezpiecznego kursu. I musimy tak naprawdę zanurzyć się w obcym świecie. Uroki multi-kulti jakoś wtedy gasną i robi się nieprzyjemnie. Ba, nawet ten świat nie musi być taki zupełnie obcy... W filmie „Frantic” Amerykanin zmagał się z Paryżem. W jeszcze cieplutkiej, „Tożsamości” - której z „Frantikiem” trudno nie porównywać - Amerykanin walczy z Berlinem.<!** reklama>

I, mówiąc szczerze, ten motyw wydaje się w tym thrillerze zdecydowanie najciekawszy. Choć żeby wczuć się w alienację głównego bohatera, musimy wyobrazić sobie faceta przyzwyczajonego do tego, że wszyscy mówią albo przynajmniej próbują mówić po angielsku, który ląduje w miejscu oddzielonym językową barierą. Nam akurat te okoliczności są doskonale znane, bo nasz język do eksportowych nie należy i barierę mamy zawsze. Amerykanin musi się więc zmierzyć z otoczeniem dla siebie nieprzyjaznym pod każdym względem, bo nawet walor multikulturowości - Berlin pokazany jest jako miasto zlepieniec kultur imigrantów - niespecjalnie mu sprzyja.

I trzeba przyznać, że początkowo pomaga to w dosyć zgrabnym budowaniu nastroju. Do pewnego momentu nie wiemy bowiem, czy nasz bohater, który dostał mocno po głowie w czasie wypadku, rzeczywiście wplątywany jest w kryminalną aferę, czy też jego problemy z rzeczywistością to wynik urazu. Albo choroby psychicznej. Wszyscy boimy się przecież tego momentu, kiedy zaczniemy dostrzegać wokół nas coś zupełnie innego niż wszyscy, z którymi mamy do czynienia. Niestety, naprawdę fajnie jest tylko do momentu, kiedy nie do końca wiemy, co naprawdę oglądamy. Potem jeszcze akcja trzyma tempo, ale z czasem zaczyna się zmieniać w banał. A scenariusz zaczyna trzeszczeć. Mogę sobie bowiem wyobrazić superagentów zgrabnie udających policjantów czy tramwajarzy, ale profesorów biotechnologii? Do tego konferujących z prawdziwymi profesorami? Z takimi talentami może rzeczywiście powalczyliby o Nobla, zamiast ganiać z pistoletami.

A cała historia zaczyna się w momencie, gdy do Berlina przyjeżdża amerykański profesor z mocno ponętną żoną. Mężczyzna wraca na lotnisko, bo zapomniał tam walizki - niestety taksówka wpada do rzeki. Delikwent budzi się po czterech dniach i okazuje się, że nikt go nie szuka. Owszem, jest żona, jest hotel, ale obok superżony mamy czarująco uśmiechniętego innego męża, przedstawiającego się dokładnie tym samym imieniem i nazwiskiem, co wypadkowicz.

„Tożsamość” - mimo scenariuszowych wytrychów - ogląda się przyzwoicie. Realizacja jest profesjonalna i oszczędna w dęte efekty, a aktorstwo całkiem, całkiem. Głównego herosa gra Liam Neeson, który już po raz kolejny zostaje silnym facetem, ratującym rodzinę, świat i okolice. No i proszę, na co mu przyszło na stare lata.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie