Koniec pieśni

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Normalni ludzie woleliby, jak sądzę, żeby dobrym było dobrze, a złym - źle. Życie, niestety, uczy nas, że często bywa odwrotnie. Źli rosną w siłę i żyją dostatniej, a dobrzy dostają po uszach aż huczy. I potem tylko opłakują własną naiwność.

<!** Image 1 align=left alt="http://www.express.bydgoski.pl/img/glowki/zaluski_mariusz.jpg" >Normalni ludzie woleliby, jak sądzę, żeby dobrym było dobrze, a złym - źle. Życie, niestety, uczy nas, że często bywa odwrotnie. Źli rosną w siłę i żyją dostatniej, a dobrzy dostają po uszach aż huczy. I potem tylko opłakują własną naiwność. Oczywiście, denerwuje nas to niezmiernie, tak samo jak poczucie, że wpływ na taką kolej rzeczy mamy taki sobie. Tęsknota za sprawiedliwością - szybką i skuteczną - ciągle w nas jednak drzemie. Co, oczywiście, kino ogrywa od lat, żyjąc przecież z rekompensowania nam emocji, o które w „realu” jakoś trudniej. No a żeby ogrywać, trzeba mieć odpowiednich bohaterów. Takich jak John Rambo - w świecie czarnych i białych charakterów najbielszy. Tyle że Rambo to, mówiąc szczerze, ikona sprzed lat - powietnamsko-afgańska, symbolicznie uniwersalna, ale z różnych powodów trudna do reanimowania. I metrykalnie, i ideowo, bo dzisiaj dla dzieciaków imperium radzieckie znaczy tyle co imperium rzymskie. A jednak pan Sylvester zafundował nam „Johna Rambo” - miks makabry, komiksu, ideowego nadęcia i groteski. Kino akcji, okraszone paroma zgrabnie zmajstrowanymi sekwencjami i złotymi myślami, co to niby zmieniać mają bieg dziejów.

<!** reklama>Jako że Rambo zmierza już wyraźnie do końca swojej wszechświatowej misji, Stallone napakował go zgorzknieniem absolutnym. Oglądamy więc wypalenie, brak wiary w cokolwiek, poczucie bycia wykorzystanym do cna. I przekonanie, że zła pokonać nie można, bo w wojnie z nim da się wygrać najwyżej jakąś bitwę. Przy czym Rambo dalej jest facetem, który w imię idei umie pokonać swój instynkt samozachowawczy. I udowodnić pięknoduchom, klajstrującym własne instynkty ideologią, że od instynktów uciec się nie da.

Tym razem wędrujemy z naszym niezłomnym kombatantem po Birmie. Tam John pomaga gromadce misjonarzy, którzy, przejęci doniesieniami o wyczynach żołdaków gnębiących wioski Karenów, udają się zbawiać świat z pomocą medyczno-duchową. Życie okazuje się brutalniejsze niż mogli sobie w Ameryce wydumać. I jedyną nadzieją dla nich - i dla grupy ratunkowej - staje się staruszek Rambo. Raz jeszcze rozbrzmiewa pieśń o człowieku, który się kulom nie kłaniał. Cóż, przyznam, że lubię stare ikony kina akcji, nawet czując fałsz sytuacji, kiedy plecie się o ideach, a chodzi o wciśnięcie publice łatwo sprzedawalnej, krwistej strzelanki (tym razem Stallone zafundował nam taką dawkę okrucieństwa, że film wytrzymają tylko kinomani o mocnych żołądkach). Ale z drugiej strony, gdyby nie stary Rambo z komiczną, opuchniętą gębą, ilu ludzi dowiedziałoby się, że gdzieś daleko mordują jakichś Karenów?

„John Rambo”, reż. Sylvester Stallone

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie