Krajobraz po Małyszu

Michał Żurowski
Jaka kariera, takie pożegnanie. Mistrzowskie. Przerastające nawet nasze - i pewnie samego Małysza - marzenia. Tak, jak przed 13 laty - po klęsce na igrzyskach w Nagano - nie sposób było sobie wyobrazić Adama w roli jednego z największych skoczków świata całej pierwszej dekady XXI wieku, tak trudno było sobie w miniony weekend wyśnić piękniejsze pożegnanie.

<!** Image 1 align=left alt="http://www.nowosci.com.pl/img/glowki/zurowski_michal.jpg" >Jaka kariera, takie pożegnanie. Mistrzowskie. Przerastające nawet nasze - i pewnie samego Małysza - marzenia. Tak, jak przed 13 laty - po klęsce na igrzyskach w Nagano - nie sposób było sobie wyobrazić Adama w roli jednego z największych skoczków świata całej pierwszej dekady XXI wieku, tak trudno było sobie w miniony weekend wyśnić piękniejsze pożegnanie.

Przygotować, wyreżyserować można wiele. Można za Małyszem jechać choćby i pół świata w sile tysięcy ludzi powiewających tysiącami flag. Można domalować kibicom i rywalom Małysza wąsy, można sprowadzić górali i ten ostatni raz dać sygnał do rozbiegu ciupagą. Politycy mogą przygotować Mistrzowi kolejne zaszczyty, a stacje telewizyjne wyemitować kolejne filmy podsumowujące jego karierę, reportaże z Wisły, wywiady z rodziną itd. itp. Jeśli jednak założyć, że istotą sportu jest uczciwa - a więc często nieprzewidywalna - rywalizacja, nie da się zaplanować jednego: wyniku. A wyniki pożegnalnych zawodów w Planicy okazały się wspaniałe. I, jak zmiana w sztafecie, symboliczne.

<!** reklama>Oto Małysz nie korzysta z przywileju wyluzowanego idola, który może skoczyć tak sobie, bo i tak odchodzi w atmosferze powszechnego uwielbienia. Małysz oddaje fantastyczny skok. Zajmuje miejsce na podium i odzyskuje lokatę w pierwszej trójce końcowej klasyfikacji Pucharu Świata. Odchodzi nie jako ten, który był znakomitością kiedyś tam, ale jest wielki tu i teraz. Ale to nie wszystko, co mogliśmy sobie w tę niedzielę tylko wymarzyć.

Na „pudle” - dwa miejsca wyżej od Małysza - stoi Kamil Stoch. Następca. Nieczęsty to obrazek w naszym sporcie, który szczycił się kiedyś ciągłością myśli szkoleniowej (polskie szkoły lekkiej atletyki, boksu, zapasów, itd.), a dziś ratują mu reputację pojedyncze, oderwane od siebie, rodzynki.

Choć 20-letnia biegaczka Ewelina Marcisz zajęła w tym roku 5. miejsce na MŚ juniorów, daleko jej do miana choćby tylko kandydatki na następczynię Justyny Kowalczyk. Już wiadomo, że żaden nasz biathlonista nie zbliży się nawet do osiągnięć Tomasza Sikory. Wcześniej w łyżwiarstwie figurowym pustkę po sobie zostawiło małżeństwo Siudków. W narciarstwie alpejskim i w biegach męskich dziura pokoleniowa ma już głębokość 30 lat. W wielu dyscyplinach letnich podobnie, by ograniczyć przykłady do gimnastyki kompletnie wyzerowanej po ostatnim skoku Blanika.

A tu jest Stoch. Chciałoby się, by poszedł śladami Orła z Wisły. To jednak trudna rola. Być po Małyszu nadzieją polskich skoków, to jak przed laty wychodzić na lód zaraz po Katarinie Witt, albo po duecie Torvill - Dean. Dlatego nie oczekujmy, że Kamil będzie drugim Małyszem. Niech będzie pierwszym Stochem. Pierwszym jak najczęściej.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie