Kto nie lubi ludu tubylczego

Ryszard Warta. Mariusz Załuski
Rozmowa z RAFAŁEM ZIEMKIEWICZEM, pisarzem, dziennikarzem i publicystą

Rozmowa z RAFAŁEM ZIEMKIEWICZEM, pisarzem, dziennikarzem i publicystą

<!** Image 2 align=right alt="Image 169046" sub="Fot. J. Stalęga/mwmedia">Co pewien czas wybucha dyskusja o wizerunku Polski na świecie, teraz po premierze „Złotych żniw” Jana Grossa mamy kolejną. I wnioski z tych dyskusji są dla nas zwykle fatalne.

Mamy bardzo zły wizerunek na świecie. I to jest w dużym stopniu nasza wina. Kiedyś rozmawiałem z Radosławem Sikorskim, wówczas wiceministrem odpowiedzialnym za promocję Polski w świecie. Szczerze mi powiedział, że cały budżet, jakim na to dysponuje, jest taki, jaki USA wydają na promocję swojego wizerunku w Sztokholmie. U nas ta sprawa kompletnie leży. W pewnym stopniu wynika to z braku wrażliwości na to obywateli - Polacy nie rozumieją, że to jest ważne w dzisiejszym świecie. A z drugiej strony, u nas wszystko jest podporządkowane bieżącej walce politycznej. Jeżeli to nie jest sprawa, którą PiS może przywalić Platformie, a Platforma PiS-owi, to nikogo to nie obchodzi. To, że Polska nie dba o swój wizerunek to jedno, ale druga rzecz to coś, co mądrze nazywa się ojkofobią...

... czyli niechęcią do własnej grupy społecznej...

... do własnego domu, do siebie samych. W dobrym tonie jest u nas odcinanie się od polskiej tradycji, plucie na polskość, mówienie, że Polska to obciach, że nasza historia to sterta kretynizmów. Wizja naszej historii jest tak ciemna, że musimy czytać to, co napisał Anglik czy Australijczyk, żeby się dowiedzieć o rzeczach w naszej historii chwalebnych. To powoduje powszechne przekonanie, że Polska jest krajem nieudacznym, że trzeba się „odpolaczyć”, żeby stać się prawdziwym Europejczykiem. A to sprawia, że polskie elity nie tylko nie przeciwdziałają zniesławianiu Polski, ale chętnie w tym dziele kolaborują.

<!** reklama>Nie przesadza Pan? Na fatalny wizerunek wpływa oczywiście ten „kompleks polski”, ale w dużej mierze też po prostu brak profesjonalizmu ludzi, którzy za to odpowiadają.

Na to składa się wiele czynników. I brak interesu politycznego - więc brak pieniędzy, a co za tym idzie brak woli, żeby się tym zajmować. Ale przecież naprzeciw tej ojkofobii wychodzą też zachęty finansowe. Polski pisarz, którzy napisze książkę o naszej historii, może co najwyżej liczyć na kilka tysięcy sprzedaży i umiarkowany sukces finansowy. Jeśli zaczyna pisać o niemieckim Breslau albo niemieckich korzeniach Szczecina, dostaje zaproszenia z Niemiec, tłumaczenia płatne w euro, może liczyć na nagrodę i stypendium. I nie sięgam tu do żadnej wiedzy tajnej. Tygodnik „Polityka” napisał w jednym z artykułów, że właściwie cała polska młoda literatura żyje z niemieckich stypendiów. Jeśli się przyjrzymy temu, co jest „tryndy” w polskiej kulturze lat ostatnich, co jest promowane i obsypywane pochwałami w teatrze, filmie czy książce, to widzimy, że najpotężniejszym dyskursem jest kultywowanie takiego poczucia obcości liberalnego inteligenta wobec polskiej ciemnej masy. Powołam się na coś, co nie kojarzy się ani z prawicą, ani z Radiem Maryja - na „Krytykę Polityczną”. Czytałem tam jedną z lepszych recenzji „Naszej Klasy” Tadeusza Słobodzianka. Jej autor zauważa, że cała ta sztuka jest natrząsaniem się z Polski B przez Polskę A, która siedzi na widowni, obserwuje tych chamów i odczuwa satysfakcję, że nie ma z nimi nic wspólnego. Większość modnych, nagradzanych dzieł bazuje na tym właśnie schemacie.

Ale przecież te tendencje w elicie pokrywają się z tym, co występuje w całym społeczeństwie. Zwykły Polak też nie jest zadowolony. Nikt u nas nie wywiesza z dumą narodowych flag przed swoim domem.

Jesteśmy, w sensie duchowym, krajem postkolonialnym. Mamy takie same problemy społeczne jak kraje, które przez kilka pokoleń były krajami zniewolonymi. To zostawia ślad. Następuje na przykład rozerwanie między elitami a ludem tubylczym, bo elita nie pochodzi z awansu, tylko w jakimś stopniu z kolaboracji. Lud więc ją odrzuca, a ona odrzuca lud, bo uważa go za dzikusów. Problemem państw postkolonialnych jest też brak szacunku do siebie. Jeżeli przez kilka pokoleń jakaś społeczność była podbita, to nabiera przeświadczenia, że ci, którzy ją podbili, są lepsi. Na to się nakłada też taka pedagogika wstydu, urządzana przez część elit. Z całej Polskiej historii wyciąga się Jedwabne i to jeszcze w wersji sfałszowanej przez Grossa, oraz to, co można przedstawić jako dowód polskiego nieudacznictwa czy aberracji, a pomija się wszystko inne. Polak nie dowiaduje się o znakomitych momentach w naszej historii, tylko bez przerwy uczy się go o przegranych powstaniach i martyrologii. To ciekawe, tu spotyka się narracja „Gazety Wyborczej” i „Naszego Dziennika”.

I te dwie narracje w mówieniu o Polsce dominują. Według pierwszej, bez przerwy powinniśmy za coś przepraszać, według drugiej, równie fałszywej, dzieje Polski to ciąg samego tylko bohaterstwa i szlachetności, a Polacy zawsze byli święci...

Mamy też zupełnie niewspółmierne podejście do obu tych narracji. Kultywuje się stereotyp, jakoby Polaków cechowała jakaś wyjątkowa megalomania i duma narodowa. Gdzie, na litość boską, jest ta megalomania? Jest takie badanie Eurostatu sprzed czterech czy pięciu lat, dotyczące postrzegania różnych narodowości. Przedstawiciele wszystkich krajów Unii Europejskiej mieli przypisać dziesięć charakterystycznych cech rozmaitym narodowościom, w tym własnej. Wszyscy raczej przypisywali własnej narodowości cechy pozytywne, a innym - negatywne. Polska tam miała generalnie nie najlepszą opinię, ale nawet Austriacy i Niemcy, którzy oceniali nas najgorzej, przypisywali nam jakieś cechy pozytywne. Jedyną narodowością, która przypisała Polakom wyłącznie cechy negatywne, byli Polacy. Czy sensowne jest więc działanie intelektualistów skupionych bez przerwy na walce z rzekomą polską megalomanią? O ile nie dostają od kogoś zleceń i pieniędzy za taką pracę, a zakładam, że nie dostają, to znaczy, że są idiotami.

Megalomania przykrywa czasem kompleks niższości.

Tylko że my leczymy kompleks niższości wobec Zachodu kompleksem wyższości wobec Wschodu. To widać po tym, jak polscy celnicy traktują Białorusinów czy Ukraińców.

Jak to się dzieje, że rząd, który krytykowany jest za koncentrowanie się na PR, popełnia tak katastrofalny błąd, jak brak szybkiej reakcji po opublikowaniu raportu MAK? W efekcie do mediów trafił jedynie przekaz o „pijanym polskim generale”. W każdej większej firmie, kiedy wiadomo, że ujawnione będzie coś, co może postawić ją w złym swietle, przygotowuje się scenariusze szybkiej reakcji.

To wynika z beznadziejności polskiego systemu partyjnego. On jest tak scentralizowany i dworski, a dotyczy to także w pewnym stopniu opozycji, że mamy sytuację jak w stadzie pawianów. Żaden pawian, który jest niżej w hierarchii, nie jest w stanie zrobić niczego, dopóki nie dostanie prikazu z góry. Jeżeli szef znika, wszyscy milczą. Przez dwa dni milczenia, po ujawnianiu raportu MAK, ja i moi koledzy szukaliśmy kogokolwiek, kto byłby w stanie zaprezentować stanowisko strony rządowej, ale wszyscy się pochowali. Nikt się nie odważy powiedzieć, póki nie wie, co ma powiedzieć. To pytanie o kondycję premiera Tuska i jego głównego piarowca, pana Ostachowicza, którzy zniknęli w tym krytycznym momencie.

Na pewno bezczynność rządu jest tu karygodna. Jego rzekomo świetny PR to bajka. W żadnym z podręczników PR nie znajdziemy przykładów tak źle rozegranej sprawy jak OFE, kiedy do opinii publicznej trafiały zupełnie sprzeczne przekazy. To fenomen, że przy takim PR PO utrzymuje tak wysoką pozycję w sondażach. Druga sprawa to to, że w świecie prawdziwej polityki sprawa Smoleńska to fatalny sygnał. Nasi potencjalni sojusznicy otrzymują dowód, że nie ma co liczyć na Polskę, a nasi potencjalni wrogowie dostają sygnał, że z Polakami można zrobić praktycznie wszystko, ponieważ chaos, niekompetencja i bezsilność organów państwa są taki wielkie, że nie jest ono w stanie wypełnić swych podstawowych funkcji, nawet tak elementarnych jak zapewnienie bezpieczeństwa własnemu prezydentowi. A kiedy już tego nie zapewniło, nie jest w staranie zadbać o wyjaśnienie tego, co się właściwie stało.

Teczka personalna

Rafał Ziemkiewicz, pisarz, dziennikarz i publicysta

Rafał Aleksander Ziemkiewicz (ur. 1964) - polski dziennikarz, publicysta, komentator polityczny i ekonomiczny, pisarz science fiction.

Ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Prywatnie mąż Aleksandry Ciejek.

Trzykrotnie nagradzany prestiżową Nagrodą im. Janusza A. Zajdla: za powieści „Pieprzony los kataryniarza” (1995) i „Walc stulecia” (1998) oraz za opowiadanie „Śpiąca królewna” (1996). Właśnie ukazała się jego najnowsza książka pt. „Wkurzam salon”.

Karierę publicysty zaczynał jako felietonista tygodnika „Najwyższy Czas”. Związany z „Gazetą Polską” od początku jej istnienia. Z redakcji odszedł w 1997 roku. Od tej pory jest niezależnym publicystą. Jego felietony publikują m.in.„Rzeczpospolita” i „Gazeta Polska”. (za portalem webook.pl)

W ubiegłym tygodniu

Głos z drugiej strony

Na ten sam temat rozmawialiśmy z Jackiem Żakowskim, publicystą z drugiej strony barykady, związanym z tygodnikiem „Polityka”. Powiedział on, m.in.: - Polska ma teraz przede wszystkim wizerunek kraju sukcesu. Oczywiście różne środowiska atakujące rząd pracują na to, żeby ten wizerunek rozbić, bo nic nie robi takiego wrażenia na Polakach jak opinia z zagranicy. Nie wydaje mi się, żeby Rosjanom udało się odwrócić trend korzystnej dla nas zmiany wizerunku Polski.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie