Łatwiej jest się bać niż zrozumieć - nowe technologie, cyberprzestępczość, roboty i 5G

Tomasz Skory
Lęk przed nowoczesnością i technologią może przybierać różne oblicza. Każdy z nas może paść ofiarą hakera, ale dlaczego obawiamy się też wynalazków, które mają ułatwić nam życie? Co nas niepokoi w technologii 5G? Dlaczego nie lubimy robotów? Czy jest się czego bać?

Niedawno odwiedził mnie znajomy, pracujący na co dzień w firmie dostarczającej usługi informatyczne. Przyznał, że im dłużej w pracuje w tej branży, tym bardziej boi się o przyszłość. Nie dlatego, że grozi mu zwolnienie, czy że branża się nie rozwija. Wręcz przeciwnie. Boi się, bo widzi, jak technologia każdego dnia idzie do przodu i jak niewiele może zrobić, gdyby ktoś chciał wykorzystać ją przeciwko niemu.

Nie są to obawy całkiem nieuzasadnione, szczególnie w ostatnim czasie. Według różnych źródeł, od wybuchu pandemii Covid-19, liczba cyberataków zwiększyła się - o kilka lub nawet kilkadziesiąt razy. Zscaler, amerykańska firma zajmująca się bezpieczeństwem informacji w chmurze, podała, że tylko między styczniem a marcem ubiegłego roku liczba ataków typu phishing, polegających na wyłudzaniu danych, wzrosła aż trzystukrotnie.

Cyberataki pojawiają się częściej, gdy ludzie stają się bardziej aktywni w internecie.

- Cyberataki pojawiają się częściej, gdy ludzie stają się bardziej aktywni w internecie. Siłą rzeczy pandemia spowodowała, że ta aktywność wzrosła i to znacznie. Więcej czasu spędzamy przed komputerami zawodowo, lecz także dla przyjemności. Stąd coraz więcej biznesów przenosi się do sieci, a sklepy internetowe działają prężniej niż kiedykolwiek. E-commerce zdaje się być największym „beneficjentem” pandemii. Im więcej użytkowników sieci i im szersza jest ich aktywność, tym większa szansa, że kogoś uda się naciągnąć na zakup, zmanipulować fake newsem, wykraść prywatne dane lub pieniądze - mówi dr hab. Tomasz Kruszewski, profesor UMK w Toruniu.

Zaprosiłem profesora do rozmowy na temat lęków technologicznych, bo nie tylko prowadzi badania naukowe nad stresem i emocjami jakie budzi w nas technologia, ale jest też czynnym psychoterapeutą. W swojej pracy miał okazję pomagać osobom, które stały się ofiarami cyberprzestępców.

- Miałem pacjenta, który padł ofiarą takiego ataku grając w jakąś grę na Facebooku. Chciał dokupić tokeny, więc podał numer swojej karty kredytowej, a potem odkrył, że stracił z niej kilkanaście tysięcy złotych. Ostatecznie po paru miesiącach udało mu się je odzyskać, bo był ubezpieczony, ale była to dla niego mocno stresująca sytuacja. Jednocześnie cyberoszust nie został wykryty. Polska policja sprawę umorzyła - wspomina kognitywista.

Takich przypadków w ubiegłym roku było znacznie więcej niż wcześniej. Według styczniowego raportu Krajowego Rejestru Długów i serwisu ChronPESEL.pl, ponad 60 proc. Polaków boi się, że w okresie pandemii ich dane osobowe dostaną się w niepowołane ręce. Co ciekawe, bardziej niż hakerów i włamań na konta czy do komputera, obawiają się wycieków z urzędów i firm. To główna obawa aż 46,4 proc. osób.

Łatwiej jest się bać niż zrozumieć - nowe technologie, cyberprzestępczość, roboty i 5G

Nagość nie dla wszystkich

Niepokój budzi w nas także utrata prywatności - lęk przed tym, że ktoś może monitorować naszą aktywność w internecie, uzyskać dostęp do naszych prywatnych fotografii czy zhakować kamery w naszych komputerach. Do najsłynniejszego takiego wycieku doszło w 2014 roku, gdy do sieci trafiły jednocześnie setki zdjęć mniej lub bardziej roznegliżowanych celebrytek, ściągnięte z ich prywatnych kont i telefonów.

Ofiarami takich ataków nie padają oczywiście tylko znane osoby. Najczęściej jednak intymne zdjęcia „przeciętnych Kowalskich” wypływają do sieci nie w wyniku ataku hakerów, ale przez nadmierne zaufanie do bliższych lub dalszych znajomych. Czasem byli partnerzy publikują zdjęcia w ramach zemsty na swoich ex, czasem jest to efekt nękania w grupie rówieśniczej młodzieży. Zazwyczaj jednak przydarza się to osobom, które pokazały się w negliżu komuś poznanemu przez internet, a dalsza publikacja ich wizerunku stała się przedmiotem szantażu.

Dokładnych statystyk nie sposób określić, bo szantażowane osoby częściej próbują zatuszować sprawę niż zgłaszają się po pomoc. Natomiast według NCA, brytyjskiego odpowiednika FBI, aż 95 proc. przypadków wymuszeń związanych z aktywnością seksualną (ang. sextortions) dotyczy mężczyzn. W tej grupie dominują osoby z przedziału wiekowego 21-30 lat. Statystycznie to właśnie wśród młodych mężczyzn jest najwięcej użytkowników aplikacji randkowych, stron z pornografią i czatów erotycznych, a to właśnie tam czają się na nich cyberprzestępcy.

Zdarzało się, że osoby, które uprzednio oglądały filmy pornograficzne albo masturbowały się na czatach przed kamerkami internetowymi, dostawały maile z informacją, że zostały nagrane.

- Badałem kiedyś obawy towarzyszące ludziom angażującym się w aktywność seksualną w sieci. Zdarzało się, że osoby, które uprzednio oglądały filmy pornograficzne albo masturbowały się na czatach przed kamerkami internetowymi, dostawały maile z informacją, że zostały nagrane. Grożono im, że jeśli nie wyślą pewnej sumy pieniędzy na wskazane konto, to nagranie zostanie rozesłane do osób z ich list kontaktowych. Maile zawierały bardzo precyzyjne instrukcje, co do miejsca, w którym należy kupić bitcoiny, adresu przekierowania okupu i wyznaczonego czasu na te transakcje. Podawano w nich także wycinek listy adresowej znajomych ofiary oraz hasło dostępu do skrzynki pocztowej czy innej używanej przez nią aplikacji. W zależności od poziomu lęku, takie osoby decydowały, czy podejmą próby ratowania swojej prywatności walcząc, czy też ulegną szantażowi, odpuszczą i zapłacą. Charakterystyczne dla działania pod wpływem silnego lęku i stresu było to, że na ogół ofiary nie dostrzegały oczywistego blefu. Okazywało się bowiem, że przedstawione hasło było już np. nieaktualne. Brakowało też koronnego dowodu na skuteczny atak hakerski: fragmentu kompromitującego nagrania. Emocje brały jednak górę nad rozsądkiem w ocenie sytuacji - mówi dr hab. Tomasz Kruszewski.

Nikogo to nie interesuje

Przyznaję, że kiedyś też dostałem maila o podobnej treści, jednak postanowiłem go zignorować. Zastanawiając się później, jak zareagowałbym, gdyby ktoś naprawdę posiadał moje zdjęcia czy nagranie, uznałem, że to i tak raczej nikogo nie zainteresuje, a nawet gdyby, to... życzę miłego seansu. Nie brakuje jednak przypadków, w których osoby szantażowane decydują się opłacić okup, nie mogą poradzić sobie psychicznie z tą sytuacją, a nawet pod wpływem presji i silnych emocji targają się na swoje życie.

Lęk przed utratą prywatności wnika m.in. z przekonania, że inni ludzie się nami interesują.

- Lęk przed utratą prywatności wnika z kilku podstawowych błędów atrybucji, m.in. z przekonania, że inni ludzie mocno się nami interesują. W psychologii istnieje tzw. zjawisko światła rampy, czyli skłonności ludzi do przeceniania tego, w jakim stopniu to, co robią czy jak wyglądają, jest dostrzegane przez innych. Wydaje nam się, że inni nas obserwują, interesuje ich nasze życie, ale to nieprawda. Ludzie przede wszystkim interesują się sami sobą, a jeśli już skupiają uwagę na kimś innym, to z reguły na krótko - w efekcie jakiegoś silniejszego bodźca, by po chwili przenieść uwagę na coś innego. Przekonanie, że to, co robimy jest szczególne, wynika z kilku czynników: naszych predyspozycji osobowości, zaburzeń, ale też z tego, że współczesna kultura wmawia nam, iż wszyscy jesteśmy wyjątkowi. Prawda jest taka, że wszyscy wyglądamy podobnie i robimy mniej więcej te same rzeczy. Jesteśmy zdeterminowani podobieństwem naszych genotypów oraz środowisk wychowawczych. Jeśli więc zostaliśmy przyłapani nago, np. w trakcie uprawiania seksu, warto zwrócić uwagę, że ponad 3 mld ludzi ma penisy, a drugie tyle pochwy, raczej podobne do siebie, więc nie jest to nic szczególnego. Jeśliby okazało się, że ktoś ma sześć rąk, to takie nagranie mogłoby być rzeczywiście atrakcyjne dla wielu ludzi. Ale w sieci pełno jest zdjęć i filmów z nagimi ludźmi i z reguły mało kogo one interesują przez dłuższy czas. Mam pacjentkę, która od lat żyje z prezentowania swoich wdzięków przed kamerką internetową i mimo ogromnej liczby wejść do jej porno roomu, ani na ulicy, ani wśród znajomych dotąd nigdy nie doświadczyła żadnych reakcji związanych z jej profesją. Dlatego nie warto się tym w ogóle przejmować - radzi profesor UMK.

Co więcej, dziś wcale nie trzeba się nigdzie obnażać, by zostać bohaterem nagiego zdjęcia. Postęp technologii sprawił, że czasem nie sposób powiedzieć, czy mamy do czynienia z prawdziwym materiałem czy zaawansowanym fotomontażem. I to akurat da się też obrócić na naszą korzyść, biorąc przykład np. z gwiazd, które padły ofiarą wspomnianego już ataku w 2014 roku. Wiele z nich do dziś trzyma się wersji, że wykradzione zdjęcia zostały po prostu sfabrykowane.

- My też mamy w tej kwestii od kogo się uczyć. Politycy, patrząc prosto w obiektyw kamery, potrafią mówić, że to nie oni coś napisali czy powiedzieli, że to był atak hakera, a nagranie nie jest prawdziwe, albo też, że ich słowa oznaczają całkowicie coś innego i zostały wyrwane z kontekstu przez nieobiektywnych dziennikarzy. Warto jednak sprawdzać, co mówią. W internecie nic nie ginie. Technologia to więc broń obusieczna. To co może nas pogrążyć, może nas też uratować, o ile nie brakuje nam wiedzy, sprytu czy odwagi - przyznaje kognitywista.

Strach łatwiejszy niż wiedza

Cyberprzestępczość to realne zagrożenie, na które powinniśmy uważać, ale lęk przed technologią może przyjmować też mniej oczywiste formy. Jednym z przykładów jest obawa przed szkodliwym oddziaływaniem telefonów komórkowych. Taki niepokój towarzyszy nieraz starszym osobom, które mogą nie nadążać za zachodzącymi zmianami. Czasem jednak pojawia się także wśród tych, którzy przyszli na świat pełen nowych technologii w powszechnym użyciu. Kilka lat temu plotkarskie portale rozpisywały się o tym, że komórek boi się między innymi... Lady Gaga.

Obawy przed chorobotwórczym działaniem fal elektromagnetycznych doprowadziły w ubiegłym roku do licznych ataków na maszty operatorów sieci komórkowych. Na całym świecie - również w Polsce - w ciągu kilku miesięcy uszkodzono kilkaset takich przekaźników. A wszystko zaczęło się od fake newsa, według którego wprowadzenie technologii 5G miało przyczynić się do rozprzestrzenienia pandemii koronawirusa.

Czy są jakieś naukowe dowody na to, że technologia 5G jest szkodliwa?

- Czy są jakieś naukowe dowody na to, że technologia 5G jest szkodliwa? Nie ma. Co więcej, jest całe mnóstwo badań potwierdzających, że fale radiowe nam nie szkodzą. Całe życie przez nasze ciała przenikają fale różnych częstotliwości. Tak się też działo, zanim ludzie wymyślili telefonię komórkową, a wcześniej internet, telewizję i radio. Mamy więc do czynienia z zagrożeniem, które istnieje wyłącznie w naszych głowach. To bardzo smutne, że w takich sytuacjach zamiast zawierzyć naukowcom, fachowcom z wieloletnim stażem w swoich profesjach, coraz więcej osób słucha niepodpartych niczym fantazji domorosłych aktywistów, celebrytów, samozwańczych badaczy znajdujących potwierdzenia swoich tez u innych podobnych im ludzi - mówi Tomasz Kruszewski.

Pytam więc profesora, dlaczego tak wiele osób dało się ponieść emocjom po fake newsie o 5G. Dlaczego ludzie wierzą w ogóle w teorie spiskowe, takie jak „5G prowadzi do niedotlenienia” czy jeszcze bardziej surrealistyczne „chipy w szczepionkach”?

Jeśli człowiek o przeciętnych kompetencjach ma do wyboru zaawansowaną wiedzę, której nie rozumie, lub nośne hasło typu „5G zabija”, to prawdopodobnie chętniej wybiera łatwiej przyswajalną odpowiedź.

- Pewnie każdy nie raz doświadczył sytuacji, w której na końcu języka miał jakieś słowo i nie dawało mu to spokoju, dopóki go sobie nie przypomniał. Dzieje się tak dlatego, że mózg ma ogromną potrzebę porządkowania. Tak długo pracuje nad niewiadomą, aż znajdzie rozwiązanie. Ale świat się zmienia, wiedza jest coraz bardziej skomplikowana i czasem nawet uczonym z jednej dyscypliny trudno zrozumieć, czym dokładnie zajmuje się kolega z gabinetu lub laboratorium obok. Specjalista od mechaniki statystycznej nie będzie równorzędnym partnerem w dyskusji z mechanikiem kwantowym, mimo że obaj są fizykami. Ponadto nasz mózg na ogół nie lubi skomplikowanych odpowiedzi, pełnych niuansów. Woli rozwiązania zero-jedynkowe, czarne albo białe. Więc jeśli człowiek o przeciętnych kompetencjach ma do wyboru zaawansowaną wiedzę, której nie rozumie, lub nośne hasło typu „5G zabija”, to prawdopodobnie chętniej wybiera łatwiej przyswajalną odpowiedź. Poza tym szybciej zapamiętujemy informacje, które niosą ze sobą ładunek emocjonalny. Ma to związek z budową mózgu i jego podkorowymi obszarami. Natomiast my naukowcy nie produkujemy porywających historii, szybkich i łatwych odpowiedzi. Nasza praca to żmudne poszukiwanie prawdy, a prawda jest zwykle… taka sobie, jeśli chodzi o atrakcyjność. Nie może konkurować ze scenariuszami tworzonymi przez pseudonaukowców, kino science-fiction, trolli pomnażających teorie spiskowe - tłumaczy kognitywista.

Nie taki robot straszny

Skoro już mowa o scenariuszach rodem z kina science-fiction, warto poruszyć w tym miejscu wątek... walki ludzkości z robotami. Choć może być trudno w to uwierzyć, ta toczy się już od lat, jednak zamiast filmowego „buntu maszyn” mamy do czynienia z „buntem przeciw maszynom”. W Filadelfii wandale urwali głowę HitchBotowi, kanadyjskiemu robotowi podróżującemu po świecie autostopem. W Osace grupa dzieci pobiła robota spacerującego po jednym z centrów handlowych. W Kalifornii pijany mężczyzna powalił mechanicznego stróża na parkingu przed siedzibą firmy produkującej takie urządzenia. W Moskwie zakapturzony napastnik pobił kijem baseballowym robota przez Instytutem Technologii... Takich przykładów jest znacznie więcej!

Gdy myślimy o robotach, to mamy przed oczami Terminatora albo maszyny wykorzystujące nas jak w Matriksie.

Łatwiej jest się bać niż zrozumieć - nowe technologie, cyberprzestępczość, roboty i 5G

- Kino zaszczepiło w nas lęk przed technologią wymykającą się spod kontroli. Gdy myślimy o robotach, to mamy przed oczami Terminatora albo maszyny wykorzystujące nas jak w Matriksie. Tymczasem roboty na bazie „słabej sztucznej inteligencji” są budowane do realizacji konkretnych, wąskich zadań i nie potrafią zarządzać samymi sobą. Możemy stworzyć komputer, który ogra w szachy Kasparowa i możemy zbudować nianię, która przewinie dziecko albo poprowadzi rozmowę z samotnym emerytem. Jednak ten komputer nie pomoże w prowadzeniu zabiegów medycznych, ani ta niania nie ogra nikogo w szachy. Nikt nie zbudował jeszcze robota, który byłby choć w części tak wszechstronny jak człowiek. Choć prowadzone są prace nad „twardą sztuczną inteligencją”, wszyscy eksperci mówią, że to się nieprędko uda, o ile w ogóle. Algorytmy są cały czas rozbudowywane i pogłębiane, ale to są wciąż tylko algorytmy, a nie całkowita swoboda sztucznej inteligencji w działaniu, myśleniu, odczuwaniu emocji lub uczuć - mówi profesor UMK.

Pewnym kamieniem milowym, nie tyle w samej robotyce, co relacjach między ludźmi i robotami, było symboliczne przyznanie obywatelstwa humanoidalnemu robotowi Sophie przez władze Arabii Saudyjskiej. Wywołało to wiele kontrowersji i zrodziło pytania m.in. o to, czy w takim razie robot będzie mógł głosować w lokalnych wyborach. Eksperci zwracali uwagę, że Sophie jest tylko chatbotem, czyli programem symulującym rozmowę na podstawie określonych słów-kluczy, któremu po prostu nadano ludzką twarz.

Nie zmienia to jednak faktu, że wraz z rozwojem technologii roboty będą coraz bliższe ludziom - zarówno pod względem wyglądu, jak i pełnionych funkcji. Już teraz takie roboty jak Nao czy Pepper znajdują zastosowanie m.in. w domach opieki, hotelowych recepcjach, przy terapii dla dzieci z autyzmem, a ostatnio także w walce z pandemią - w Japonii roboty dotrzymują towarzystwa pacjentom chorym na Covid-19, a w Niemczech pomagają utrzymywać bezpieczny dystans klientom w marketach. I choć u niektórych taki zmechanizowany pomocnik może wywoływać niepokój, wielu z nas nauczyło się obdarzać roboty sympatią.

Tu też można zauważyć pewną zależność - im bardziej taki robot przypomina człowieka, tym zazwyczaj łatwiej jest nam go zaakceptować. Takie badanie przeprowadzili m.in. naukowcy z Uniwersytetu Cambridge. Pokazywali ochotnikom filmiki z robotami o zróżnicowanym stopniu podobieństwa do ludzi. Roboty były ukazywane w różnych nieprzyjemnych sytuacjach, a badani mieli określić, jak bardzo przykro jest im z tego powodu. Okazało się, że emocje były tym większe, im bardziej dany robot przypominał prawdziwego człowieka.

Co ciekawe, ci sami badani na pytanie, którego robota najchętniej uratowaliby przed trzęsieniem ziemi, najczęściej wskazywali nie tego najbardziej humanoidalnego, ale kanciasty model o mechanicznym głosie. Może to być częściowo związane ze zjawiskiem nazywanym doliną niesamowitości (ang. uncanny valley), po raz pierwszy zaobserwowanym przez japońskiego uczonego Masahiro Mori.

- Masahiro Mori zauważył, że roboty podobne do ludzi obdarza się sympatią, ale tylko do pewnego momentu. Gdy stają się zbyt do nas podobne, zaczynają budzić lęk - bo wyglądają jak ludzie, ale wiemy, że ludźmi nie są. Ten lęk ma charakter ewolucyjny. Jeśli coś jest bardzo podobne, ale nie jest człowiekiem, to aktywizuje w mózgu obszary, które odpowiadają za reakcję obronną. I nie mówimy tu tylko o lęku przed robotami, bo np. widząc osobę z protezą kończyny, też czujemy się trochę nieswojo. Nasz mózg, nawet jeśli nie interpretuje tego od razu jako zagrożenie, to wysyła sygnał, że coś w otoczeniu jest nie tak i może wpłynąć na homeostazę organizmu. W autonomicznym układzie nerwowym aktywizuje to układ sympatyczny, który wcale taki sympatyczny nie jest, bo odpowiada za tzw. negatywne emocje, a one stymulują do walki, ucieczki lub zastygania w bezruchu. Choć lęk, strach, złość, gniew, przerażenie czy zniesmaczenie do przyjemnych nie należą, to jednak służą przetrwaniu. Zatem tak, jak z dostrzeganymi protezami, tak samo jest z robotami. Te, które są bardzo podobne do nas prawdopodobnie wywoływać będą niepokój - wyjaśnia Tomasz Kruszewski.

Zastanawiam się na głos, czy ten sam efekt nie odpowiada za to, że część z nas czuje pewien niepokój widząc manekiny, lalki czy strachy na wróble. Wszystkie te elementy pojawiają się w horrorach jako różnego rodzaju „straszydła”. Ale czy kino wykorzystało to, że się ich baliśmy, czy to filmy sprawiły, że zaczęliśmy odczuwać ten lęk? Zdaniem profesora to może być dylemat w stylu „jajko czy kura”, bo kultura bazuje na tym, w co wyposażyła nas natura, i jednocześnie umacnia w nas pewne wzorce.

Miłość, seks i roboty

Dr hab. Tomasz Kruszewski, próbując zweryfikować tezę o istnieniu doliny niesamowitości, przeprowadził ankietę wśród swoich studentów, w której poprosił ich o wskazywanie robotów, którym najbardziej zaufaliby w pewnych określonych sytuacjach. Podobnie jak u Mori, badanie wykazało, że stopień zaufania do maszyny jest związany z jej podobieństwem do człowieka, ale tylko do określonego momentu. Co więcej, okazało się, że w niektórych rolach jest nam łatwiej zaakceptować takiego robota.

Nie widzimy problemów w tym, by księgowość prowadziła nam maszyna, ale nie chcielibyśmy np. oddać robotowi wykonywania zabiegów medycznych.

- Nie widzimy problemów w tym, by księgowość prowadziła nam maszyna, ale nie chcielibyśmy np. oddać robotowi wykonywania zabiegów medycznych. To jest ciekawe, bo precyzja robota jest przecież daleko większa niż precyzja ręki ludzkiej. Darzymy większym zaufaniem człowieka, bo jest z naszego gatunku, ale nie bierzemy pod uwagę, że człowiek może być np. zmęczony, a robot nie. Wolimy, by zastrzyk podała nam pielęgniarka, z kolei robot może wyremontować łazienkę nie wzbudzając w nas lęku i stając się skuteczną konkurencją dla glazurnika oraz hydraulika. Zwiększona „inwazyjność” wobec człowieka, choćby to była praca robo-fryzjera, to też przykłady lęku związanego z technologią - dodaje naukowiec.

Zaczynam dywagować, czy to większe zaufanie do chirurga-człowieka nie jest związane z jego sumieniem i uczuciami, które każą mu zrobić wszystko, co jego mocy, aby nam pomóc. Maszyna wykona zadanie lub nie, ale uczucia może co najwyżej posymulować.

- Czasy pandemii pokazały, że sumienie nie wystarczy, by walczyć do końca o życie pacjenta. Jakiego wyboru dokonać, gdy w sali szpitalnej dusi się troje pacjentów, a do dyspozycji znajdują się dwa respiratory? Może sztuczna inteligencja, opierająca się na wyliczeniach prawdopodobieństwa przeżycia, dokonałaby lepszego wyboru niż człowiek, właśnie dlatego, że nie kieruje się emocjami? - zastanawia się kognitywista.

Drążąc temat uczuć i emocji, pytam profesora, czy dożyjemy czasów, w których będzie się można związać z robotem. W końcu w kinie nie brakuje bohaterów, którzy zakochiwali się w wytworach techniki. Ale czy taka miłość może być kiedyś realna?

Roboty-partnerki nie są po prostu lalkami, które można kupić w przeciętnym sex shopie.

- Powiedziałbym, że mówimy nie o futurystycznych scenariuszach, ale o teraźniejszości. W Japonii pojawia się coraz więcej przypadków, w których samotni mężczyźni decydują się na życie nie z drugim człowiekiem, ale właśnie z robotem. Nie są to pojedyncze sytuacje freaków lub zaburzonych psychicznie osób. Powstaje nowy sektor biznesu, a więc adresatami są już niemal standardowi klienci. Roboty-partnerki nie są po prostu lalkami, które można kupić w przeciętnym sex shopie. To zaawansowana technologicznie sztuczna osoba, która może z nami rozmawiać, śmiać się i płakać. Nie tylko potrafi być słodka, ale zawsze będzie cierpliwa i wyrozumiała, co niekoniecznie na co dzień potrafią ludzie. Jeżeli żyje się z kimś, kto wygląda jak człowiek, a jednocześnie zawsze jest miły, czuły i zainteresowany nami, to przecież można się w nim zakochać. To kusząca alternatywa - mówi Tomasz Kruszewski.

Przypomina mi się jeszcze film „Ona”, w którym główny bohater zakochuje się w bezcielesnym programie o kobiecym głosie. Profesor stwierdza, że z pewnością łatwiej jest się zakochać w kimś, kogo możemy zobaczyć i dotknąć, ale nie jest to niemożliwe - w końcu osoby niewidome czy z zaburzeniami czucia też kochają. Ludzie zakochują się też na czatach i są latami w związkach na odległość z osobami, których nigdy nie spotkali. Są osoby, które wiążą się listownie z przestępcami skazanymi na śmierć lub dożywocie. Dlaczego więc nie pokochać robota?

Materiał oryginalny: Łatwiej jest się bać niż zrozumieć - nowe technologie, cyberprzestępczość, roboty i 5G - Express Bydgoski

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie