Lewandowski się skończył… – felieton o tym, co wyniknęło z wręczenia jednego orderu

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski

Kochamy niezmiernie to uczucie, gdy duma narodowa nas rozpiera. Ale kto tego nie kocha? Do rozpierania potrzebny jest oczywiście odpowiedni obiekt, rozpieranie umożliwiający. Obiektem takowym w ostatnich latach był pan Lewandowski, ukochany przez każdego Polaka małego i dużego, może za wyjątkiem menadżera Kucharskiego, pana Brzęczka i tego geniusza z Legii, co to kiedyś uznał, że mały Bobek do piłki się nie nadaje. Tyle że pan Robert ukochany wszechpolsko był do czasu, a dokładnie do tego tygodnia. Co dla nas, Polaków-szaraków, nauką jest bolesną.

A cóż się stało? Pan Robert odebrał od prezydenta Dudy Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Polska więc podzieliła się na pół. Jedni klaskaniem mieli obrzękłe prawice, drugimi trzęsło, że przyjął order od „łamacza konstytucji”. I hejt pan Robert dostał okrutny. Mnie najmocniej ubawiła pani pisarka zaangażowana, sugerująca, że order przyjął, bo żona Ania swoje produkty na państwowym Orlenie sprzedaje. Jakby Lewandowscy bez tych orlenowych srebrników już, już bankrutować mieli.

Cóż, obywatel może zaprotestować, nie przyjmując orderu od osoby, której nieposzanowanie chce okazać. Jego prawo. Ale pan Robert na ten order zasłużył sobie setnie, sam order jest państwowy, a nie prezydencki - czyli jakby od nas - a zresztą prezydent jest wybrany legalnie. Dla mnie więc nie zgrzeszył ani o włos. A że wpisał się w polityczną bieżączkę? Jakby nie przyjął, też by się wpisał. Tyle, że łezka w oku drga, bo skończył nam się ten ostatni heros, co to nie był z żadnej strony barykady. Co nie świadczy niczego o herosie, a wszystko o emocjach roku 2021, które są takie, że dwóch Polsk nie łączy już nic.

A tak na koniec, to rozczulił mnie pewien sportowiec wybitny, który dorzucił swoje, że pan Robert nie jest aż taki jedyny, bo do osiągnięć mistrzów olimpiad w rzutach różnych, to mu jednak daleko. Z całym szacunkiem do mistrzów – przed którymi beret zdejmuję nisko – to jednak mówimy o najpopularniejszym sporcie na świecie. I tu mi się anegdotka nasunęła wiekowa. Dawno temu nasza szkoła brała udział w turniejach lekkoatletycznych. Bez sukcesów, jak to liceum z przeuczonymi wymoczkami. Ale mieliśmy pana od sportu bardzo zaradnego. Kiedy więc wszystkie szkoły miasta walczyły w biegach krótkich i długich, my zaczęliśmy masowo obstawiać konkurencje, że tak powiem, znacznie mniej wśród uczniów popularne, a zwłaszcza rzut dyskiem. I nagle w klasyfikacjach staliśmy się miejską potęgą. Choć, szczerze mówiąc, wolelibyśmy wygrywać na „setkę”.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie