Lubicz. Miejsce między Petersburgiem i Berlinem, czyli niezwykłe opowieści znad granicy [Retro]

Szymon Spandowski
Szymon Spandowski
Most graniczny w Lubiczu. Tego typu pocztówki z "widokiem na Rosję" cieszyły się sporą popularnością. Z Torunia do Lubicza jeździły wycieczki tylko po to, aby wysłać rodzinie pocztówkę z rosyjskim stemplem Z archiwum Szymona Spandowskiego
Granica między zaborami dzieliła Lubicz przez ponad sto lat. Zniknęła w 1920 roku, wraz z nią zatarła się również historia. Niezwykła, barwna i dla nas ważna. Czy nie warto by było jej przypomnieć?

Jak już wcześniej informowaliśmy, w Lubiczu powstanie centrum wieloetnicznej kultury i tradycji dawnego pogranicza. Poświęcone głównie żydowskim mieszkańcom podtoruńskiej wsi ma zostać ulokowane w młynie w Lubiczu Górnym. List intencyjny w tej sprawie podpisali kilka dni temu marszałek województwa, rektor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, starosta toruński, wójt gminy Lubicz oraz główny inicjator tego przedsięwzięcia poseł Jan Krzysztof Ardanowski.

- Mam nadzieję, że będzie to miejsce mówiące o historii, w sposób nowoczesny - powiedział tuż przed uroczystością marszałek Piotr Całbecki.

Pozostali sygnatariusze, wspominając bogatą historię Lubicza mieli także nadzieję, że centrum będzie miejscem żywym. Od podpisania listu intencyjnego do otwarcia nowej instytucji droga jest dość daleka, podobno jednak realizacja tego planu powinna zająć trzy lata.

Polecamy

Inicjatywie możemy gromko przyklasnąć i to robimy. Przy okazji jednak apelujemy również o upamiętnienie granicznych dziejów Lubicza. Zresztą droga do nowoczesnego muzeum, żywego miejsca odwiedzanego przez turystów, wiedzie właśnie przez granicę. Ktoś zapyta, dlaczego mielibyśmy przypominać o trudnych czasach, gdy Polski nie było na mapie świata? Odpowiedź jest prosta - ponieważ jest to nasza historia. Ogromnie ważna i pomimo tego, że jej ślady są widoczne niemal na każdym kroku, a konsekwencje wciąż jeszcze odczuwalne, w gruncie rzeczy jest historią zapomnianą.

Jak przyszły prezydent Polski przekradał się przez zieloną granicę

Tak, zgadza się. Czasy zaborów to jedna ze smutniejszych kart w naszych dziejach. Największą tragedią była jednak II wojna światowa, czy w związku z tym powinniśmy o niej zapomnieć? Zdecydowanie nie! O granicy zapomnieliśmy. Razem z wytyczonymi podczas Kongresu Wiedeńskiego podziałami niestety zatarły się również relacje dotyczące powstańców, którzy przemykali się przez granice podczas kolejnych zrywów narodowych. Wiemy, że podczas powstania styczniowego z zaboru pruskiego przemycano broń, przez zieloną granice przechodziło również tylu ochotników, że Rosjanie zdecydowali się zorganizować flotyllę rzeczną, aby kontrolować statki przekraczające kordon w pobliskim Silnie. Przez Lubicz również prowadził podobny szlak przerzutowy.
Stali Czytelnicy na pewno pamiętają także anegdotę, jaką podczas zorganizowanego przez nas kilka lat temu opowiadał Tomasz Krzemiński, historyk z Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk. Tą o przyszłym prezydencie Wojciechowskim, który jako bojowiec PPS-u musiał uciekać z Kongresówki i z przygodami przedzierał się przez zielną granicę pod Otłoczynem. Ile podobnych historii wydarzyło się także po dobrzyńskiej stronie Wisły? O niektórych czasami badacze przypominają, jednak wciąż jest to ledwie wierzchołek góry lodowej.

Polecamy

Dlaczego Lubicz Dolny różni się od Górnego?

Granica istniała przez nieco ponad sto lat, zniknęła w 1920 roku. Dawno temu, jednak różnice - chociażby takie w krajobrazie, są doskonale widoczne do dziś. Lubicz Górny różni się od Dolnego. Dlaczego? Czy nie warto by było tego przyszłym pokoleniom wytłumaczyć?
O granicy sobie jednak przypominamy. W wielkopolskim Borzykowie zostało zrekonstruowane dane rosyjsko-pruskie przejście graniczne i stało się atrakcją turystyczną. W Lubiczu w zasadzie nic rekonstruować nie trzeba. Do naszych czasów zachowały się budynki obu komór celnych. Rosyjska jest mocno przebudowana, pruska przetrwała praktycznie nietknięta. Budynek należy dziś do Poczty Polskiej, stoi przy drodze, która kiedyś prowadziła do granicznego mostu. Piętrowy obiekt z czerwonej cegły z dobudówką, na jaką dziś pewnie nikt nie zwróciłby uwagi. Dobudówka służyła żeńskiemu personelowi komory. Powstała na początku XX wieku, gdy władze pruskie zdecydowały się zaangażować celniczki. Lubicz był jednym z pierwszych przejść, na jakim taka nowinka się pojawiła. Dlaczego? Ponieważ w ramach małego ruchu granicznego, z przejścia w Lubiczu korzystały w dużej mierze kobiety.

Na granicy w dzień targowy

- Mówimy o czasach, gdy nie było sklepów spożywczych we współczesnym tego słowa znaczeniu, jajka, masło, drób itp. kupowało się na targach. Taki targ był w Lubiczu Górnym i tam właśnie po zakupy udawały się gospodynie czy służące z Torunia. Na własny użytek można było przenieść przez granicę całkiem sporo żywności - mówi Anna Zglińska, prezes toruńskiego oddziału Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, która kilka lat temu badała dzieje dobrzyńskiego odcinka granicy, informacji na ten temat szukając m.in. w archiwach w Berlinie i Moskwie. Towary kupowane i przemycane: to również jest temat rzeka i ważny element naszej regionalnej historii.

Strzały na granicy

Historia Lubicza jest niezwykła, podobnie jak jego położenie. Widok młynów ulokowanych po obu stronach Drwęcy bez wątpienia jest jednym z najciekawszych obrazów, jakimi może pochwalić się nasz region. Ponad sto lat temu sława tych młynów sięgała zresztą daleko poza granice regionu. Na początku ubiegłego wieku o tym pięknym miejscu mówiło się nawet w Petersburgu i Berlinie. Doszło wtedy do bardzo ostrego sporu pomiędzy właścicielami zespołu młynów położonego po pruskiej stronie granicznej wtedy rzeki, a gospodarzem młyna znajdującego się już w Kongresówce. Poszło m.in. o to, że ten ostatni spiętrzył wodę niezgodnie z postanowieniami traktatu wiedeńskiego z 1815 roku tak, że młyn pruski nie mógł pracować pełną parą. W awanturę zamieszani zostali dyplomaci. Doprowadzeni do ostateczności Niemcy wyprowadzili nad rzekę żołnierzy z bagnetami na karabinach, chcieli też wykupić fragment należącej wtedy do Rosji ziemi, wraz ze spornym młynem. Zamieszanie przerwała dopiero wojna, która rozpoczęła się jednak od strzałów w Sarajewie. Dokumenty z tym związane do dziś leżą w berlińskich archiwach. Anna Zglińska, która je czytała, w Berlinie znalazła coś jeszcze. Kopertę, a w niej podziurawiony kulami fragment powłoki balonu. Balonem tym w 1911 roku leciał Hans Gericke. Wspólnie z drugim aeronautą wystartował z Berlina i miał nadzieję dotrzeć do Torunia. U celu zniosło ich jednak na granicę, gdzie przywitała ich rosyjska kanonada. Swoją drogą rosyjskich pograniczników balony bardzo stresowały, strzelali do nich dość często. Podniebni podróżnicy nie stracili jednak zimnej krwi, przed karabinowymi kulami schowali się za workami z balastem, następnie cały jego ładunek wyrzucili, dzięki czemu uszkodzony balon poszybował w górę i opadł dopiero pod Mikołajkami. Tam aeronauci zapakowali go najpierw na dorożki, a później pociągiem przewieźli do Berlina, gdzie rozpoczęło się postępowanie i kolejny międzynarodowy skandal.

- Rosjanie w pierwszej chwili utrzymywali, że żadnego incydentu nie było - mówi Anna Zglińska. - Później przyznali, że owszem, balon się pojawił, ale strzelano do niego wyłącznie ślepymi nabojami. Wreszcie zgodzili się, że to ślepaki nie były, jednak zapewnili, że od tego momentu strzelanie do balonów na tym odcinku granicy zostało zakazane.

Kilka tygodni po tym incydencie Hans Gericke wygrał w Kansas City wyścig o puchar Gordona-Benetta. Dzięki jego sukcesowi długodystansowe loty balonowe stały się bardzo popularne. Przypomnijmy, że w latach 30. były narodowym sportem polskim, cieszyły się taką popularnością jak dziś skoki narciarskie, a nasi - w tym toruńscy aeronauci, odnosili w tej dziedzinie wielkie sukcesy.
Powstańcy, przemytnicy, ostrzeliwani z ziemi aeronauci, wojna o miedzę, a konkretnie o graniczą Drwęcę, jaką prowadzili właściciele młynów. Do tego jeszcze mnóstwo historii z życia codziennego... Ile miast czy wsi w Polsce może pochwalić się takim bogactwem? Wiele z tych historii nadaje się na scenariusze filmowe. Czy nie warto by było ich pozbierać i opowiedzieć? Słuchaczy na pewno by nie zabrakło.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

W
Wiera

Znam osobę, która ma największa kolekcje przedwojennych pocztówek Lubicza w Polsce. Od kilku lat ma oferty zakupu kolekcji, ale niestety z Niemiec. Nikt z Polski, czy z Lubicza nie jest tymi walorami zainteresowany, a szkoda. Wiem również, iz osoby z gminy Lubicz wiedzą o tej osobie, ale nie śa zainteresowane. Nie da się budować takiego ośrodka bez pieniędzy i walorów,które mogłyby zasilić taki ośrodek.

Dodaj ogłoszenie