Małe szczęście, wielki ból

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Jak opowiadać historię, która ciągle siedzi nam w głowach? Która wydaje się na wyciągniecie ręki, i której część uczestników - i herosów, i demonów - wciąż żyje? To pytanie powraca z każdym takim filmem. „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł” zrealizowany został w surowej, naładowanej emocjami, ale prawie dokumentalnej tonacji. I jest to jednocześnie wielka sila i słabość tego obrazu.

<!** Image 1 align=left alt="http://www.nowosci.com.pl/img/glowki/zaluski_mariusz.jpg" >Jak opowiadać historię, która ciągle siedzi nam w głowach? Która wydaje się na wyciągniecie ręki, i której część uczestników - i herosów, i demonów - wciąż żyje? To pytanie powraca z każdym takim filmem. „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł” zrealizowany został w surowej, naładowanej emocjami, ale prawie dokumentalnej tonacji. I jest to jednocześnie wielka sila i słabość tego obrazu.

Siła, bo tragedia Grudnia ’70 została tu sprowadzona na ziemię, wcale nie tracąc przy tym wzniosłości. Z jednej strony oglądamy pieczołowitą rekonstrukcję z autentycznymi postaciami, z drugiej widzimy wszystko przez pryzmat zwyczajnej rodziny, którą wielka historia obchodzi znacznie mniej niż nowe mieszkanie. Bohater filmu nie jest bowiem żadnym tytanem opozycji - ba, w PRL w sumie nie jest mu tak źle. Mozolnie buduje swoje malutkie szczęście w oparciu o rodzinę. Perspektywa grudniowych bohaterów, którzy ruszyli na władzę z zakrwawionym sztandarem, jest tu zresztą w ogóle ciekawa - to zwykli ludzie, tacy jak my. Świetny kontrapunkt dla przedstawiania władzy, bo tu mamy i nazwiska, i dokładne cytaty.

<!** reklama>Znakomita jest choćby scena posiedzenia komunistycznych kacyków, z groteskowym Gomułką i kamiennymi maskami pozostałych aparatczyków. Tyle że ta maska w wykonaniu Moczara znaczy co innego niż u Cyrankiewicza. Trzeba jednak wiedzieć, kim byli uczestnicy sceny, w przeciwnym razie nie „przeczytamy” jej zupełnie. Bo, niestety, słabością filmu jest jego hermetyczność - to dzieło pasjonujące dla tych, którzy o Grudniu ’70 wiedzą wszystko, a teraz chcą to zobaczyć i przeżyć. Może im co najwyżej nieco brakować postaci Najważniejszego Generała, którego w filmie nie ma w ogóle... Dla naganianej do kin dziatwy szkolnej musi to być jednak film ciężkostrawny. Nikt tak do końca nie tłumaczy ani działań protestujących, ani tego, jaką rolę odgrywali kolejni partyjniacy. Tak naprawdę oglądamy rekonstrukcję Grudnia ’70 dla wtajemniczonych, bez spiskowych teorii, ale i bez fabularnych szaleństw.

Przenosimy się więc w głąb naszej historii. Kończy się mała stabilizacja Gomułki. Rodzina pewnego stoczniowca przygotowuje się do świąt, a tu zaczynają się zamieszki. Ojciec rodziny jest w sumie zadowolony, bo ma wolne. Kiedy Kociołek - „kat Trójmiasta” - wzywa ludzi do powrotu do pracy, jedzie do stoczni. Nie wie, że będzie na niego czekało karzące ramię partii.

„Czarny czwartek” to obraz poruszający, choćby wtedy, gdy jakby mimochodem pokazuje nam całe nasze „polactwo”, z chybotaniem się między heroizmem i bezinteresownym okrucieństwem. Bo nie jesteśmy, niestety, tak do końca fajnym narodem. Świetne jest tu aktorstwo - i tuzów, Pszoniaka czy Fronczewskiego, i mniej znanych aktorów. Ci ostatni znakomicie podkreślają anonimowość tych Polaków szaraków, którzy wtedy, tej gorącej zimy, powiedzieli: Dość.

„Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł”, reż. Antoni Krauze

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie