Mistrz z duszą hazardzisty

Mistrz z duszą hazardzisty

Małgorzata Pieczyńska

Aktualizacja:

Nowości Dziennik Toruński

Mistrz z duszą hazardzisty
Za pieniądze, które dostał za zdobycie mistrzostwa Europy, kupił porządny tapczan, dwie poduchy i pół litra wódki. Dziś Andrzej Szajna jest ochroniarzem, lecz w historii sportu zapisał się jako najlepszy polski gimnastyk lat 70.
Mistrz z duszą hazardzisty

Za pieniądze, które dostał za zdobycie mistrzostwa Europy, kupił porządny tapczan, dwie poduchy i pół litra wódki. Dziś Andrzej Szajna jest ochroniarzem, lecz w historii sportu zapisał się jako najlepszy polski gimnastyk lat 70.

Środowe przedpołudnie.
W pawilonie bydgoskiego Zawiszy spory ruch. Co chwilę ktoś podchodzi do okienka i przerywa naszą rozmowę: „Cześć Andrzej! Co słychać? Można prosić klucze?”. - Lubię tę robotę. Znam tutaj wszystkich. To mój drugi dom - mówi z uśmiechem Andrzej Szajna.

Salto jak złoto


Los nie zawsze był dla niego łaskawy, lecz ze wzruszeniem wspomina czas, gdy wspiął się na sportowy szczyt. Zaskoczył wszystkich podczas mistrzostw Europy w 1975 roku w Szwajcarii. Wykonał podwójne salto z obrotem i wygrał ćwiczenia wolne.


- Byłem bardzo szczęśliwy - wspomina Andrzej Szajna. - Publiczność zgotowała mi owacje na stojąco. To zwycięstwo miało dla mnie jeszcze jeden ważny wymiar - psychologiczny. Na najwyższym stopniu podium stanąłem razem z Adrianowem, reprezentantem Związku Radzieckiego. Obaj uzyskaliśmy tyle samo punktów, lecz podczas dekoracji pierwszy zabrzmiał Mazurek Dąbrowskiego. To wiele dla mnie znaczyło. Do dziś ten złoty medal cenię sobie najbardziej.


Trzykrotnie startował na igrzyskach olimpijskich: w Monachium, Montrealu i Moskwie. Zdobył dwa brązowe medale na mistrzostwach świata. W swojej kolekcji ma również ponad 40 tytułów mistrza Polski.


Jego talent dostrzegli Amerykanie. Po zawodach w Miami Beach na Florydzie otrzymał propozycję zmiany barw klubowych. Odmówił.


- Nie mogłem zostawić Zawiszy. Poza tym, w Polsce miałem już rodzinę i nie chciałem rozstawać się z bliskimi - przyznaje. Zabiegali o niego również Rosjanie, a także polskie kluby, m.in., Legia Warszawa. Odpowiedź zawsze brzmiała „nie”.


Szajna nie ma wątpliwości, że gimnastyka to dyscyplina, na której nie można się dorobić. I natychmiast dodaje: - Dla nas pieniądze nie były najważniejsze. Nie podpisywaliśmy milionowych kontraktów. Liczyły się medale, piękna idea fair play i udział w prestiżowych imprezach międzynarodowych. Pamiętam, że za zdobycie szóstego miejsca w wieloboju i ćwiczeniach na poręczach podczas igrzysk w Montrealu otrzymałem 400 dolarów. Za te pieniądze kupiłem wózek dziecięcy dla jednej z córek.


Start w Kanadzie wspomina zresztą najmilej. - W wiosce panowała wspaniała atmosfera. Nawiązałem wówczas wiele przyjaźni. Najbardziej stresowałem się jednak przed olimpiadą w Monachium. To był mój pierwszy występ na igrzyskach i chciałem wypaść jak najlepiej. Przed wyjazdem bałem się, żeby nie złapać kontuzji, ale, na szczęście, wszystko skończyło się dobrze. Razem z braćmi Kubicami zająłem czwarte miejsce w drużynie. Byłem dumy, bo okazałem się najlepszy w zespole. A w tamtych czasach Sylwester, Mikołaj i Wilhelm należeli do czołówki. W stolicy Bawarii przeżyliśmy jednak chwile grozy. W wiosce doszło do ataku terrorystycznego. Struchleliśmy, gdy rozległy się strzały. Zginęło nawet kilku zawodników. Polakom, na szczęście, nic się nie stało.


Dla Andrzeja Szajny każdy start w igrzyskach był wielkim przeżyciem. W kadrze narodowej nie pracowali, tak jak dziś, psychologowie. - Musieliśmy sobie sami radzić ze stresem. Bardzo dużo zawdzięczam mojemu trenerowi Józefowi Karniewiczowi. Był dla mnie jak ojciec. Potrafił zmobilizować do pracy, a w razie potrzeby pomagał także w rozwiązywaniu problemów osobistych.


Mistrzowska feta na dworcu


Sport zawsze dodawał mu sił. Treningi, wyjazdy na zawody musiał łączyć z wychowaniem licznej gromadki dzieci. - Mam pięć córek i dwóch synów. Pierwszy urodził się Rafał, potem Karolina, Dagmara, Łukasz, Dominika i Marta. Chwileczkę, zapomniałem jeszcze o Justynie - śmieje się Andrzej Szajna. - Dziećmi opiekowała się żona Violetta. Początkowo pracowała zawodowo, lecz wraz z narodzeniem kolejnych pociech musiała zrezygnować i zostać w domu. Pomagali nam też teściowie. Gdy wracałem z zawodów, dzieciaki zawsze oczekiwały prezentów. Czasami udało mi się coś im przywieźć, ale upominki dla tylu dzieci to był spory wydatek. Rodzina zawsze jednak żyła moimi sukcesami. Nigdy nie zapomnę pięknego powitania po mistrzostwach Europy. Byłem zaskoczony, gdy dzieciaki, żona i działacze klubowi pojawili się na dworcu kolejowym. Zgotowano mi wówczas mistrzowską fetę.


W życiu każdego zawodnika przychodzi jednak moment zakończenia kariery. Szajna wycofał się, mając 35 lat. - Moi koledzy nazywali mnie już „Dziadkiem” - wspomina. - Ciężko odchodzi się na sportową emeryturę. Ale trochę przesądziły o tym moje problemy zdrowotne. Kontuzja barku była dość bolesna. Na długi czas musiałem zawiesić treningi. W końcu podjąłem tę ważną decyzję. Miałem jednak jedno marzenie. Chciałem odejść będąc na topie. I udało się. Podczas mistrzostw Polski w 1984 roku zdobyłem aż pięć medali, w tym dwa złote. To było piękne ukoronowanie mojej kariery.


Chociaż Andrzej Szajna zrezygnował z wyczynu, nie zerwał zupełnie ze sportem. - Jestem instruktorem gimnastyki, prowadzę zajęcia z młodzieżą. Sędziuję również na zawodach - zapewnia.


Do 1989 roku Szajna był żołnierzem zawodowym. Wojskowa pensja i współpraca z klubem pozwoliły zapewnić byt rodzinie. Później przyszły jednak chude lata. Wychowanie siedmiorga dzieci okazało się nie lada wyzwaniem.


- Sport nauczył mnie jednak jak pokonywać przeszkody. Nigdy nie poddawałem się - przekonuje gimnastyk. - Przeciwnie, porażki zawsze mobilizowały mnie do działania i dlatego podejmowałem każdą pracę. Byłem mechanikiem w warsztacie samochodowym, magazynierem, zaopatrzeniowcem. Miałem też sklepik ogólnospożywczy na bazarze, a teraz jestem ochroniarzem. I nie wstydzę się tego, co robiłem w życiu. Przecież żadna uczciwa praca nie hańbi. Jestem dumny, bo udało się wykształcić dzieci. I najważniejsze, że córki i synowie to doceniają.


Poker to przeszłość


Zawsze lubił ryzyko. Skomplikowane elementy gimnastyczne wykonywał bez najmniejszego wysiłku. Wśród gimnastyków nazywano go ryzykantem. - Wciąż udoskonalałem technikę i próbowałem ćwiczyć nowe elementy. Jako pierwszy skoczyłem podwójne salto w przód z kółek.


Umiejętności sportowe przydały się również w życiu. - Oczekiwaliśmy narodzin Karoliny - wspomina Andrzej Szajna. - Razem ze starszą z dziewczynek, Justynką, wybrałem się do szpitala, aby odwiedzić żonę. Rozmawialiśmy przez okno, a nasza córeczka bawiła się nieopodal. W pewnej chwili zauważyłem, że wpadła do sadzawki. Natychmiast pobiegłem jej na ratunek. Gdybym nie był szybki i sprawny fizycznie, mogłoby dojść do tragedii.


Andrzej Szajna przyznaje, że ma duszę hazardzisty. - Kiedyś bardzo lubiłem grać w pokera. Ale to już przeszłość. W ten sposób można wiele stracić. Ja to wiem. Jestem dziadkiem siedmiorga wnuków. Teraz im poświęcam każdą wolną chwilę. Poza sportem, to najlepszy sposób spędzania czasu.

Czytaj treści premium w Nowościach Dziennika Toruńskiego Plus

Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Warto zobaczyć

Wideo