Na granicę śmierci i z powrotem

Katarzyna Idczak
Na wyprawy wyrusza z Bydgoszczy. W Himalajach nurkuje, ustanawia rekordy. W Tatrach wspina się i zachwyca zapachem krzemu. JAN KWIATOŃ, kierownik ekspedycji Tilicho 2007, mówi o tym, co widzi i myśli podróżnik.

Na wyprawy wyrusza z Bydgoszczy. W Himalajach nurkuje, ustanawia rekordy. W Tatrach wspina się i zachwyca zapachem krzemu. JAN KWIATOŃ, kierownik ekspedycji Tilicho 2007, mówi o tym, co widzi i myśli podróżnik.

<!** Image 2 align=right alt="Image 78848" >Od powrotu z Nepalu minęło kilka miesięcy. W bydgoskim Węgliszku trwają przygotowania do rozmowy o wyprawie. Jan Kwiatoń rozkłada zdjęcia, na których trudno go rozpoznać, bo w górach nosi brodę. Ale on podchodzi do każdego z nich, uśmiecha się i z pasją opowiada historię…

Egzotyczne Himalaje, najwyższe szczyty świata - to dla wspinacza ostatni stopień wtajemniczenia. Jakie były początki? Pamięta Pan pierwsze wspomnienie gór?

Byłem młodym chłopakiem i jechałem na spotkanie z ojcem, który wracał z badań w Afryce. Mieliśmy zobaczyć się w Rzymie, więc przejeżdżałem pociągiem przez Alpy. Ten odcinek pamiętam do dziś. Siedziałem z nosem rozpłaszczonym na szybie, oczy miałem jak szklanki. Włosi, którzy towarzyszyli mi w podróży, z humorem obserwowali to poruszenie. Alpy zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

I pomyślał Pan, że „jak będzie duży”, to pojawi się na ich szczycie…

Nie, wcale nie marzyłem, że będę się wpinał. W szkole średniej też o tym nie myślałem. Uprawiałem różne sporty, angażowałem się w muzykę. Nosiłem włosy długie do ramion i spodnie rozszerzane u dołu. Założyliśmy z kolegami pierwszy na Szwederowie zespół bitowy. Kwestia gór miała początek równo z rozpoczęciem studiów i to w sposób niewłaściwy. Znowu góry jako takie mnie nie interesowały, natomiast zacząłem startować w zawodach wspinaczkowych - skałki, podciąganie się na palcu do góry. To był sport, pokonywanie trudności technicznych w pionie, na czas.

Czyli Tatry potraktował Pan jak kolejny tor przeszkód?

<!** reklama>Technikę miałem opanowaną, więc kiedy pojawiłem w się w Tatrach nie interesowały mnie łatwe drogi. Wspiąłem się na Kazalnicę, a wieczorem, spojrzałem na ścianę, puknąłem się w łeb i pomyślałem: „coś ty ośle zrobił”. Bez doświadczenia pokonałem trudną skałę. To był przypadek, że wtedy nie zginąłem. Po powrocie do Bydgoszczy nie zaliczono mi tych dróg i musiałem wrócić na szlak, aby sukcesywnie przejść wszystkie stopnie taternictwa.

Ci, którzy się wspinają, mówią o pokonywaniu barier i własnych słabości. Czego doświadcza człowiek, kiedy jego życie wisi na cienkiej linie, przy ścianie, kilka tysięcy metrów nad poziomem morza?

Wspinaczka w tatrzańskim granicie nagrzanym słońcem to jest autentyczna przyjemność. Wbijam hak, słychać charakterystyczny coraz wyższy dźwięk i czuję zapach siarki. Wokół pulsuje cywilizacja, tam gdzieś widzę stonkę pełzającą w oddali - tak w żargonie nazywamy ceprów, ludzi, którzy zachwycają się górami w inny sposób. Czuję się na tej ścianie panem sytuacji.

Taternictwo ma w sobie bardzo ulotne piękno. Ci, którzy go zaznali są zakażeni, to jest wirus, choroba nieuleczalna. Później Alpy, Himalaje, ale moim marzeniem zawsze jest taki spokojny wyjazd w Tatry.

Ale od dzieciństwa mieszka Pan w Bydgoszczy. Wszystkie wyprawy zaczynają się i kończą w tym mieście. Dlaczego nie przeniósł się Pan choćby do Zakopanego?

Może gdybym się przeprowadził Tatry, nie byłyby już takie wyjątkowe. Brakowałoby mi ludzi - w Bydgoszczy i okolicach mam wielu przyjaciół, z którymi wspinam się, nurkuję, działam społecznie. Tu też jest coś do zrobienia - takie góry i pokonywanie trudności innego rodzaju. Nie trzeba doświadczać himalajskich trudów, bo w zwykłej prozie życia ludzie też pokonują słabości. Mnie podróże inspirują do podejmowania działań, pokonywania przeszkód dnia codziennego, przykrości, które spotykają człowieka. Dzięki temu, czego doświadczyłem w górach, umiem sobie radzić, wiem jak, pomóc innym. Poza tym opanował mnie lokalny nacjonalizm. Dlaczego Bydgoszcz ma być gorsza od innych miast?

Właśnie, tak być nie musi... Dlatego Jan Kwiatoń po rekord do Nepalu wyruszył z Bydgoszczy. Jak się organizuje taką wyprawę?

W dzisiejszych czasach nieodzowna jest współpraca z agencją. Firma załatwia wszystko, a co najważniejsze, zatrudnia tragarzy. Organizacja wyprawy tylko wspinaczkowej jest dziecinnie prosta. Ale my w Tilicho chcieliśmy przede wszystkim zanurkować. To jest bardziej skomplikowane zadanie. Dlatego stworzyliśmy system, w którym ogromną rolę odegrał komitet organizacyjny, zespół ludzi ze Zbyszkiem Sokołem na czele. To oni szukali sponsorów, rozmawiali z administracją państwową, ubezpieczali nas i podczas trwania ekspedycji byli w kontakcie, gotowi rozwiązać każdy problem. Uczestnicy wyprawy mieli komfort, mogli skoncentrować się na bezpiecznym wykonaniu zadania.

A cel, to zdobycie szczytu Tilicho i nurkowanie w jeziorze o tej samej nazwie na wysokości 5 tysięcy metrów nad poziomem morza. Skąd pomysł na taki rekord? Na czym polegała wyjątkowość tego zadania?

Akweny położone powyżej granicy biosfery są dla człowieka tajemnicą. Nikt dotychczas nie wiedział, jak zachowa się organizm i jak głęboko można zanurkować w jeziorze na tej wysokości. My wyznaczyliśmy taką granicę. Zrobiliśmy to w oparciu o badania Krajowego Ośrodka Medycyny Hiperbarycznej i Ratownictwa Morskiego, przy współpracy z organizacją Diving Alert Network. Mówiąc prosto, w tych warunkach nurkowie szukali granicy śmierci. Dane zgromadzone podczas nurkowania zostaną poddane analizie, aby wyznaczyć standardy, które innym pozwolą na bardziej bezpieczne nurkowanie na tych wysokościach. Ze wspinaczki musieliśmy zrezygnować. Od 62 lat w Himalajach, w okresie pomonsunowym, nie było tak złej pogody. Podczas naszej ekspedycji w ciągu dnia schodziło około kilkunastu lawin. Kiedy widziałem, jak w planowanym czasie wspinaczki z Tilicho schodzi kolejna lawina, wiedziałem, że podjęta została właściwa decyzja.

Lawiny, pionierskie nurkowania - to igranie ze śmiercią. Czy trudno w takich sytuacjach opanować strach? A może tacy ludzie jak Pan mają największy kłopot, aby powiedzieć stop? Dlaczego człowiek wchodzi tam, gdzie teoretycznie nie ma dla niego miejsca?

Ten przycisk bezpieczeństwa ciągle świeci się w mojej głowie. Jako kierownik wyprawy jestem odpowiedzialny za ekipę. Człowiek w swojej naturze ma głęboko zakorzenioną potrzebę eksploracji świata, ale tylko szaleńcy deklarują, że walczą z naturą. Ja mam do niej wielki respekt i tylko dopasowuję swoje działania do możliwości, które nam sygnalizuje. Trzeba być bardzo skromnym wobec tych zjednoczonych sił natury i wyciszonym, aby je właściwie odczytać, a jeśli otworzą wrota możliwości - gotowym, by iść. Dlatego zrezygnowałem ze szczytu Tilicho. W 1995 roku w drodze na Annapurnę przeszedłem szlak, który historycznie rzecz biorąc został niedawno wytyczony. Dolina była dziewiczo piękna, ale brakowało mi buddyjskich mówiących kamieni, stóp, które towarzyszą nam na drogach czy flag tybetańskich. Brakowało tej całej otoczki związanej z religią, kulturą ludzi. I właśnie to zubożyło moje doznania estetyczne.

Jak czuje się Pan po powrocie z wyprawy? Czy po takich podróżach łatwo jest wrócić do polskiej, bydgoskiej rzeczywistości?

Wyraźne różnice odczuwałem przed rokiem 1989, kiedy w Polsce panowała rzeczywistość surrealistyczna i gdzie emocjonowały mnie takie sprawy jak zdobycie papieru toaletowego. Wtedy wyjazdy pozwalały mi odnaleźć dystans. Z perspektywy czasu widzę, że wszystkie podróże wywarły na mnie piętno. Ale właśnie teraz, po wyprawie Tilicho 2007, po raz pierwszy w mojej głowie kotłuje się dziwne przeczucie. Sukces, który tam odnieśliśmy, jest enigmatyczny i trudny do przekazania. Mam obawy, że cała egzotyka tej wyprawy skupi się na wszystkich kłopotach, pechu i niepowodzeniach, jakich doznaliśmy. A przecież najważniejszy cel ekspedycji i największe niebezpieczeństwo przeżyliśmy bez wiwatujących tłumów, w ciszy, niewidoczni, zanurzeni głęboko pod lustrem wody, mozna powiedzieć, że totalnie osamotnieni. W trakcie mojej działalności społecznej spotkałem się wielokrotnie z ludźmi, którzy stracili sens życia. Manifestowało się to często zachowaniem nieakceptowanym przez prawo, obyczaje, moralnośc itp. Ogólna niechęć wobec nich pogłębia problem. Z autopsji wiem, że ludzie ci zasługują na szacunek. Everestem tak dla nich jak i dla nas, czyli społeczeństwa byłby proces przełamania negatywnych barier emocjonalnych. A sens życia myślę, że wówczas łatwiejszy byłby do zdefiniowania przez obie strony…

O jakim miejscu i rekordzie myśli Pan teraz?

Jak tylko zapoznamy się z wynikami badań, jeszcze w tym roku chcemy ponownie zanurkować w jeziorze Tilicho. Nie mogę przestać myśleć o tym, jak blisko byliśmy granicy ludzkiej wytrzymałości. Może jest szansa na to, aby zejść jeszcze parę metrów głębiej. Ta niepewność najbardziej mnie intryguje…

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie