Na trybuny dostać się było trudno

Na trybuny dostać się było trudno

Zdjęcie autora materiału

Aktualizacja:

Nowości Dziennik Toruński

Aleksander Zagórski, torunianin, jeden z najbardziej szanowanych arbitrów hokejowych nie tylko w Polsce, ale również na świecie, podczas meczu Rosja

Aleksander Zagórski, torunianin, jeden z najbardziej szanowanych arbitrów hokejowych nie tylko w Polsce, ale również na świecie, podczas meczu Rosja - USA ©Archiwum Aleksandra Zagórskiego

Z ALEKSANDREM ZAGÓRSKIM, urodzonym w 1934 roku w Toruniu sędzią hokejowym, o wzlotach i upadkach tej dyscypliny sportu w naszym mieście, rozmawia Dariusz Łopatka.
Aleksander Zagórski, torunianin, jeden z najbardziej szanowanych arbitrów hokejowych nie tylko w Polsce, ale również na świecie, podczas meczu Rosja

Aleksander Zagórski, torunianin, jeden z najbardziej szanowanych arbitrów hokejowych nie tylko w Polsce, ale również na świecie, podczas meczu Rosja - USA ©Archiwum Aleksandra Zagórskiego

Należy Pan do grona najbardziej szanowanych sędziów hokejowych w kraju. Na początek chciałbym zapytać, jak rozpoczęła się Pana przygoda z hokejem?
Być może zaskoczę niektórych, ale ja nigdy w hokeja nie grałem. Uprawiałem lekkoatletykę w Pomorzaninie. Biegałem. Później poszedłem do wojska. Byłem w Wojskach Ochrony Pogranicza i tam dalej uprawiałem lekkoatletykę. Po powrocie chodziłem oglądać hokej, ale nie trenowałem.
Moim sąsiadem był ś.p. Janusz Kędzierski, były obrońca Pomorzanina. Często dyskutowaliśmy. Twardo zajmowałem miejsce od „Chełmionki”, wśród licznych kibiców. Krzyczeliśmy, kibicowaliśmy, ale w pewnym momencie odezwała się we mnie myśl: „dobrze, ale trzeba wiedzieć, co jest grane”. Tak się złożyło, że w prasie widniało wówczas ogłoszenie naborowe na sędziów. Więc się zapisałem, a że ambicji odmówić sobie nie mogę, bo albo robię coś dobrze, albo w ogóle, to traktowałem sędziowanie bardzo poważnie, podobnie jak swoją pracę cywilną. Uczciwie podszedłem do tej profesji i dość szybko zaskoczyłem.
Pana kariera sędziowska rozwijała się wręcz wzorcowo.
Rzeczywiście. W okręgu sędziowałem niecałe dwa lata, a następnie „wskoczyłem” na szczebel centralny. Pojechałem na seminarium sędziowskie, kiedy szefował tam Jan Wycisk, legenda hokeja. Dość dobrze tam wypadałem. Niektórzy przecierali oczy. Dla mnie był to sukces, a dla niektórych twardy orzech do zgryzienia. Warszawa i Katowice „okupowały” wówczas środowisko sędziów i nie wyobrażały sobie, aby ktoś mógł zamieszać w ich planach. W końcu jeden sezon, drugi i końcowe egzaminy pokazały, że jestem w czołówce. Odważono się mnie zgłosić na szczebel centralny. Trafiłem wprost do pierwszej ligi, a wówczas był to najwyższy poziom rozgrywek. Dostawałem obsady, studiowałem przepisy i poważnie to traktowałem. Wychodzę i wychodziłem z założenia, że aby dobrze sędziować, trzeba znać przepisy perfekcyjnie. Nie chodzić z zeszytem pod pachą, a mieć wiedzę w głowie. Sędzia jest reżyserem widowiska, ale moim obowiązkiem jest nie ingerować w grę zawodników, ale reżyserować, aby było to widowisko dla kibiców, a także żeby zawodnicy i działacze w boksach byli spokojni. Przypadło mi to do gustu, że tak szybko trafiłem na szczebel centralny. Pierwszy mecz sędziowałem z Trociakiem, piłkarskim sędzią z Opola, a później sędziowałem z kolegą z Bydgoszczy - Heniem Muzalewskim. Dobrze się rozumieliśmy. Gros spotkań prowadziliśmy wspólnie. Co więcej, kluby same domagały się, żeby nie rozbijać naszej dwójki. Były takie notatki w prasie.
Archiwum Aleksandra Zagórskiego

Dążył Pan jednak do tego, aby zostać sędzią międzynarodowym.
Tak. Po pierwszym sezonie na szczeblu centralnym chciałem postarać się o kolejny awans, czyli zostać sędzią międzynarodowym. Były opory, ale udało się. Po zgłoszeniu do IIHF-u dostałem zaproszenie na międzynarodowe seminarium. W lipcu się spotkaliśmy. Było nas 38 sędziów z całego świata. Omawialiśmy przypadki, konkretne sytuacje, ponadto mieliśmy testy na lodzie i na bieżni, test Coopera. Nie miałem z tym testem żadnych trudności, bo nawet mając 45 lat, biegałem 3,2 kilometra w dwanaście minut. Dobrze wypadłem. Zostałem ogólnie sklasyfikowany na dziewiątym miejscu. Zimą dostałem obsadę na mistrzostwa świata w Holandii. Proszę sobie wyobrazić, gwizdałem tam dziewięć spotkań, gdzie inni sędziowali podczas dwóch, trzech meczów. Na następny rok pojechałem na młodzieżowe mistrzostwa świata do Szwajcarii. Pierwszy mecz sędziowałem z mieszanymi uczuciami. Nie mogłem w pierwszej tercji „zaskoczyć”. Dwudziestolatkowie to wówczas brzmiało dumnie. Po pierwszej przerwie było już dobrze. Tak to się potoczyło dalej. Hokej rzeczywiście był inny, więcej jednak było techniki w tej grze. Frajdą było sędziowanie tych meczów.
Gdy toruński klub zdobył pierwszy medal mistrzostw Polski, nie było Pana jeszcze na świecie, ale był Pan świadkiem pozostałych sukcesów (srebro i cztery kolejne brązowe medale). Który z tych sukcesów świętowano najbardziej?
Pamiętam najbardziej ostatni z tych sukcesów. Świętowano go hucznie, tym bardziej, że na ten medal bardzo długo w mieście czekano. Nie należy zapominać również o zwycięstwie w Pucharze Polski w 2005 roku, które smakowało równie dobrze, gdyż zostało zdobyte w Nowym Targu, na terenie rywala. To także miało swój wymiar.
Z każdą historią, także toruńskiego hokeja, wiążą się szczególne miejsca. Jakie magiczne miejsca łączyły się z Toruniem?
Zdecydowanie lodowisko „Pod Grzybem”. Całkiem niedawno znalazłem zdjęcie, gdy sędziowałem wraz ze Staszkiem Paterskim jakiś mecz. Sędziowałem wówczas w czarnym, sztrykowanym przez mamę, swetrze. Pamiętam, że tam nie było band, albo inaczej, były, ale miały kilkanaście centymetrów wysokości. Wcześniej też się na to lodowisko chodziło. Przeskakiwało się przez murowany płot, na którym stały w zalewie cementowej potłuczone butelki. W tamtych czasach byłem fanem hokeja i szalenie mi się to podobało. Później powstawało nowe lodowisko, a inne mieściło się też przy ul. Sienkiewicza, przy uniwersytecie. Tam też się „urzędowało”. Gdy powstało lodowisko przy ul. Bema, to całe środowisko hokejowej poczuło się bardzo mocne. Dla wszystkich była to motywacja do dalszej ciężkiej pracy.
Przez te wszystkie lata toruński hokej tworzyli ludzie. Którzy z nich zapisali się najbardziej w historii?
Patrząc na działaczy, mieliśmy duży sentyment do Bronisława Wesołowskiego, który był kierownikiem drużyny. Zdecydowanie do największych przedstawicieli tej grupy ludzi należał Brunon Graetzer. To była ikona, alfa i omega. To był człowiek od wszystkiego, ale cechował go porządek i wysoka kultura pracy. Przy nim każdy znał zakres swoich obowiązków. W późniejszych czasach przyłączył się też Ryszard Molewski, którego zasługi również są duże.
A z zawodników?
Wieczerzak, Żurawski, Piasecki, Dybowski, Głowiński, Rypyść, Kukawka, Kwaśniewski, Trenk. Było ich wielu.
Spora części kibiców za największą osobowością toruńskiego hokeja uważa Ludwika Czachowskiego...
Tak. Ludwik Czachowski był wielkim autorytetem, zarówno w toruńskiej drużynie, jak i w kadrze. Był przecież kapitanem reprezentacji narodowej. Jeden z pierwszych zawodników w kraju, o ile nie pierwszy, który przyswoił sobie arkana gry ciałem. Kiedy zmieniły się przepisy i ciałem można było grać na całym lodowisku, dominował. Ludzie przychodzili na mecze, w których występował, z wielką frajdą i przyjemnością. Jego gra i umiejętności bardzo podobały się. Inną wielką osobowością był Józef Stefaniak, który przyszedł do nas z Boruty Zgierz. On był taką „rogatą duszą”. Trudny był do opanowania, ale - jak to się mówi - „gryzł lód”. Dużo wniósł do toruńskiego hokeja, podobnie, jak Lucjan Dybowski, czy też inni, jak: Żurawski, Wieczerzak, Piasecki.
Aleksander Zagórski
Archiwum Aleksandra Zagórskiego

Gdyby wskazać trenera tego dziewięćdziesięciolecia toruńskiego hokeja - wybór padłyby zapewne na Kazimierza Osmańskiego.
Dokładnie. Kazimierz Osmański to była ikona. On trzymał wszystko w ryzach. Pracował w urzędzie i zajmował się całym tutejszym sportem. Uprawiał przecież nie tylko hokej na lodzie, ale i piłkę nożną, tenis stołowy, lekką atletykę, siatkówkę, koszykówkę, czy hokej na trawie. Potrafił zjednać sobie ludzi. Wszyscy lgnęli do niego, jak do czegoś dobrego. Miał autorytet i był powszechnie szanowany. Za sukces uważana była możliwość wymiany z nim kilku zdań. Wyrażane przez niego opinie miały swój wydźwięk i właściwą ocenę. Osmański był więc najjaśniejszą postacią. Później było też kilku innych dobrych trenerów, jak Ladzia Svoboda z Czechosłowacji, sympatyczny facet. Jeszcze później, gdy przyszedł Borys Barabanow, obraz gry, obraz hokeja w Toruniu, zmienił się zupełnie.
Właśnie. W pamięci wielu toruńskich kibiców wciąż tkwi wirtuozeria, z jaką grali wspomniany przez pana Barabanow, a także Walery Usolcew.
Pojawili się w Toruniu jeszcze w takich czasach, w których nie mogli swobodnie wyjeżdżać na Zachód. Jednak do tej części Europy trafiali zawodnicy, którzy mieli rzeczywiście sporą wartość. Obecnie, jak patrzymy na obcokrajowców, już tak nie jest. Barabanow i Usolcew to prawdopodobnie dwie największe zagraniczne gwiazdy w historii toruńskiego hokeja. To była czysta szkoła radziecka. Widziałem kiedyś te treningi, to - rany boskie - gdyby u nas zawodnicy zobaczyliby te zajęcia, przecieraliby oczy ze zdumienia. Niestety, patrząc na historię innych klubów, system radziecki w polskich klubach się jednak nie przyjął.
Wiadomo, że przy tak długiej historii zdarzały się lepsze i gorsze czasy. Kiedy hokej w Toruniu cieszył się największą popularnością?
Do czasów przyjścia do Torunia Barabanowa i Usolcewa zainteresowanie toruńskim hokejem oczywiście było. Na mecze przychodziło 2 - 2,5 tysiąca osób. Gdy zagraniczni zawodnicy zaczęli przyjeżdżać do miasta, na trybuny trudno było się dostać. Hokej był wówczas numerem jeden, przebijał zainteresowaniem żużel, a to się w historii nie zdarzało często. Koszykówka również nie była tak popularna, jak hokej. Od chwili, gdy z Toruniem pożegnali się wspomniani rosyjscy hokeiści, a skład uzupełniano niekoniecznie dobrymi zawodnikami, zainteresowanie zaczęło spadać. Podobnie jak wyniki. Gra mogła się koneserom podobać, ale nie było już tego wykończenia akcji, nie było indywidualności, techniki. Tamtych czasów nie ma co porównywać do obecnych.
Toruń znaczył kiedyś więcej na hokejowej mapie Polski.
Dokładnie tak. Mieliśmy drużyny, które rywale doceniali. Wiedzieli, z kim grają. Kibice, w większej liczbie też przychodzili na mecze i mieli pewność, że zobaczą dobry hokej, dobre widowiska. Dziś tego już nie ma, a historią świat nie żyje. Wspomnienia są dobre na rozmowę przy kawie, a na dziś każdy chce najlepszych wyników, w zasadzie od zaraz. Bez pracy nie ma jednak kołaczy.
Ludzie z Torunia, kibice, działacze, sportowcy, nie kochają już hokeja, tak jak kiedyś?
Podczas różnych spotkań zawsze powtarzam, że nie będzie hokeja bez działaczy. Jednak nie takich działaczy, którzy po przekroczeniu progu zapytają „co ja będę z tego mieć?”. Nie o takich ludzi chodzi. Hokejowych działaczy z prawdziwego zdarzenia dziś brakuje, szczególnie w grupach młodzieżowych. Takich, anonimowych pracowników kiedyś było znacznie więcej. Wiele osób pomagało w organizacji klubu.
Przed laty więcej było - mówiąc kolokwialnie - hokeja w hokeju?
Niektórzy próbują to negować. Mówią, że poziom był niższy, ale czy rzeczywiście? Zgoda. Hokej wyglądał kiedyś inaczej, inne były środki techniczne, sprzęt ochronny, ale wówczas z lodowisk aż kipiała ambicja, zaangażowanie. Gra, jako gra, wcale nie była gorsza, wskazują na to dawne wyniki reprezentacji. Z Rosjanami graliśmy kiedyś jak równy z równym. Hokej był bardziej wartościowy.
Zmierzając powoli do końca naszej rozmowy, hokej w Toruniu - pana zdaniem - przetrwa jeszcze kolejne 90 lat?
Muszę przyznać, że mam pewne obawy. Oparte są one obserwacjami grup młodzieżowych. Mamy coraz mniej talentów, mniejszy nabór, nie ma chęci, motywacji, nie ma trenerów z prawdziwego zdarzenia.
Najprościej powiedzieć, że przyczyną jest brak pieniędzy. Teraz nie ma ich zbyt wiele, ale tak naprawdę, to nigdy wcześniej nie było ich w nadmiarze.
Dokładnie. Dziś sporo osób patrzy na wszystko z myślą „co ja za to będę mieć?”. W takich przypadkach mówię zawsze, idąc na ryby złapiesz rybę, albo reumatyzm. Tutaj jest tak samo. Nie można stawiać sprawy w ten sposób. Życzę jednak hokejowi kolejnych 90 lat. Trzymam kciuki za pomyślną przyszłość.

Warto wiedzieć
Kilka słów o...

Władysław Zieleśkiewicz, twórca kroniki hokejowej, sporządził na temat Aleksandra Zagórskiego, następując notatkę:

„Kto jeśli choć trochę interesował się hokejem w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych dwudziestego wieku nie zna Aleksandra Zagórskiego? Jak przysłowiowy huragan wdarł się w poczet najlepszych sędziów Polski. Dzięki swojemu uporowi, ambicji i pracowitości wspinał się po kolejnych szczeblach sędziowskiej kariery. W sezonie 70/71 otrzymał nominację na sędziego międzynarodowego... W okresie czternastoletniej kariery prowadził wiele spotkań międzynarodowych, drużyn klubowych z pierwszej półki światowej oraz na imienne zaproszenia federacji, uczestniczył w takich turniejach, jak: Izwiestia, Sowiecki Sport, Zimowa Spartakiada Armii Zaprzyjaźnionych. Był to imienne zaproszenia tylko na mecze finałowe. W sumie sędziował w 252 spotkaniach międzynarodowych... W uznaniu postawy, jaką wykazał podczas igrzysk olimpijskich, prezydent Austrii przyznał mu specjalnie wybity medal Innsbruck 76 wraz z dyplomem...”.


Czytaj treści premium w Nowościach Dziennika Toruńskiego Plus

Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Warto zobaczyć

Wideo