Najwyższy stopień zasilania

Grzegorz Wroński
MARYLA RODOWICZ, jedna z najpopularniejszych polskich piosenkarek, wspomina przyjaźń z Agnieszką Osiecką, mówi o nowej płycie pt. „50”, rodzimym rynku muzycznym, pomysłach na kreacje sceniczne, swoim kolejnym przyszłym albumie oraz o tym, co zamierza przygotować na Euro 2012.

MARYLA RODOWICZ, jedna z najpopularniejszych polskich piosenkarek, wspomina przyjaźń z Agnieszką Osiecką, mówi o nowej płycie pt. „50”, rodzimym rynku muzycznym, pomysłach na kreacje sceniczne, swoim kolejnym przyszłym albumie oraz o tym, co zamierza przygotować na Euro 2012.

<!** Image 2 align=none alt="Image 170869" sub="Fot. Jarosław Antoniak/mwmedia">Spotykamy się w Bydgoszczy podczas trasy koncertowej, promującej Pani nowy swingowy album pt. „50” z polskimi piosenkami, pochodzącymi z lat 50. XX w. (m.in. „Wesoły pociąg”, „Cicha woda”, „Do grającej szafy”, „Czerwony autobus”). W książeczce dołączonej do płyty napisała Pani: „Ten repertuar to powrót do dzieciństwa, do muzyki, która się wtedy wylewała z domowego radia marki Tesla...”

<!** reklama>Tak było rzeczywiście. Lata 50. to okres mojego wczesnego dzieciństwa, kiedy w radiu słuchałam pięknej swingowej muzyki, którą bardzo polubiłam. Zresztą nie nadawano innej muzyki, poza ludowymi piosenkami zespołów Mazowsze i Śląsk oraz swingowymi kompozycjami. Utwory z tamtych lat stały się więc dla mnie pretekstem do nagrania albumu „50”, do zapuszczenia się w rejony jazzu, swingu. Obecnie w Polsce raczej rzadko można usłyszeć takie brzmienia, chyba że w klubach. Natomiast w latach 50. polscy kompozytorzy byli zapatrzeni na Amerykę i pisali wiele utworów, aranżując je po amerykańsku. Nagranie takiej swingowej płyty było dla mnie fantastyczną przygodą - móc wejść do studia i zarejestrować zupełnie inny album niż dotychczas, w innym klimacie. Umożliwił mi to Krzysztof Herdzin, zresztą z Bydgoszczy, wybitny muzyk jazzowy oraz inni najlepsi muzycy, którzy zostali zaproszeni do udziału w nagraniu płyty.

Na albumie „50” słychać rozbudowane instrumentarium: trąbki, puzony, saksofony, kontrabas, fortepian, brzmienia big-bandów...

Ale są też ballady jazzowe w dość skromnym składzie, są smyczki, solówki, np. Mateusza Smoczyńskiego, wybitnego skrzypka. To jest płyta muzyczna, jest tam dużo rasowych dźwięków i o to mi chodziło.

Dlaczego Pani zwlekała aż 20 lat z nagraniem płyty z polskimi utworami z lat 50.? Czy obawiała się Pani tego, jak album będzie przyjęty przez fanów, krytyków muzycznych?

Czułam, że początek lat 90., tuż po przemianach politycznych, nie będzie najlepszym czasem na tego rodzaju muzykę. Pomyślałam, że to może jeszcze za wcześnie, żeby w ogóle dotykać lat 50., bo, wiadomo, te lata to Stalin, straszne czasy. Tyle że ja byłam wtedy dzieckiem i nie miałam świadomości, że to było takie represyjne. Zapamiętałam głównie muzykę. Natomiast w mojej karierze zdarzało się mi już zapuszczać w rejony swingu. Nagrałam nawet kilka utworów w latach 70. z Janem „Ptaszynem” Wróblewskim i jego zespołem Chałturnik. Później w latach 90. inne plany zdominowały wydanie swingowej płyty, aż w końcu pomyślałam: „Muszę to nagrać, za chwilę ktoś po to sięgnie”. A jest co nagrywać, jest mnóstwo pięknych utworów z tamtych lat.

Piosenki z Pani nowej płyty, choć mają już kilkadziesiąt lat, zaaranżowane są współcześnie. Podobnie jest z okładką albumu, która w kontekście repertuaru płyty jest wyraźnie myląca - Pani z gitarą elektryczną, czarne skóry, rozwiane długie włosy...

Świadomie chciałam zrobić sesję zdjęciową, która nie będzie w żaden sposób stylizowana na lata 50. Oczywiście, najprościej byłoby pójść za hasłem przewodnim płyty i wystylizować się na tamte czasy - kostium, szeroka spódnica, szpileczki, kok. A ja chciałam tego uniknąć. To samo dotyczy aranżacji piosenek. Z Krzysztofem Herdzinem postanowiliśmy zrobić bardzo współcześnie brzmiącą płytę. Słuchaliśmy bardzo dużo nagrań amerykańskich, utworów z tamtych lat i nie tylko, brzmień big-bandów. Podarowałam kilka swoich płyt znajomym Amerykanom, mówią, że świetnie się tego słucha. Może Polska nie jest w stu procentach właściwym miejscem dla tego rodzaju muzyki, ale z drugiej strony, uważam, że nie można cały czas grać tego samego, czego wymaga rynek, czego oczekują rozgłośnie radiowe. Ja tą płytą sprawiłam sobie ogromną przyjemność, podobnie jak Krzysztof Herdzin.

Produkcją Pani poprzednich płyt - „Kochać” i „Jest cudnie” zajmowali się uznani producenci muzyczni. Przy nagrywaniu albumu „50” postanowiła Pani wziąć kwestię produkcji płyty we własne ręce i powrócić do swego przyzwyczajenia, że to Pani rządzi w studiu i o wszystkim decyduje&

Ja byłam producentem, czyli ja płaciłam, więc nikt mi nie stał nad głową, nikt nie mówił, że to za długie solówki, że to nie będzie radiowe. Postanowiłam z Krzysztofem Herdzinem zrobić płytę niekomercyjną, pozbawioną schematów. To, że byłam producentem, dawało nam całkowitą swobodę. Nawet mówiliśmy: „Bądźmy niekomercyjni. Zróbmy płytę taką, jaka gra nam w duszy”.

Jakiś czas temu stwierdziła Pani, że rodzimy rynek muzyczny jest zaśmiecony przez anglojęzyczną sieczkę, bo rozgłośnie radiowe niechętnie wspierają polską muzykę i grają ją głównie porą nocną. Tymczasem jest nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji, zakładająca zwiększenie udziału w programach radiowych utworów słowno-muzycznych w języku polskim, które mają zajmować 33 proc. miesięcznego czasu nada-wania, z tego 60 proc. w godzinach 5 - 24. Dla Pani te nowe uregulowania są satysfakcjonujące?

Nie do końca. To prawda, stacje radiowe grają za mało polskiej muzyki i wypełniają te ustawowe procenty przede wszystkim nocą. Gdy wracam z koncertu, jest pierwsza w nocy, zaczyna się wówczas w radiu polska muzyka. Leci jeden po drugim polski utwór, nawet już znam kolejność, bo to idzie z komputera. A to jest niesprawiedliwie, krzywdzące dla polskiego rynku muzycznego. Poza tym, nie mamy szans na konkurowanie z artystami zachodnimi. Jesteśmy skazani na teren od Tatr do morza, a oni są grani na całym świecie. Ponadto w branży fonograficznej pracuje rzesza ludzi i z tego żyje, to są m.in.: wykonawcy, autorzy tekstów, kompozytorzy, producenci, muzycy. W innych państwach Europy gra się znacznie więcej miejscowej muzyki niż w naszym kraju.

Wróćmy do lat 90. W jednym z wywiadów mówiła Pani: „Ja jakoś nie mogłam się wtedy odnaleźć. Żadna wytwórnia płytowa nie była zainteresowana kontraktem ze mną. Radia nie chciały grać moich piosenek, byłam dla nich reliktem przeszłości”...

Jeżeli chodzi o muzykę, to ja się świetnie odnajdowałam, bo ta muzyka, która powstawała w latach 90., nie była jakaś inna od tej, którą grało się wcześniej. Tylko wtedy przyszły do nas duże wytwórnie płytowe, m.in.: EMI, PolyGram, Sony, BMG, Warner. I one głównie interesowały się młodymi artystami, których wówczas bardzo dużo się pojawiło, np. Bartosiewicz, Górniak, Kowalska, Lipnicka, Nosowska. Artyści ci zdominowali rynek. I mimo że ja nagrywałam płyty (bardzo dobre albumy, jestem z nich dumna - „Złota Maryla”, „Przed zakrętem”), to nikt nie chciał ze mną rozmawiać w rozgłośniach radiowych. Pracowali tam młodzi dziennikarze, dla których wszystko to, co kojarzyło się z poprzednią epoką, nie było warte uwagi. „Rodowicz, Wodecki, Krawczyk, przecież to komuna” - tak mówiono. A nam po prostu przyszło żyć i tworzyć w tamtych czasach. I w tym sensie miałam pod górkę. Pomogła mi telewizja, która transmitowała koncerty promocyjne moich nowych płyt. Znowu zaczęłam mieć dużą widownię, ale to zajęło wiele lat.

Promocja albumu „50” jeszcze się nie skończyła, a Pani przygotowuje już kolejną płytę, tym razem z nieznanymi tekstami Agnieszki Osieckiej, które odnalazła Pani w swoim archiwum...

Przeprowadziłam się parę lat temu do nowego domu, ale miałam ciągle nierozpakowane kartony. W wolnych chwilach, których mam niewiele, wypakowywałam kartony i wertowałam kartki. Znalazłam dużo tekstów Agnieszki Osieckiej, która mi je co jakiś czas zastawiała mówiąc: „Mańka, weź, może się kiedyś przydadzą. Przeczytasz w domu”. Poza tym, postanowiłam, że muzykę do odnalezionych tekstów Agnieszki napiszą kompozytorzy, z którymi od lat współpracuję: Kasia Gaertner, Jacek Mikuła i Seweryn Krajewski.

Premiera tej płyty będzie jeszcze w tym roku?

Chciałabym, żeby ukazała się jesienią. Na razie pracuję z gitarzystą przy nagrywaniu demówek, ustalamy tonację, formy, tempa, itd. Tych utworów jest nawet za dużo, część z nich trzeba będzie, niestety, odrzucić.

Panią i Agnieszkę Osiecką łączyła przez lata niezwykła przyjaźń...

Agnieszka była ode mnie starsza o 10 lat, ale twierdziła, że w moim towarzystwie czuje się dużo młod-sza, zresztą ona duchem była bardzo młoda. Lubiła towarzystwo moich młodych muzyków, jeździła ze mną na koncerty. Ja nie miałam jeszcze dzieci, więc włóczyłyśmy się, jeździłyśmy razem na wakacje. Agnieszka była takim superkompanem, bardzo dowcipna, wnikliwa obserwatorka życia, świetnie opowiadała. Bycie w jej towarzystwie sprawiało wielką przyjemność. Dzięki niej poznawałam wielu ludzi, których prawdopodobnie nigdy bym nie spotkała, z jej środowiska literackiego. Pamiętam takie zdarzenie z 1992 r. Powiedziałam: „Agnieszko, chciałabym napisać książkę, biografię, ale nie wiem, jak się do tego zabrać”. I umówiłam się z nią gdzieś w knajpie. Okazało się, że ona w tym samym miejscu spotkała się ze swoimi kolegami, m.in. Januszem Głowackim, Tadeuszem Konwickim - same tuzy pisarstwa, z 8-10 osób. I ona mówi na forum tak: „Słuchajcie, Mańka chce napisać książkę i nie wie, jak się do tego zabrać”. Spaliłam się ze wstydu, to było straszne, taki żarcik Agnieszki. Tak było... Agnieszka chodziła w moich ciuchach, nosiła długie spódnice z frędzlami, czuła się hipiską.

Pani nieodłącznym wizerunkiem scenicznym są niekonwencjonal- ne stroje. Skąd czerpie Pani pomysły na kreacje?

Interesuję się modą, obserwuję, co się nosi. Kupuję różne żurnale modowe, zawsze wiem, co jest na topie. I ten trend tegoroczny, letni, jest absolutnie zgodny z moim ulubionym trendem hipisowskim.

Podczas koncertów wyzwalają się w Pani ogromne pokłady energii. Ostatnio powiedziała Pani: „Jestem jak elektrownia, mam tyle energii, że pewnie mogłabym zasilić jakąś wioskę, a może nawet całe miasto”...

Energia jest we mnie uśpiona. Na co dzień jestem spokojną osobą. Kiedy wchodzę na scenę, widzę publiczność i rusza muzyka, wtedy dostaję takiego „speeda”. Natomiast gdy zejdę ze sceny, wsiądę do samochodu i manager zawiezie mnie do domu, zaczynam powłóczyć nogami, siadam wtedy ze swoimi kotami...

Otrzymała Pani w ubiegłym roku tytuł Przyjaciela UEFA Euro 2012. Czy ma Pani już jakieś plany związane z tym wyróżnieniem?

Bycie Twarzą Euro 2012 jest dla mnie wielką nagrodą i daje mi wiele radości, ponieważ naprawdę bardzo interesuję się piłką nożną. Wiem, co się dzieje u nas w lidze, wiem, jak gra nasza reprezentacja. Czasem oglądam ligę niemiecką. To nie jest tak, że Rodowicz jest Twarzą Euro 2012, żeby coś się działo! Natomiast jak oni mnie wykorzystają, tego nie wiem. W każdym razie, przygotowuję na wszelki wypadek na mistrzostwa piosenkę. Mam świetną kompozycję Seweryna Krajewskiego, jeszcze tylko kwestia tekstu, ale to jest już znacznie mniejszy problem.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie