Nasz świat się kończy. Felieton CAŁY TEN POP - Robert Brylewski nie żyje

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Archiwum Polska Press
Udostępnij:
Robert Brylewski stworzył masę cudnych rzeczy, ale pewnie przez całe życie nie zarobił tyle, co pan Sławomir w tłusty miesiąc.

Pan redaktor Babczenko jak umarł, to się mocno zdziwił. Po tym, jak dobry tydzień temu ukraińskie służby sfingowały jego śmierć, siedział chłop w schowku i czytał, co piszą o nim bliźni. I serce mu rosło, bo któż nie chciałby się wzruszać tymi pośmiertnych peanami na swoją cześć?

Zmarły w poniedziałek Robert Brylewski też by się pewnie zdziwił. Na jego cześć piały media małe i duże, ba, również dziennik TVP - po rytualnym znęcaniu się nad Trzaskowskim i Wałęsą - zajął się Brylewskim jak świętym człowiekiem. Usłyszałem nawet zaklęcie, że muzyk był „istotną postacią dla swojego pokolenia”, co wprawiło mnie w lekkie osłupienie. Bo nie był. Bo podejrzewam, że większość tego pokolenia nigdy o nim nie słyszała. W końcu bycie gwiazdą kontrkultury, to co innego niż bycie gwiazdą ludu polskiego. I choć Robert Brylewski stworzył masę cudnych rzeczy, to zdarzało się, że nie miał na jedzenie. I pewnie przez całe życie nie zarobił tyle, co pan Sławomir w tłusty miesiąc.

Ale dla części tego pokolenia to był naprawdę ważny facet. To od niego zaczął się w Polsce punk rock, bo choć niektórzy hulali wcześniej, to dopiero Kryzys zapalił Polskę. To on z Brygadą Kryzys nagrał najlepszą płytę w historii polskiego rocka i to on tworzył natchnione hymny Armii dekadę później. I tak dalej - zawsze obok, poza Babilonem, jak to się wtedy mówiło. I podejrzewam, że jak Kazik śpiewał, że „wszyscy artyści to prostytutki”, to musiał mieć lekkiego kaca. Bo wiedział, że taki jeden artysta Brylewski prostytutką nie jest. I nie będzie.

Może mam zresztą osobiste skrzywienie, bo Robert Brylewski był bohaterem mojego pierwszego tekstu. Jako młodociany studencina dziennikarstwa postanowiłem napisać story o królu punk rocka, z małą nadzieją, że ktoś mi to wydrukuje. I trafiłem w kosmos. Małe mieszkanko, za oknem szarzyzna i brzydota PRL, a w środku lider Kryzysu, jego czarnoskóra partnerka, odjazdowa muzyka i zapach zakazanego zioła. Było tak fajnie, że z samej rozmowy nic dzisiaj nie pamiętam.

Robert Brylewski zmarł po długiej śpiączce. Parę miesięcy temu został pobity, przez jakiegoś zbira – jak to się pisze „doskonale znanego policji”. Bandziorowi nie spodobało się to, że partnerka muzyka kupiła mieszkanie jego mamusi, no to przyszedł i skatował nowego właściciela. I te okoliczności śmierci artysty aż bolą. Kolega z tamtych czasów zamieścił nawet na fejsie wpis, jakby leciuchno patetyczny: nasz świat się kończy. Ale cóż, chyba trochę tak.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie