Nie mogłoby być lepiej...

Gabriela Ułanowska
INGOLF WUNDER, austriacki pianista, laureat drugiej nagrody na konkursie chopinowskim w Warszawie w ubiegłym roku i ulubieniec publiczności, mówi m.in. o tym, czy czuje się rozczarowany werdyktem konkursowego jury.

INGOLF WUNDER, austriacki pianista, laureat drugiej nagrody na konkursie chopinowskim w Warszawie w ubiegłym roku i ulubieniec publiczności, mówi m.in. o tym, czy czuje się rozczarowany werdyktem konkursowego jury.

Kiedy w Pana nazwisku zaczęto dopatrywać się wyjaśnienia Pana sukcesów? Wunder wszak znaczy cud...

Uczyłem się już wtedy w średniej szkole muzycznej i zacząłem koncertować. Dziennikarze zauważyli tę zbieżność i bez umiaru korzystali z niej w recenzjach i wywiadach. Bardzo mnie to denerwowało, bo w każdym artykule była na ten temat wzmianka. To taki medialny chwyt, do którego już się przyzwyczaiłem, ale mam świadomość, że to nic nie znaczy.

Jakie jest Pana pierwsze muzyczne wspomnienie?

Kiedy się urodziłem, starszy ode mnie o siedem lat brat ćwiczył już grę na skrzypcach. Przyglądałem się i słuchałem. Ale słuchałem nie tylko jego, bo grał także mój tata. Podobno od małego dyrygowałem. Ja tego nie pamiętam, ale rodzina twierdzi, że tak zaczynałem.

Najpierw były skrzypce, teraz fortepian, może kiedyś batuta... Dlaczego Ingolf, czterolatek z Klagenfurtu, rozpoczął naukę gry na skrzypcach?<!** reklama>

Ojciec chciał, żebyśmy mieli muzyczne wykształcenie. Nie chodziło mu o to, żebyśmy zostali muzykami. Uważał, że muzyczna edukacja jest niezbędna dla pełnego rozwoju. Skrzypce były naturalnym wyborem, bo grał na nich brat. Mieliśmy tego samego nauczyciela. Po jakimś czasie za jego namową stworzyliśmy trio: tata grał na kontrabasie, jego znajomy na akordeonie, a ja na skrzypcach. Graliśmy muzykę folkową i zaczęliśmy koncertować. Nasz nauczyciel uważał, że poznanie tej muzyki wzbogaci nas i przyczyni się do popularyzowania jej wśród młodych ludzi. Teraz zdałem sobie sprawę, że to granie zapewne wpłynęło na moje rozumienie Chopina. Wchodziłem do muzyki grając ludowe utwory, może dlatego łatwiej mi zrozumieć mazurki.

Po dziesięciu latach na skrzypcach grał Pan już świetnie. Co spowodowało, że zamienił Pan ten instrument na fortepian?

Grałem na skrzypcach przyzwoicie, ale nie kochałem ich na tyle, by poświęcić im się bez reszty. Wiedziałem, że nie potrafię już więcej na nich ćwiczyć, mimo że granie na skrzypcach sprawiało mi wielką radość. Ale to nie było to. Przypadek pomógł mi podjąć decyzję. Na konkurs, który odbywał się w moim konserwatorium, z całej Austrii zjechali do Klagenfurtu pianiści i ich nauczyciele. Jeden z nich usłyszał przypadkowo, jak gram na fortepianie. Postanowił skontaktować się z moimi rodzicami i porozmawiać o moich planach. Był w Klagenfurcie przez tydzień, spotykaliśmy się, bo chciał poznać moje możliwości i czy jestem zainteresowany zmianą instrumentu. Byłem! Rozpocząłem studia w konserwatorium w Linzu u prof. Horsta Matthaeusa.

Czego zabrakło Panu w skrzypcach?

Wtedy nie zastanawiałem się nad tym, ale z dzisiejszej perspektywy potrafię na to pytanie odpowiedzieć: wielogłosowości. Fortepian to cała orkiestra, bogactwo dźwięków i nieograniczone możliwości ich wydobycia.

Ważnym wydarzeniem w Pana życiu było spotkanie z prof. Adamem Harasiewiczem. Jak został Pan jego uczniem?

To najważniejsze wydarzenie w moim życiu, niezwykle istotne dla mojej kariery. Spotykaliśmy się pierwszy raz w 2005 r. podczas konkursu, po którym Adam Harasiewicz słyszał mnie jeszcze na jednym koncercie. Ale wtedy nie byłem jeszcze gotów do pracy z nim. Pracowałem właściwie sam i realizowałem swoje pomysły. Po konkursie spotkaliśmy się w Salzburgu, ale i to spotkanie nie doprowadziło jeszcze do współpracy. Dopiero po moim kryzysie w 2008 r. napisałem do profesora. Odpowiedział na mój list i tak zostałem jego uczniem. Musiałem do tego dojrzeć, potrzebowałem czasu.

Czy możemy porozmawiać o wspomnianym przez Pana kryzysie?

Oczywiście, bo to nic wstydliwego. Była to normalna reakcja na zmęczenie ćwiczeniem, konsekwencja przemyśleń na temat tego, co chcę robić w życiu. Wątpiłem we wszystko, a granie nie sprawiało mi radości. Po prostu chciałem porzucić fortepian. Nie przestałem jednak grać, bo miałem zaplanowanych kilka koncertów. Ale to nie było to. Myślałem, że się wypaliłem. Dojrzewałem do wyboru: grać czy przestać. I wtedy zrozumiałem, że nie potrafię żyć bez fortepianu.

Dlaczego wystartował Pan w Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim po raz drugi?

Nie lubię konkursów. W świecie muzyki nie powinny one istnieć, bo sztuka i rywalizacja wykluczają się wzajemnie. Ale w dzisiejszym świecie trudno uciec od wyścigu szczurów i dlatego mamy coraz więcej konkursów pianistycznych, skrzypcowych, dyrygenckich...To już swoisty biznes, z którego żyją, niestety, niektórzy jurorzy i muzycy. A tak być nie powinno. Sam wziąłem udział w konkursach, bo dają nazwisko i ułatwiają karierę. Drugi raz przyjechałem na konkurs chopinowski, bo dzięki współpracy z prof. Adamem Harasiewiczem czułem Chopina. To była nasza wspólna decyzja, wiedziałem, jak chcę grać i chciałem się sprawdzić.

Na zeszłoroczny konkurs przyjechał Pan, żeby wygrać. To Pana słowa. Czy uważa się Pan za przegranego, bo za takiego uznano Pana w prasie po werdykcie jury, z którym publiczność się nie zgadzała?

Nie czuję się przegranym. To oczywiste, że każdy przyjeżdża, żeby wygrać. Ja odniosłem sukces, przecież pierwsze miejsce to tylko jeden numer wyżej. Poza tym spotkałem się z taką sympatią publiczności, że nie mogę uważać się za przegranego. Nie mam negatywnych odczuć po konkursie. To było dla mnie wspaniałe doświadczenie, a moja kariera nabrała rozpędu. Nie mogłoby być lepiej, gdybym wygrał. Wielokrotnie wypytywano mnie, co myślę o werdykcie jury, czekając na jakieś sensacyjne uwagi. To bez sensu. W jury zasiadało dwunastu wybitnych specjalistów, każdy inny, z innymi preferencjami i gustami. Punktacja jest wypadkową subiektywnych ocen, a obiektywizacja nie jest możliwa, bo to jest muzyka. Punktacja była taka, a publiczność wydała swój werdykt. To jest mój sukces. Czuję to na każdym koncercie w Polsce.

Po konkursie mówił Pan panującej wśród pianistów o specyficznej atmosferze...

Ten konkurs był niezwykły i to nie jest moja opinia, bo nie mam skali porównawczej. My naprawdę się polubiliśmy. Kiedy pojechaliśmy na trasę koncertową po Japonii, było wspaniale. Każdego wieczoru wychodziliśmy razem i dobrze się ze sobą czuliśmy.

Ale to było po konkursie. A w czasie konkursu?

W czasie konkursu było zmęczenie. Musieliśmy ćwiczyć i właściwie mijaliśmy się.

Krytycy podkreślają, że Pana gra jest ucieleśnieniem stylu chopinowskiego, czyli naturalności i prostoty. A jak Pan zdefiniowałby styl chopinowski?

To bardzo trudne pytanie. Najważniejszą sprawą w interpretowaniu Chopina jest rzeczywiście naturalność. Muzyka musi brzmieć tak, jakby była improwizowana, jakby powstawała tu i teraz. Najpierw trzeba przeanalizować nuty i usłyszeć go w sobie, stworzyć swoją wizję. Trzeba też poznać różne edycje nut, faksymile, słuchać wielu nagrań. Przygotowywał mnie prof. Harasiewicz, który podziwiał Rubinsteina, pracował z nim. To stara szkoła pianistyczna, dzięki której dochodziłem do swoich interpretacji. Chopin to chyba najtrudniejszy kompozytor fortepianowy, bo grając go trzeba znaleźć równowagę między strukturą utworów a wolnością artystyczną. Jeśli uda się zbalansować te dwa czynniki, to możemy mówić o chopinowskim stylu. Potrzebny jest do tego nie tylko talent, ale i intuicja, chyba też określony typ osobowości i oczywiście znajomość kultury i historii polskiej.

Czy na Pana IPodzie pojawiły się już utwory innych kompozytorów niż Chopin?

Myślę, że Chopinem nigdy się nie zmęczę. Ale to nie oznacza, że nie kocham np. Beethovena i Mozarta. Uwielbiam impresjonistów, Rachmaninowa. Słucham nie tylko muzyki klasycznej. Lubię jazz, dobry pop, niestety, rzadko mogę się nimi cieszyć. Teraz jestem szczęśliwy, jeśli nie muszę słuchać niczego.

Gdyby mógł Pan sam ułożyć repertuar na płytę „Ulubiona muzyka Ingolfa Wundera”, to jakie utwory by się na niej znalazły?

Koncert e-moll Chopina, V koncert Beethovena, I koncert Liszta, II Rachmaninowa, I Czajkowskiego. A solo - sonaty Beethovena, Mozarta, Liszta.

To nie jedna płyta, ale kilka. Deutsche Grammophon pewnie ich nie wyda, ale przygotowuje inne. Bo to Panu, a nie jak było w zwyczaju zwycięzcy konkursu chopinowskiego, zaproponowano nagrania. Jakie to będą płyty?

Najpierw Chopin solo. Ta płyta ukaże się w czerwcu. Potem następne, ale repertuar nie jest jeszcze ustalony.

Ile będzie tych płyt?

Kilka, ale nie wiem czy mogę o tym mówić, więc poczekajmy, aż się ukażą.

Teraz porozmawiajmy o koncertach. Gdzie pan koncertował?

Ciągle podróżuję. Grałem po kilka razy w Polsce, Niemczech i Austrii. Koncertowałem w Japonii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Rosji.

Powiedział Pan, że granie Chopina przed polską publicznością to wielka odpowiedzialność. Czym różni się ona od melomanów z innych krajów?

Odbiorem Chopina. To przecież wasza muzyka. Nigdzie na świecie nie słuchają mazurków tak jak w Polsce. Kiedy gram na bis gdzieś w świecie te utwory, to czuję niedosyt publiczności. Ona oczekuje czegoś innego. To nie jest kwestia szacunku dla narodowej świętości, to kwestia czucia i rozumienia.

Sukces na tak ważnym konkursie, wiele koncertów będących konsekwencją tego sukcesu oznacza wielogodzinne ćwiczenie. Spotkaliśmy się pierwszy raz po Pana listopadowych koncertach w Poznaniu. Miał Pan wtedy palce zaklejone plastrami, bo skóra nie wytrzymywała wielogodzinnego grania. Dziś jest lepiej. Można kochać ćwiczenie, nawet jeśli okupione jest krwią i bólem?

Jeśli kocha się swoją pracę, to robi się wszystko, żeby wykonywać ją dobrze. Kocham granie, to nie tylko mój zawód, ale i pasja. Czasami trzeba się poświęcić, pozaklejać palce plastrami, bo bolą. Ale przecież nie można być dobrym pianistą nie ćwicząc, więc trzeba pokochać ćwiczenie samo w sobie. Recital czy koncert to efekt końcowy tego, co stanowi istotę bycia pianistą - poszukiwania najlepszego sposobu wyrażenia siebie przez muzykę. A te poszukiwania to ćwiczenie.

Znajomość Chopina spowodowała, że chce się Pan nauczyć polskiego...

Jeszcze nie mówię po polsku (to zdanie zostało powiedziane po polsku!). Cały czas się uczę, ale na razie lepiej rozmawia mi się po polsku Chopinem.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie