POLECAMY
QUIZY

Sprawdź się i rozwiąż QUIZ! Jak sobie poradzisz?

Rozwiń
Niezły młyn ze Starym Młynem

Niezły młyn ze Starym Młynem

Jacek Kiełpiński

Nowości Dziennik Toruński

Aktualizacja:

Nowości Dziennik Toruński

<p>On - „cham” i ona - „wytwór PRL-u” powiedzieli już sobie wszystko. Nie pomogły mediacje prezydenta Torunia. Znany lokal na Starym Mieście ma przestać istnieć, ale nie poddaje się bez walki.</p>

Powszechne ruszenie w obronie knajpy! Już około 2000 osób podpisało się pod petycją w sprawie oszczędzenia „Starego Młyna”, który ma przestać istnieć w Święto Zmarłych. To armia ludzi, z którą wypadałoby się liczyć. Decyzja jest jednak ostateczna - Władysław Bibrowski, powszechnie znany właściciel tego ciekawego lokalu, ma się wynosić niezależnie od liczby popierających go wiernych klientów.


- Ci ludzie zostali świadomie wprowadzeni w błąd. Nie likwidujemy w tym miejscu lokalu, rozwiązujemy tylko umowę z tym człowiekiem, bo z nim nie można wytrzymać - podkreśla Wanda Kowalik, prezes Fundacji Odnowy Zabytków Torunia, która w 2003 roku dostała w użyczenie na dziesięć lat charakterystyczną kamienicę przy ul. Przedzamcze, gdzie działa „Stary Młyn”. - Nie wierzę, że klienci przychodzą tu tylko dla wspaniałej rzekomo osobowości tego człowieka!


Zaczęło się od pyskówki


Lektura księgi pamiątkowej „Starego Młyna” tłumaczy fenomen lokalu, o jaki idzie bój. Wielu bywalców nazywa go drugim domem. Autorzy wpisów podkreślają jedyną w swoim rodzaju atmosferę, ciepło domowe, klimat. Zwracają uwagę, że można tu pograć w gry planszowe, powylegiwać się w betach na słynnym strychu, poczytać książki. Bibrowski wyczuł, co lubią odjazdowi młodzi artyści.


I dzięki temu był spokojny o rozwój biznesu, mimo że Toruń to coraz trudniejszy rynek. Na samej starówce działa obecnie około 150 lokali. Toruń pod tym względem jest w ścisłej krajowej czołówce.


Oficjalny powód wypowiedzenia umowy wydaje się na pozór błahy - chodzi o jedną awanturę.


- Nie wytrzymałem, bo mnie poniżono. Tu chodzi o godność! - Władysław Bibrowski wraca pamięcią do 25 czerwca, gdy Fundacja zorganizowała Święto Ulicy Przedzamcze. Sprowadzona została firma gastronomiczna z grillem i piwem. - Kowalikowa wpuściła konkurencję na mój teren, a energię pociągnięto z gniazdka w lokalu, czyli na mój koszt.


Obie strony konfliktu inaczej relacjonują pyskówkę, do której doszło.


- Według mojej oceny, akurat ten fragment terenu nie był objęty umową najmu. Byłam tam z gośćmi fundacji i sponsorami, a on nie chciał się odczepić, machał mi umową przed oczami. Zachowywał się arogancko - Wanda Kowalik przyznaje, że to przesądziło. - W końcu musiałam spytać: Czy mam powiedzieć do pana: „won chamie!”, to dopiero wówczas pan zrozumie i odejdzie?


Następnego dnia Władysław Bibrowski podczas kolejnej awantury miał nazwać Wandę Kowalik: „bezczelną babą”, „dziedziczką” i „wytworem PRL-u”. Tak wynika z jej relacji.


Skutek był piorunujący. Dostał wypowiedzenie. Za trzy miesiące, czyli na koniec września, powinien, zdaniem Wandy Kowalik, opuścić lokal.


- Ta kłótliwa kobieta podrzuciła mi jakiś świstek ze sfałszowanym podpisem! - Władysław Bibrowski pokazuje karteczkę, na której pieczątkę nieżyjącego już wiceprezesa fundacji Henryka Bruszkowskiego przystawiono do góry nogami. - Podpis nie jest pana Henryka.


Rzeczywiście, na wypowiedzeniu podpisał się Zbigniew Jabłoński, członek zarządu Fundacji.


- To nie przestępstwo, tylko niedopatrzenie, wina pośpiechu - tłumaczy Wanda Kowalik. - Pan Jabłoński nie miał pieczątki, więc tylko złożył podpis. A ja szybko dostawiłam pieczątkę wiceprezesa i zapomniałam dopisać literek „w.z.”


Dla Władysława Bibrowskiego sprawa wygląda inaczej. - Policja 22 września wszczęła postępowanie w spawie fałszerstwa dokumentu, od którego zależy moja przyszłość - tłumaczy. - Do czasu ostatecznego wyjaśnienia dokument ten uznaję za nieważny. A jeśli tak, to kolejny dokument przedłużający mi, po interwencji prezydenta Torunia, o miesiąc czas na wyprowadzkę też jest nieważny. Dlaczego? Bo powołuje się na ten wątpliwy.


Różne punkty widzenia


Wanda Kowalik widzi w takim podejściu kolejny cwany chwyt Bibrowskiego. - Ten człowiek omotał nas. Cały czas próbował urywać nam każdy grosik. A tak mu szliśmy na rękę! Pomagaliśmy rozwinąć ten interes, obniżaliśmy czasowo czynsz. Wtedy był grzeczny, kłaniał się po pięć razy. A jak zwracaliśmy mu uwagę, że nie płaci na czas - wzruszał ramionami i mówił: nie mam pieniędzy i co mi zrobicie?


Szef „Starego Młyna”: - To tylko kłamliwe insynuacje pani prezes. A Fundacja powinna mi iść na rękę, skoro jestem dość istotnym źródłem jej dochodów! Płacę 95 procent rachunków za prąd, ciepło i wodę. A oni nawet nie są w stanie zadbać o stan tego budynku, którego jeden z narożników gnije. Fundacja odnowy zabytków, dobre mi sobie!


W tej chwili trwa wojna na donosy. Wanda Kowalik nasłała sanepid, więc Władysław Bibrowski uprzejmie doniósł o nieprawidłowościach powiatowemu inspektorowi nadzoru budowlanego.


- Zacieka z dachu, to prawda. Zmienimy go w przyszłym roku - zapewnia Wanda Kowalik. - Wtedy działać tu będzie inny lokal, prowadzony przez nowego najemcę, którego szukamy. Proszę mi wierzyć, nowy pub też klienci polubią.


Nowa propozycja


Władysław Bibrowski wystąpił ostatecznie z odważną propozycją. Chce przekazywać fundacji nadal czynsz w wysokości 2000 złotych, a do tego dodatkowo 500 złotych na wynajęcie przez nią na starówce jakiegoś innego pomieszczenia biurowego. Chce ponadto na swój koszt wyremontować całą kamienicę.


- To dowód, że cały czas próbował nas omotać, by przejąć ten obiekt! - ostro reaguje Wanda Kowalik zapewniając zarazem, że o pomyśle pierwsze słyszy.


Propozycję tę zna jednak przewodniczący Rady Fundacji, Bernard Kwiatkowski, dyrektor Wydziału Inwestycji UM. Jednak nie chce jej komentować, a od konfliktu się dystansuje.


- Niech to załatwia zarząd Fundacji. Wolę się na ten temat nie wypowiadać.


Inny członek rady, Wiktor Krawiec, dyrektor Wydziału Gospodarki Nieruchomościami UM ubolewa, że rada nie miała okazji zająć się tą ważną sprawą. - Obawiam się skutków awantury, która dotyczy poważnej instytucji, jaką jest Fundacja.


Ostro wypowiada się kolejny członek rady, Władysław Przybysz z Wydziału Organizacyjnego UM. - Bibrowski ma pełną rację. Nie wolno było sprowadzać konkurencji na wynajmowany przez niego teren. Powinno być posiedzenie rady na ten temat. Z drugiej strony, tam rządzi w pełni pani Kowalik, nasze kompetencje nie są zbyt mocne. Ale ambicje prezesa powinny być drugorzędne, najważniejszy zaś interes Fundacji.


Przed finałem


Dziś obie strony szykują się do ostatecznego starcia, które rozpocznie się najpewniej wymianą zamków i kodów alarmu.


- Jeśli zostanę odcięty od lokalu, w którym prawie wszystko jest moje, czyli wyrzucony bez wyroku eksmisyjnego - uznam to za bezprawie - mówi Władysław Bibrowski. - Kiedyś się wyniosę, bo nie chcę wojen, ale potrzebuję czasu na remont nowego lokalu, który mam na oku. Nie zostanę tu na siłę. A wychodząc ogołocę ściany i strych ze wszystkiego. „Stary Młyn” już nie będzie miał swego klimatu, bo ten zabiorę ze sobą.





Lokal z tradycjami


 

  • Kamienica zajmowana dziś jeszcze przez „Stary Młyn” pochodzi z XVII wieku
  • Pierwotnie budynek ten był młynem garbarskim, stąd nazwa lokalu
  • Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w budynku mieściło się szpitalne prosektorium.



Czytaj treści premium w Nowościach Dziennika Toruńskiego Plus

Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Warto zobaczyć

Wideo