O Ariannie, która zarobić potrafi

Ryszard Warta
Ryszard Warta
To historia godna wytrawnego autora telonowelowych tasiemców, choć jak najbardziej prawdziwa. Arianna Stassinopoulos, dziewczyna śliczna, utalentowana i ambitna, jako nastolatka wyjechała z rodzinnej Grecji na nauki do Wielkiej Brytanii.

<!** Image align=left alt="http://www.nowosci.com.pl/img/glowki/warta_ryszard.jpg" >To historia godna wytrawnego autora telonowelowych tasiemców, choć jak najbardziej prawdziwa. Arianna Stassinopoulos, dziewczyna śliczna, utalentowana i ambitna, jako nastolatka wyjechała z rodzinnej Grecji na nauki do Wielkiej Brytanii. Studia ukończyła i szybko zaczęła robić karierę w mediach. Jako atrakcyjna trzydziestolatka miała już koncie głośne biografie Marii Callas i Pabla Picassa, wyrobione nazwisko i widoki na kolejne życiowe sukcesy. Osiadła w USA i została żoną dobrze zapowiadającego się kongresmena, Michaela Huffingtona, co otworzyło jej drzwi salonów amerykańskiej polityki.

<!** reklama>Małżeństwo nie wytrzymało próby czasu, ale i to ambitna kobieta potrafiła przekuć na dobrą monetę. Jak twierdzą niektórzy, dwa miliony z kwoty, jaką dostała w ramach rozwodowych rozliczeń, zainwestowała w media internetowe. I zainwestowała świetnie. Ze stworzonego przez nią portalu blogowego „The Huffington Press” skorzystały tysiące blogerów, by dzielić się swymi opiniami, dzięki czemu pani Arianna szybko mogła sobie pogratulować stworzenia wpływowego, świetnie się rozwijającego i bardzo atrakcyjnego medium. Tak bardzo atrakcyjnego, że gdy amerykański koncern AOL, jeden z największych rekinów internetowego biznesu, postanowił portal kupić, stanęło na sumce 315 milionów dolarów, oczywiście z pozostawieniem byłej właścicielki na prezesowskim fotelu.

W tym miejscu historia z amerykańskiego podręcznika typu jak odnieść sukces zachowując urodę kończy się, a zaczyna się historia zupełnie inna. O tym, czym jest wartość intelektualna w czasach Internetu, gdy jedni uważają, że w sieci wszystko ma być za darmo, inni czują się okradani, a jeszcze inni na sieci zbijają kokosy.

Kilka dni temu do nowojorskiego sądu wpłynął pozew zbiorowy ponad 9 tysięcy autorów wpisów blogowych na „The Huffington Post”. Blogerzy domagają się łącznie 105 milionów dolarów, czyli jednej trzeciej z tego, co pani Huffington zarobiła na sprzedaży. Ich rozumowanie jest - w skrócie - następujące: blogerzy swymi wpisami współtworzyli popularność portalu i mieli swój udział w jego sukcesie. Gdy Huffington interes sprzedała, powinna się podzielić z tymi, którzy przez lata całe za darmo dla niego pracowali. Jonathan Tasini, prawnik reprezentujący skarżących, nie bez dozy demagogii porównał Huffington do właścicielki niewolników, zarabiającej krocie na darmowej pracy innych.

Rzecz jest ważna, bo o ile technologie i media internetowe rozwijają się w oszałamiającym tempie, tak wciąż bez odpowiedzi pozostają pytania, czy a jeśli tak, to kto, komu i na jakich zasadach powinien płacić za treści publikowane w sieci i wykorzystywane do komercyjnych celów. Jeżeli taki model powstanie, to będzie miał kapitalny wpływ na przyszłość mediów. O ile, oczywiście, powstanie.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie