Pierwszy Polak w NBA: - Dzieciaki, nie dajcie sobie wmówić, że czegoś nie dacie rady

Joachim Przybył
Joachim Przybył
Cezary Trybański chętnie angażuje się w pracę z najmłodszymi Fot. Damian Kujawa/ Polska Press
Gdy otrzymałem propozycję kontraktów w NBA nawet nie patrzyłem na kwoty. Pieniądze nie miały dla mnie żadnego znaczenia, spełniałem swoje największe marzenie - mówi Cezary Trybański, pierwszy Polak w NBA, a dziś promotor koszykówki i trener młodzieży.

Podchodzi chłopiec i pyta: "chcę zagrać w NBA za kilka lat, co mam zrobić?" Jaka byłaby twoja rada?
Takich pytań sporo usłyszałem na campach "Szyjemy sport na miarę z Eneą". Prawda jest tyko jedna: ciężką pracą dążyć do spełnienia marzeń, nie poddawać się chwilom zwątpienia, których na pewno nie zabraknie. Sam wiem o tym doskonale, że nie jest to łatwa droga, ale każda przeszkoda może być dodatkową motywacją do pracy. W sporcie cieszymy się po zwycięstwach, ale uczymy się i wyciągamy wnioski po porażkach.

Trudno teraz dzieciaki zachęcić do sportu?
I tak, i nie. Otworzyłem własną akademię koszykówki pod Warszawą i mam już pewne doświadczenia w temacie. Uważam, że jeśli jest pomysł na ciekawe zajęcia, jeśli są odpowiedni ludzie, którzy je poprowadzą, to wtedy chętnych nie brakuje. Natomiast ostatni rok izolacji w domach z pewnością mocno odbił się na zdrowiu i formie fizycznej dzieci. Za mało było ruchu i to widać, także w mojej akademii.

Jesteś w pewnym sensie wyrzutem sumienia polskiego systemu szkolenia. Polska koszykówka nie bardzo miała na ciebie pomysł. Te doświadczenia teraz się przydają?
Mój przykład jest trochę specyficzny, bo do koszykówki trafiłem późno, w wieku 17 lat. Z drugiej strony, wtedy młodzież spędzała wolny czas dużo bardziej aktywnie. Wiele razy słyszałem, że jest za późno, żeby powinienem odpuścić sobie, a jak koniecznie chcę, to mogę sobie potrenować. Nie brakowało mi ambicji i nie dałem się zniechęcić. Po treningu szedłem na asfaltowe boisko pod blokiem i tam grałem. Czasami byłem przeganiany przez trenera, który wracając z treningu przechodził obok tego boiska. Mówił, że zniszczę sobie kolana i mam uciekać do domu, ja chowałem się na chwilę za blokiem i wracałem na boisko, gdy trener już sobie poszedł. Dlatego teraz powtarzam dzieciakom: nie dajcie sobie wmówić, że coś jest nie dla was i sobie nie poradzicie. Spróbujcie i przekonajcie się o tym sami, nie pozwólcie żeby ktoś za Was decydował i kierował waszym życiem.

Malutka Słowenia bije nas strasznie w kosza, niewiele większe Czechy jadą na igrzyska. Co jest z polskim szkoleniem nie tak?
Prostej recepty nie ma. Zauważyłem jednak, że w innych krajach dużo większą wagę przywiązuje się do treningu indywidualnego. Nie ma jednego trenera, który ma się znać na wszystkim, jeden człowiek jest od siłowni, drugi od taktyki kolejny od rzutu . W Stanach specjalizacja jest największa, tam specjalistę ma każda pozycja na parkiecie. Więcej wykorzystuje się doświadczenia byłych zawodników, którzy odnieśli sukces. W Polsce jest wielu zawodników z dużym doświadczeniem, choćby Maciej Zieliński, Andrzej Pluta czy Marcin Gortat, którzy mogliby wnieść wiedzę i doświadczenie. Nie ma dla nich takich systemowych propozycji, każdy z nas ewentualnie robi coś na własną rękę i często spotykamy się na wspólnych koszykarskich imprezach.

Podobno na pierwszą propozycję z NBA odpowiedziałeś "nie".
Tak było. To wynikało z niskiego poczucia własnej wartości, po kilku latach w polskich klubach nie wierzyłem, że mogę sięgnąć tak wysoko. Trudno jest wierzyć w siebie, jeśli ciągle się słyszało na treningach, że za późno zacząłem szkoda mojego czasu, lepiej jakbym sobie odpuścił. Obawiałem się, ale agent wysłał mnie do hotelu i kazał przemyśleć sprawę. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że spróbuję, a nawet jeśli się nie uda, to będę wiedział czego mi brakuje, nikt lepiej nie wskaże mi moich słabych stron, nad którymi muszę pracować. Trafiłem do Stanów i tam uczyłem się koszykówki od nowa. Co było najfajniejsze: robili to trenerzy, którzy specjalizowali się w pozycji środkowego i wiedzieli na ten temat wszystko.

Determinacja to słowo klucz w twojej karierze. W zasadzie o wszystko musiałeś walczyć sam.
Ciężka praca i odrobina szczęścia. W Pruszkowie nie było dla mnie wiele minut na parkiecie, potem jeden z wysokich zawodników złapał kontuzję, drugi został wyrzucony z zespołu. Przed play off awansowałem na zmiennika podstawowego centra i udało mi się zagrać kilka fajnych spotkań.

I wtedy postawiłeś postawić wszystko na jedną kartę.
Widziałem jak kluby traktują rodzimych graczy, a jak obcokrajowców i chciałem też być takim obcokrajowcem w innej lidze. Przejrzałem wizytówki agentów jakie miałem i postanowiłem zadzwonić do jednego z nich z zapytaniem czy może mi znaleźć klub w Europie ?. Kazał mi trenować, żebym utrzymał wysoka formę i był gotowym do wylotu na testy w Europie. Niestety w tamtych czasach nie było takiego dostępu do infrastruktury sportowej jak teraz, Wiedząc ,że nie mam gdzie się odpowiednio przygotować, agent zaproponował mi przylot do stanów i możliwość trenowania w odpowiednich warunkach. Tak to się zaczęło. Na miejscu zaczął regularnie zaglądać do hali jeden człowiek, potem dowiedziałem się, że był skautem z NBA.

I pojawiły się kolejne przeszkody: tuż przed treningiem dla klubów NBA złamałeś rękę, a PZKosz groził zawieszeniem za brak obecności na zgrupowaniu reprezentacji.
Udało się przesunąć trening dla klubów w NBA, ale wtedy faktycznie pojawiło się zainteresowanie z Warszawy. W PZKosz nikt nie wierzył w moją kontuzję i zagrożono mi, że jeśli nie pojawię się na zgrupowaniu, to zostanę zawieszony. Wysłałem dokumenty medyczne, a w końcu już nie oglądając się na nic postanowiłem zostać w USA. Zresztą i tak nie miałem pieniędzy na bilet. Gdybym nie podpisał wtedy kontraktu, to moja przygoda z koszykówką mogłaby się skończyć, gdyż groziło mi dwuletnie zawieszenie. Gdy zostałem zawodnikiem NBA, to tematu zawieszenia już nie było.

Jak wyglądał ten najważniejszy trening dla klubów NBA?
Zainteresowanie moją osobą rosło z dnia na dzień, ostatecznie jedenaście klubów przysłało swoich przedstawicieli do Cleveland. Każdy z trenerów czy skautów miał dla mnie jakieś własne ćwiczenia, który musiałem wykonać. Zaskoczyło ich moje przygotowania fizyczne, skoczność. Potem jedenaście drużyn zaprosiło mnie do siebie gdzie przechodziłem indywidualne testy pod okiem klubowych trenerów. Chyba nie było najgorzej, bo otrzymałem dziewięć propozycji.

Dlaczego wybrałeś Mempis Grizzlies?
Agent zaprosił mnie do biura, kontrakty były odwrócone białą kartą do góry, widziałem tylko nazwy drużyn. Po kolei analizowaliśmy każdą propozycję. Gdy doszliśmy do Memphis padło: młoda drużyna, szuka centra i mam szansę powalczyć o minuty na boisku, to mnie zainspirowało. Nie patrzyłem w ogóle na pieniądze, one nie były dla mnie ważne, bo spełniałem wtedy swoje największe marzenie. W Polsce ledwo wiązałem koniec z końcem, więc każda gaża w NBA była dla mnie czymś poza wyobraźnią. W Memphis nie było łatwo. Zająłem miejsce lubianego zawodnika i zespół dał mi to odczuć od pierwszych treningów.

Pierwsza wizyta w Memphis? To był przeskok w kilka tygodni z szatni z Pruszkowa do NBA.
Najpierw był obóz dla debiutantów. Tam już poprawiano moje błędy, uczono nowych manewrów, trenowali obok mnie m.in. Eddy Curry, Tyson Chandler. Na Rookie Orientation uczono nas także innych rzeczy: jak rozmawiać z mediami, jak inwestować pieniądze. Pierwsza wizyta w Memphis to był szok. Już hala college'u, w której trenowałem, była dużo lepsza od najlepszych obiektów w Polsce, a szatnia i infrastruktura Grizzlies to był zupełnie inny świat.

A w szatni najlepsi środkowi świata do podpatrywania.
W Memphis wprowadzał mnie w świat NBA Pau Gasol. Shane Battier to chyba najbardziej inteligentny koszykarz, jakiego spotkałem w życiu. Wiele mu zawdzięczam, bo musiałem uczyć się nie tylko koszykówki, ale także codziennego życia w USA. W Knicksach z kolei spotkałem legendarnego Dikembe Mutombo. Wcześniej oglądałem w telewizji, jak po blokach kiwał palcem "nie w moim domu", treningi z nim to było coś wyjątkowego.

A najlepszy rozgrywający?
Jason Williams z jego podaniami łokciem i tego typu zagraniami. Trzeba było mieć oczy dookoła głowy i ręce przygotowane na odbiór zaskakującego podania. Nie raz zdarzyło się na treningu, że ktoś został zaskoczony podaniem i oberwał piłką w głowę, jak się zagapił. W Phoenix i Nowym Jorku grałem z Pennym Hardawayem. To była ciekawa historia, bo jego plakat miałem w pokoju w Polsce. Śmiał się z tego i pytał: po co ci mój plakat, skoro codziennie widzimy się w szatni.

To nie była jednak wymarzona kariera: czego zabrakło, żeby mocniej zaistnieć w NBA?
Czy nie była wymarzona? Wielu zawodników oddało by wszystko, żeby móc zaliczyć choć jeden trening z drużyna NBA, w tej lidze próbują się znaleźć zawodnicy z całego świata. Mi się to udało, więc jest to jakiś sukces. Chciałbym w lidze zaistnieć na dłużej ale zabrakło zdecydowanie lepszego indywidualnego wyszkolenia, mentalności. Moja pewność siebie nie była na poziomie NBA, trudno było mi zwalczać kompleksy, które wywiozłem z Polski. Inna sprawa że NBA to wielki biznes i trzeba mieć także szczęście. W Phoenix grałem razem z Hardawayem i Marburym. Drużyna nie awansowała do play off, a dwa dni później dowiedzieliśmy się, że zostaliśmy wymienieni na innych graczy i nikt nas nie pytał o zdanie.

Na koniec wróćmy jeszcze do Polski. Komentowałeś ostatnio w TVP kwalifikacje olimpijskie koszykarzy. Klęski ze Słowenią i Litwą to sygnał, że formuła kadry Taylora się wyczerpała?
Trener Mike Taylor stracił w moich oczach już przed turniejem, gdy nie potrafił rozwiązać konfliktu z Adamem Waczyńskim, nie doprowadził do rozmowy Adama z prezesem. Nie rozumiem jak można było zrezygnować z tak świetnego zawodnika przed tak ważnymi meczami. Czy czas na nowego trenera? Nie wiem, ale myślę, że czas dać szansę kolejnym graczom. Weterani sami chcą ustąpić miejsca młodszym, wiedzą, że pewnego pułapu już nie przeskoczą. Dlatego żałuję, że w Kownie tak mało grał Kolenda, tak samo w turniejach podczas przygotowań do kwalifikacji olimpijskich, młodzi dostawali zbyt mało szans na pokazanie swoich umiejętności.

Materiał oryginalny: Pierwszy Polak w NBA: - Dzieciaki, nie dajcie sobie wmówić, że czegoś nie dacie rady - Gazeta Pomorska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie