Pijana robota u posła

Małgorzata Oberlan
Małgorzata Oberlan
Ewę Gierszewską zabił ćwierćtonowy balot słomy, zrzucony przez pijanego narzeczonego. - Nie mogłem zapobiec tej tragedii - mówi poseł Wojciech Mojzesowicz, w którego gospodarstwie oboje pracowali. Parlamentarzysta może jednak mieć kłopoty, bo jednego z robotników oficjalnie zatrudnił dopiero w dniu wypadku...

Ewę Gierszewską zabił ćwierćtonowy balot słomy, zrzucony przez pijanego narzeczonego. - Nie mogłem zapobiec tej tragedii - mówi poseł Wojciech Mojzesowicz, w którego gospodarstwie oboje pracowali. Parlamentarzysta może jednak mieć kłopoty, bo jednego z robotników oficjalnie zatrudnił dopiero w dniu wypadku...

- Czy przed bramą każdej fabryki stoi prezes z alkomatem? Czy właściciel firmy transportowej, której kierowca siada pijany za kółkiem tira, odpowiada za wypadek? - poseł pytaniami odpowiada na pytanie o to, czy kiedykolwiek kontrolował stan trzeźwości swoich pracowników.

Mówi, że sześcioma zatrudnionymi u niego osobami zajmuje się żona. Ale w niedzielę wieczorem z Krzysztofem K. i Zygmuntem M. jeszcze się widział. - Byli trzeźwi. W nocy sobie wypili. Co ja za to mogę?<!** reklama>

Wyszła na papierosa...

Gospodarstwo rolne posła w Bieskowie (gmina Koronowo) nie robi dobrego wrażenia. To były PGR, który PGR-em wciąż czuć. Poseł kupił je na własność. Sam mieszka w niedalekim Gogolinku. Jest sobota, 5 marca. - Wszyscy są na pogrzebie Ewy - mówi niepełnosprawny mężczyzna w kufajce, chodzący z taczką po obejściu.

Szary budyneczek mógł mieścić kiedyś coś w rodzaju biura PGR-u. Przynajmniej na dole. Pomieszczenia nie są zamknięte, więc swobodnie oglądamy PRL-owski skansenik. Na lewo - brudny pokój z brązową boazerią, fotelem o nieokreślonej barwie i ławą. Na niej aparat telefoniczny żywcem wyjęty z lat 70. Na ścianie - proporczyk. Tak brudny, że odczytać można tylko datę „1985 rok” i skrót „PGR”. Po prawej stronie korytarza - duże, puste pomieszczenie. Na podłodze leży nieświeży dywan w wiśniowo-czarne wzory. Na nim skłębione uprzęże i rzemienie. - Dzień dobry! Jest tu kto? - wołamy kilka razy. Żywej duszy...

„Nieupoważnionym wstęp wzbroniony” - tablica o takiej treści wisi na schodach, wiodących na piętro chlewni. Poseł polecił ją zainstalować po tragedii. To tu zginęła 37-letnia Ewa Gierszewska. W poniedziałek, 28 lutego, po godzinie 9. Ona oporządzała zwierzęta na dole. Oni, czyli Krzysztof K. i Zygmunt M.. (35 i 47 lat), byli u góry. Pijani zrzucali widłami na dół ćwierćtonowe baloty słomy. Gdy ona wyszła na papierosa, jeden z balotów uderzył prosto w nią. Zginęła na miejscu. Jak później ustalono, obaj mężczyźni mieli w wydychanym powietrzu po dwa promile alkoholu.

- To był jej narzeczony - podkreśla koleżanka Ewy, mieszkająca nieopodal w szarym parterowym domu. - Dobry narzeczony - dodaje. Chodzi o Krzysztofa.

Kiedyś trzeba wyluzować

Koleżanka ma łzy w oczach. - Przychodzą tu dziennikarze i pytają o posła. A tu o Ewę przecież chodzi - mówi. - Ewa to był złoty człowiek. Dobry, serdeczny. Moje dzieci również to silnie przeżywają, bo były z nią związane. Własnych nie miała. Kochała też bardzo zwierzęta, miała do nich rękę. A z Krzysztofem, cóż, byli razem już kilkanaście lat. Był dla niej dobry.

Krzysztof pochodzi z Witoldowa, wsi oddalonej o kilka kilometrów. Tu też o niczym innym się nie mówi, jak o tym wypadku. Pan Piotr, stojący za ladą w spożywczaku, nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego pracę w gospodarstwie zaczyna się o poranku na solidnym rauszu. - Się pije na wsi... często - przyznaje. - Ludzie mówią, że oni akurat (Krzysztof i Zygmunt) codziennie naprawdę ciężko pracowali. Tyle zwierząt w chlewni, a ich tylko dwóch chłopa. Robili od rana do wieczora. Kiedyś trzeba odpocząć, wyluzować. To może tylko w niedzielę w nocy mieli czas?

Pytanie wisi w powietrzu. Klienci sklepu tego akurat wątku nie chcą kontynuować. Za to potwierdzają, że Ewa i Krzysztof byli dobrą parą. Strach pomyśleć, jak on teraz będzie żyć.

- Tyle lat razem - wzdycha kobieta w wełnianym berecie. - A o tym alkoholu to co tu się rozwodzić? No, piją ludziska, że aż strach. Mężczyźni głównie, wiadomo. A takiego bez żony to kto ma upilnować?

Immunitet jak parasol

Zaraz po tragedii do gospodarstwa Wojciecha Mojzesowicza wkraczają kontrolerzy z Państwowej Inspekcji Pracy. Ustalają, że w tragiczny poniedziałek troje pracowników chlewni robiło to, co zawsze. Kobieta wymieniała ściółkę, mężczyźni zrzucali słomę. Zwykle baloty ważą około 200 kilogramów. Te były cięższe przynajmniej o 50, bo nasiąkły wodą, która zamarzła. Z prawdopodobieństwem bliskim stu procent można powiedzieć, że zrzucając ładunek na Ewę jej koledzy nie spodziewali się, że może być na dole.

Ze wstępnych ustaleń wynika, że pracownicy posła zatrudnieni byli legalnie, mieli opłacany ZUS, przeszli też szkolenie BHP. - Nie mieli jednak badań lekarskich. W gospodarstwie brakowało też oceny ryzyka zawodowego (konieczne dla każdego stanowiska w każdym zakładzie) oraz ewidencji czasu pracy. Nie wiadomo zatem, w jakich godzinach i po ile godzin na dobę pracowali tu robotnicy - mówi Katarzyna Pietraszak, rzeczniczka Okręgowego Inspektoratu Pracy w Bydgoszczy. - Inspektor wydał pracodawcy nakaz zaprzestania pracy w takich warunkach. Sam poseł zgłosił nam natomiast, że transport słomy w jego gospodarstwie odbywać się będzie wyłącznie na „poziomie zero”. To znaczy, że baloty nie będą zrzucane z piętra na dół.

Stwierdzone w Bieskowie nieprawidłowości, szczególnie w kontekście śmiertelnego wypadku przy pracy, uprawniają PIP do wszczęcia wobec pracodawcy postępowania mandatowego. Zwykły śmiertelnik zapłaciłby karę. Wojciecha Mojzesowicza chroni jednak immunitet poselski, więc ani postępowania, ani mandatu nie będzie.

Harowali? Nieprawda!

5 marca, wieś Przyłęki niedaleko Bydgoszczy. Stąd pochodziła Ewa. W małym kościółku tłum. Na pogrzeb przyjechał też poseł Wojciech Mojzesowicz z żoną. Później wyjaśni mi, że to ich osobista tragedia, bo Ewa była z nimi od dziesięciu lat. - Traktowaliśmy ją jak córkę - doda żona.

7 marca rozmawiamy o ustaleniach inspekcji pracy. Badania lekarskie? - Okresowych faktycznie nie było, ale oni wszyscy chodzili do lekarza. Krzysztof stawał przed komisją ZUS, bo był po operacji na kręgosłup. Komisja uznała, że jest zdolny do pracy. Oczywiście, my powinniśmy wysłać go na badania, ale uznaliśmy, że to wystarczy. Świętej pamięci Ewunia też była u lekarza. Ostatnio chyba z jakimś uczuleniem. Ale nie poszła na chorobowe. Uznaliśmy, że skoro lekarz nie dał jej zwolnienia i chodzi do pracy, to jest do niej zdolna - tłumaczy Wojciech Mojzesowicz. Trudno uwierzyć, że parlamentarzysta nie rozumie, czym są okresowe badania lekarskie.

Ewidencja czasu pracy? - Pracowali zgodnie z normą. Nieprawdą jest, że w gospodarstwie pracowały trzy osoby i że to było za mało. To bzdury! - podkreśla poseł. - W samej chlewni pracowały dwie osoby i uczeń na pół etatu. Było o wiele więcej pracowników niż potrzeba. Trzy osoby w chlewni, w której jest 800 sztuk trzody, wystarczą, by wszystko zrobić dobrze, spokojnie i w terminie. Oni przeciętnie robili po sześć godzin dziennie.

Fachowiec może wyliczyć, jak długo pracowały trzy osoby przy 800 świniach i że nie przekraczały norm czasu pracy. Tyle że zabrakło wyliczeń na papierze...

Alkohol? - Wie pani, oni w pracy nie pili - zaznacza Mojzesowicz. - Był zakaz, wiedzieli o tym. Przy mnie nigdy nie pili. Wie pani, mnie jest żal, mnie jest smutno. To wewnętrzna tragedia. I tyle. Przepraszam, ale nie mogę dalej rozmawiać. Jakoś musimy przez to z żoną i dziećmi przejść...

Czy ktoś w ogóle zawinił?

Śledztwo w sprawie tragicznej śmierci Ewy Gierszewskiej prowadzi Prokuratura Rejonowa Bydgoszcz Północ. - Potwierdzam, że obaj mężczyźni mieli w wydychanym powietrzu ponad dwa promile alkoholu - mówi Janusz Kaczmarek, zastępca szefa tej jednostki. - Obu postawiliśmy zarzuty nieumyślnego spowodowania śmierci (artykuł 155 Kodeksu karnego; czyn zagrożony karą więzienia od 3 miesięcy do 5 lat - red.).

Ewentualna odpowiedzialność pracodawcy? - Tym wątkiem na razie się nie zajmowaliśmy, ale możliwe, że będziemy badać. Jeśli już, to w kierunku artykułu 220 Kodeksu karnego - dodaje prokurator. - Jeśli już, bo, po pierwsze, odpowiedzieć trzeba na pytanie, czy w ogóle ktoś tutaj zawinił.

Art. 220 mówi, że: „kto będąc odpowiedzialnym za bezpieczeństwo i higienę pracy, nie dopełnia wynikającego stąd obowiązku i przez to naraża pracownika na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.”

Jeśli działa nieumyślnie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Czy brak oceny ryzyka zawodowego robotników, nieewidencjonowanie ich czasu pracy oraz brak badań lekarskich, to zaniedbania narażające kogokolwiek na poważne niebezpieczeństwo? Śledczy zapewniają, że przebieg i wynik postępowania Państwowej Inspekcji Pracy będą dla nich istotne. Tyle że wiadomo już, iż owo postępowanie nie skończy się nawet mandatem.

Pracował na czarno?

Na koniec - niespodzianka. Okazuje się, że Zygmunt M. umowę o pracę podpisał... w dniu tragedii. Dokument ma datę wcześniejszą, bo 21 lutego, ale podpis mężczyzna złożył tydzień później. Do ZUS państwo Mojzesowiczowie zgłosili pracownika dopiero 3 marca. Z boku wygląda to tak, jakby mężczyzna pracował w gospodarstwie na czarno, a dopiero wypadek i kontrola PIP zmobilizowała pracodawcę do uregulowania kwestii zatrudnienia i ubezpieczenia.

Dzwonię do posła jeszcze raz. Jest zaskoczony pytaniami. - Żona zgłasza pracowników, nie ja - powtarza. Po chwili jednak rozwija temat. - Tak, ten mężczyzna dopiero zaczynał u nas pracę. Rzeczywiście, szkolenie BHP miał dopiero przejść. Ale zaczynając pracę został poinformowany o zagrożeniach - mówi Mojzesowicz. - Znał się na robocie, bo od dziecka pracował w rolnictwie. To taki tragiczny zbieg okoliczności, że na początek jego pracy doszło do śmiertelnego wypadku.

Poseł tłumaczy szeroko, dlaczego pracownik w ZUS został zgłoszony dopiero 3 marca. 28 lutego zginęła Ewa, więc nikt nie miał głowy do papierów. - Potem ja byłem przesłuchiwany. W końcu zgłosiła żona. ZUS w Koronowie jest czynny tylko w poniedziałki i piątki, dlatego minęło trochę czasu - wyjaśnia.

3 marca był czwartek.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie