Planeta Workuta zaprasza

Jacek Kiełpiński
Dziewięciu ludzi, trzy samochody, jeden cel. Oswoić ponurą legendę miasta, którego brakuje na mapach Europy. Dotrzeć tam, choć nie widzą takiej możliwości sami mieszkańcy, na kołach. Przez zamarzniętą tundrę.

Dziewięciu ludzi, trzy samochody, jeden cel. Oswoić ponurą legendę miasta, którego brakuje na mapach Europy. Dotrzeć tam, choć nie widzą takiej możliwości sami mieszkańcy, na kołach. Przez zamarzniętą tundrę.

Mówią o niej: miasto przeklęte. Miasto diabła. Zbudowane dosłownie na kościach, bo resztki cmentarzy do dziś znaleźć można między blokami. Analizując jej plan dostrzega się kształt czaszki. Ponure miejsce za kręgiem polarnym. Workuta to nie Baden-Baden.

Zostawmy tam jakiś ślad

Łagiernicy, którzy trafili tam w latach 40. XX wieku w bydlęcych wagonach, zawsze potem powtarzali, że Workuta jest jak inna planeta. Dodawali też żarcik o srogiej zimie, która tam trzyma zaledwie... przez osiem miesięcy.

<!** reklama>- Gdy po dziesięciu latach łagrów zostałem uwolniony, mogłem tam zostać, pracować i nieźle zarabiać - przyznaje Michał Tatarzycki, mieszkaniec Torunia, którego wspomnienia zainspirowały nas do dalekiej podróży na północnywschód. - Ale to miejsce nie dla mnie. Nie ten klimat. Uciekłem pierwszym pociągiem do Polski. Tym razem błogosławiłem te tory. Dziesięć lat wcześniej jechałem nimi przerażony. Wiele dni.

Dziś pociąg z Petersburga do Workuty jedzie dwie doby. Doświadczyliśmy tego dwa lata temu z Radkiem Rzeszotkiem. Współpasażerowie uświadomili nam, że jedziemy po cmentarzu.

- Kluczem do zagłębia węglowego Workuty jest ta najdłuższa na świecie zbudowana przez niewolników linia kolejowa - podkreślali. - Z boku widzicie ślady po łagrach, ale brakuje cmentarzy. Uznano, że szkielety skutecznie wzmacniają nasyp. Wasi też tu padali.

Coś nas tknęło. Pojedźmy tam jeszcze raz. Ale inaczej. Sami się zawieźmy. Zostawmy też jakiś ślad. Może tablicę? Bo pamięć zanika.

Pierwotnie miały jechać dwie potężne ciężarówki MAN Kat-1 i pojazd gąsienicowy, którym można by spróbować dojechać do ujścia rzeki Bajdaraty do Morza Karskiego. Chcieliśmy dotrzeć do znajdującego się około 200 kilometrów za Workutą, już za pasmem Uralu Polarnego, wschodniego skraju Europy. Niestety, ten specjalistyczny sprzęt się posypał.

Nasz zapał nie.

Kompletowanie kolejnych załóg. Wreszcie mamy ekipę i trzy samochody - dwa nissany patrole i land rovera discovery. Nikt jednak nie zaręczy, że auta te, choć wzmocnione, wytrzymają. Nikt nie potrafi też wskazać, gdzie na trasie będziemy spać, ani nawet którędy pojedziemy, bo za Uchtą kończą się drogi. Nawet atlas samochodowy Rosji nie ma już wiele do pokazania.

W ostatniej chwili wycofuje się litewski dziennikarz telewizyjny, który zdążył nagrać wspomnienia litewskich więźniów Workuty, przygotowując się do poważnego reportażu osnutego wokół wyprawy. To też nie zmienia naszych planów. Machina ruszyła. Teraz już nie możemy się wycofać.

Na szczęście rozumieją to uczestnicy: Maciej „Vampir” Domański, Łukasz Dyrak, Piotr „Pała” Pałczyński, Filip Kowalkowski, Paweł Dyllus, Rafał „Birus” Panecki i profesor Marek Grześ. Z niektórymi z nich poznajemy się dopiero w drodze. Wiedzą, że biorą udział w wielowątkowym przedsięwzięciu, będącym połączeniem wyprawy offroadowej, misji o zabarwieniu historycznym, z równoczesną pracą nad dwoma filmami robionymi we współpracy z Fundacją Tumult, organizatorem festiwalu Plus Camerimage. A wszystko w zimowych warunkach polowych, bez jakiegokolwiek zaplecza. Ale oni lubią przygodę. I nie boją się.

Płaćcie, ile uważacie

Gorzej z samochodami. Awarie opóźniają podróż. Skąd wziąć na skraju Republiki Komi olej do automatycznej skrzyni biegów nissana? Bo pękł wąż i całość chlusnęła w śnieg. Jak to naprawić na środku drogi w czasie śnieżycy? Okazuje się, że można. Byle się nie poddać.

Nawet wtedy, gdy spełnia się czarny sen offroadowca i wszystkie auta zakopują się głęboko w śniegu. Łaska boska, szczęście? Na horyzoncie majaczy czerwony punkt. Terenowy kraz cysterna wyrywa nas z opresji.

Tu obowiązuje prawo zimnika, czyli sezonowej drogi po zamarzniętym dziś, a latem podmokłym i niedostępnym, terenie. Proste prawo: wszyscy sobie pomagamy, bo inaczej nie przeżyje nikt. Na bezdrożach za Uchtą szczęśliwych zbiegów okoliczności zdarzyło się wiele. Jednak źródeł optymizmu brakowało.

- Do Inty dojechaliście jakoś. Podziwiam, podziwiam. Ale dalej nie macie szans. Żadnych! - przekonywał tym razem Sasza Małkow, który próbował spawarką wzmacniać popękany bagażnik land rovera. - Zimniki puszczają, gejzery się uaktywniły, zatopicie auta.

Tę śpiewkę słyszeliśmy co przystanek od Wołogdy: Jedziecie zbyt późno, zimniki płyną, purgi (totalne śnieżyce) nadciągają. Mogiła.

Na wielu odcinkach korzystamy z rozjeżdżonego ciężkim sprzętem zimnika przy budowanej właśnie nowej nitce gazociągu jamalskiego. Czasami trzeba od niego uciekać w lasotundrę, ale do ludzi zawsze ciągnie. Tankujemy auta wprost z wielkich maszyn, kładących zespawane odcinki rurociągu.

- Płaćcie, ile uważacie - proponują spawacze „trubki Putina”. Radość większą od pieniędzy sprawia im oczywiście wódka przywieziona tu z Polski jako uniwersalny środek płatniczy.

Na górę za Abiez nie wjadą żadne terenówki. Łukasz musi się wycofać spod szczytu. Ryzykowny manewr, grozi wywrotką. Tu rządzi spychacz. Na grubej linie wciąga nawet ciężarówki, więc nasze trzy wątłe samochodziki bierze na raz połączone taśmami.

Na ostatnim odcinku noc łapie nas w środku lodowej pustyni. Tu już nikt nam nie pomoże. Absolutny brak życia. Mimo że jedziemy niezwykle uważnie, znowu śnieg wygrywa. Szybka, przerabiana wielokrotnie akcja: lina, odpowiednie ustawienie samochodu ratowniczego i umiejętne szarpnięcie. Zero komentarzy. Byle to się nie powtarzało. Choć jest prawie 20 stopni mrozu, mijamy głębokie kałuże. Efekt działania osławionych gejzerów? Jedziemy w grobowej ciszy.

- Ta łuna na horyzoncie... To Workuta? - wyrywa się komuś przez CB-radio.

Patrzymy zaczarowani. Cel podróży, po jedenastu dniach, leży wprost przed nami.

Od dziś wierzę w cuda!

Takiego powitania nikt się spodziewał. Goście hotelu „Workuta” zaciągają nas do baru. Jest szampan, wódka i tort. Nasze samochody są jak magnesy. Najbardziej przyciągają tablice rejestracyjne, które workucianie czyszczą zawzięcie i robią sobie przy nich zdjęcia.

Czujemy się jak kosmonauci. Właśnie wylądowaliśmy na obcej planecie.

- Czy mogę was dotknąć? - takie pytania powtarzają się wielokrotnie.

- Mieszkam tu od lat 70. i nigdy bym nie uwierzył, że można dojechać samochodem... - promienieje Aleksandr Kałmykow, działacz lokalnego oddziału stowarzyszenia „Memoriał”. - Przecież samochody dowozi się koleją...

Najbardziej wzruszający moment? Gdy jedna z opiekunek w workuckim domu dziecka zanosi się łzami widząc wygniecione i wymęczone długą drogą w zapchanych po dachy autach, paczki darów od toruńskiej Fundacji Światło. - Wy nam przypominacie, że my też mieszkamy w Europie... To takie... piękne!

Albo, gdy psalmista z workuckiej cerkwi - Władimir Izofatow - zaczyna się żegnać, składać ręce do modlitwy i całować przywiezioną przez nas maleńką, ręcznie pisaną książeczkę. Zapewnia, że dla niego ten modlitewnik, którego podczas dwunastoletniego pobytu w tutejszych łagrach używał dziadek stojącego obok profesora Marka Grzesia, to relikwia. - Święta, święta rzecz!

Historii tyle, że trudno wybrać. Choćby Paweł Zacharow, maszynista często przekraczający Ural, który recytuje udatnie Jesienina zawodząc i tarzając się po ziemi, o naszej wyprawie mówi patrząc głęboko w oczy: - Od dziś wierzę, że cuda się zdarzają.

Był nieprawdopodobnie przejęty tym, że nam się chciało i udało dotrzeć aż tu, za krąg polarny, gdzie jeszcze nigdy nie było samochodu z tamtej dalekiej, zachodniej, „tej waszej” Europy. Wpadł w ekstatyczny stan dzielenia się wszystkim: rozdał nam swetry i skarpety z sierści psa husky, jakie nabył w Łabytnangi, mieście już w sąsiedniej Azji. Chciał oddać nawet pieniądze, dwadzieścia tysięcy rubli, czyli dwa tysiące złotych - wszystko dla przyjaźni rosyjsko-polskiej.

Władze Workuty przywiezioną przez nas tablicę upamiętniającą budowniczych linii kolejowej obiecały umieścić na pomniku, który ma stanąć w najbliższym czasie. Tekst wymyśliliśmy prosty: „Łagierników, budowniczych drogi żelaznej do Workuty, pamiętamy”. To samo po litewsku i rosyjsku. A na dole podpis: „Toruń-Workuta 2011”.

- Jesteście tu ambasadorami Polski - orzekł wicemer Aleksiej Michajłowicz Czernyszew żywo zainteresowany „gubernią” kujawsko-pomorską i samym Toruniem, skąd przywiało mu gości.

To także moje miasto...

Okrzyknięto nas „ekstremalnymi podróżnikami” (putieszestwienniki ekstremały), którzy zrobili coś niezwykłego. W tym tonie pisały portale internetowe i tak mówiono o nas w rosyjskiej telewizji. Ludzie zatrzymywali nasze auta na ulicach. Chyba nikt z nas nie odebrał nigdy wcześniej tylu gratulacji od zupełnie nieznanych ludzi, których niezmiernie ucieszyliśmy samym swoim pojawieniem się.

Nasza próba oswajania Workuty to przypominanie o jej historii, a zarazem europejskości. Workucianie liczą, że kiedyś - może po śladzie naszej ekspedycji - dotrze tam droga i pojawią się kolejne auta z egzotycznymi numerami rejestracyjnymi. Zapraszają wszystkich, którzy chcą poznać zapomniany wschodni kres kontynentu i miasto stworzone z łagrów, dzielnie dziś walczące z poważnymi problemami gospodarczymi i wyludnieniem. Niektórzy mówią wprost: Przypominając światu o nas, pomożecie nam.

- My, więźniowie wielu narodowości, budowaliśmy Workutę. Więc to także moje miasto - przyznaje Michał Tatarzycki. - Szkoda, żeby ta praca poszła na marne. To byłoby najgorsze.

Warto wiedzieć

Węgiel i łagry

Początki Workuty związane są z odkryciem w latach 30. XX wieku złóż wysokokalorycznego węgla nad brzegiem rzeki o tej samej nazwie. Tam, w późniejszej dzielnicy Rudnik, powstała pierwsza kopalnia. Dziś Rudnik jest opuszczony i straszy ruinami. Podobnie wygląda wiele mniejszych miast Kręgu Workuty powstałych na bazie dawnych łagrów.

Wyprawa Toruń-Workuta 2011 była pierwszym w historii udokumentowanym przejazdem z centrum Europy na jej wschodni, niedostępny skraj. Trwała 23 dni. Jej patronem i współorganizatorem był marszałek województwa kujawsko-pomorskiego. Wsparcia udzieliła Fundacja Tumult. Wśród sponsorów znaleźli się: Urząd Miasta Torunia, Nestle, Marbud, Gmina Obrowo, Optometria Karczewski. Patronatem objęła Senacka Komisja Spraw Łączności z Polakami za Granicą, Ministerstwo Spraw Zagranicznych Litwy i rektor UMK w Toruniu.

 

Zobacz galerię: Planeta Workuta zaprasza

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

???
???
s
stary
podróżników w drodze do Workuty! Wspaniałe osiągnięcie dla wsparcia przyjaźni Polsko - Workuckiej. Zrobiliście wspaniałą rzecz! Gratuluję odwagi i szczęścia oraz tego coś czego nie da się określić słowami. Wspaniały gest i hart dla udowodnienia możliwości ludzkiej.
Jestem pod ogromnym wrażeniem Waszego wyczynu. Pozdrawiam i życzę powodzenia w kolejnych wyprawach.
Dodaj ogłoszenie