Premiera Amazon Prime Video: “Bliss” – czyli najgorszy matrix jest w naszych głowach

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Fot. Amazon Prime Video
Są takie momenty w życiu, w których nikt z nas nie chciałby się znaleźć. Bo któż chciałby zdać sobie sprawę, że fajnie to już było? I że wszystko, co mogliśmy zepsuć w swoim życiu jedynym i niepowtarzalnym, zepsuliśmy perfekcyjnie?

Główny heros filmu „Bliss”, Greg, gdy go poznajemy jest właśnie w takim momencie. Rozstał się z żoną, mieszka w tanim motelu, zajada się lekomańsko pigułami na wyimaginowane choróbska i pracuje jako średni menago w ogłupiający call-center. Choć właściwie to już raczej nie pracuje, bo permanentnie się zawiesza. Zamiast odbierać telefony klientów, rysuje obsesyjnie jakieś idylliczne miasteczko, dom, kobietę, które siedzą mu w głowie. I właściwie, poza córką, nie ma na kogo liczyć, bo inni - włącznie z synem, któremu kiedyś poświęcał każdą chwilę - najchętniej by o nim zapomnieli. W końcu kto chciałby mieć obok siebie faceta, który ewidentnie się stacza? Wydaje się , że Grega zaczyna pożerać głęboka depresja. A może to schizofrenia, która spowodowała problemy? I wkrótce zaczyna być naprawdę źle, a my zaczynamy rozgryzać, co na ekranie jest rzeczywiste, a co niekoniecznie.

Bo „Bliss” – premiera tygodnia, tym razem z serwisu Amazon Prime Video - to taka łupinka do rozgryzania. Łamigłówka, którą można czytać na różne sposoby, bo pewnie każdy z widzów będzie sądził, że ogląda coś zupełnie innego. Ja zasiadłem do niej przekonany zapowiedziami różnych mądrali, że obejrzę dramat science-fiction o światach równoległych, z których jeden istnieje naprawdę, a drugi to komputerowa symulacja. I właściwie można by tak tę opowieść potraktować. Nasz Greg spotyka panią Isabel, która go sumiennie przekonuje, że choć w dotychczasowym świecie są parą bezdomnych, ganiających za kryształkami-pigułami, to w tym świecie niby prawdziwym – w którym w pewnym momencie lądują – są parą naukowców, wiodących żywot w idyllicznej rzeczywistości z obrazka Grega.

Cóż, tylko jeśli przyjmiemy taką interpretację, to obejrzymy chudego, nudnawego i wtórnego „Matriksa”, czyli przypowieść o tym, jak wpłynęłaby na nas wiedza, że w różnych światach nasz los mógł się potoczyć różnie. I dociekanie, czy to, co mamy przed oczami, to real czy tylko to, co nam się realem wydaje. Ja uczepiłbym się jednak tej bardziej zwyczajnej interpretacji filmu. Bo Greg rozpada się w znacznie bardziej upiornym Matriksie własnej głowy, w chorobie, która serwuje mu balladę o tym, co stracił. A dla nas to też smutna lekcja o tym, że życiowe szczęście, które przyjmujemy za oczywistą oczywistość, może zniknąć w jednej chwili.

Smaczna jest w tym filmie obsada. Gregiem jest Owen Wilson, lata całe uroczy blondasek z hollywoodzkich komedii. Jego gra zawsze wydawała mi się manieryczna, ale w „Bliss” sprawdza się to znakomicie. Salma Hayek poszła za to na ostro, kreując kilka postaci w jednej. I też wygrała. Cóż, jedno można o „Bliss” powiedzieć na finiszu . To nie jest lekkostrawne kino do pooglądania przy kolacji.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie