Premiera Cineman, Canal+, Rakuten, Player: “Mauretańczyk” – czyli prawo do bezprawia

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Kultura pop nauczyła nas jednego. Że amerykański system sprawiedliwości może i popełnia błędy, ale ma tę cudowną moc samouleczania. Bo w końcu zawsze trafi się jakiś zawzięty adwokat, albo ten przysięgły, co to ma odwagę wystąpić przeciw wszystkim. Problem w tym, że czasami ten system zawodzi i to w warunkach zwyczajnych i nudnych. A co wtedy, kiedy trafią nam się warunki ekstremalne? Kiedy szybko przymykamy oczy, bo tak bardzo chcemy, żeby ktokolwiek zapłacił za wyrządzone nam zło? Tak jak po 11 września?

„Mauretańczyk” to jedna z ciekawszych premier ostatniego czasu, choć tym razem pokazują ją nie największe platformy, a te mniej ukochanych przez Polaków: Cineman, Canal+, Player czy Rakuten. Film oparty jest na głośnych „Dziennikach z Guantanamo”, aż kipi więc od kontrowersji – dotyka przecież kwestii obrony praw podstawowych więźniów, oskarżanych o to, że jakichkolwiek praw pozbawili swoje ofiary. I akurat z tego dylematu film wybrnął mistrzowsko. Choć i paru minusików się nie ustrzegł.

Tak więc poznajemy sympatycznego młodzianka, pana Slahiego, na rodzinnej imprezie w Mauretanii. Mężczyzna na co dzień mieszka w Niemczech, dokąd wyjechał jako zdolne dziecię. Kiedy przyjeżdża miejscowa policja nic nie zapowiada dramatu. Nasz bohater na długie lata znika jednak w „czarnej dziurze” Guantanamo. Izolowany, torturowany, trzymany bez postawienia zarzutów, przyznaje się do czego tylko może. W końcu jego sprawą zaczyna się zajmować pro bono amerykańska prawniczka.

Największy plus tego filmu to oczywiście sama opowieść. Ale twórcom „Mauretańczyka” udało się też oddzielić kwestię dramatu terroryzmu od praw jednostki w starciu z systemem. Nie wiemy bowiem tak naprawdę, czy Slahi jest winny – zbiegów okoliczności w jego życiu było rzeczywiście jakoś sporo. Ale wiemy, że na pewno jest ofiarą czegoś w rodzaju szaleństwa - całkiem zrozumiałego - jakie zapanowało w USA po 11 września. Szaleństwa, pozwalającego wyzwolić wszelkie demony, tkwiące i w systemie, w i ludziach -zgodę na „specjalne procedury” i szukanie sprawiedliwości metodami zupełnie niesprawiedliwymi. Dramat polega przecież na tym, że wszyscy chcą tu dobrze, a efekt jest upiorny.

Efektowna jest na pewno realizacja – oscarowy reżyser Kevin Macdonald wie, kiedy spowalniać narrację, żeby oddać kafkowską paranoję Guantanamo, a kiedy przyspieszać, jak w scenach tortur. Kapitalny jest Tahar Rahim w głównej roli. Przekonuje nas do swojego bohatera, choć tak naprawdę nigdy go do końca nie poznajemy. W każdym razie przykrywa i Jodie Foster, i Benedicta Cumberbatcha. Mankamentów jest niewiele, trochę drażni słabe rozrysowanie innych bohaterów dramatu.

A najmocniejsze w tym filmie jest jednak zakończenie. Śledzimy dalsze losy prawdziwych bohaterów i czytamy suche dane. Na 779 więźniów z Guantanamo skazanych zostało 8. I z tego jeszcze 3 skutecznie się odwołało. Z której strony więc by nie patrzeć, to system sprawiedliwości tu przegrał.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie