Premiera tygodnia: "Diuna" - czyli jak zderzyć się ze ścianą i wygrać (recenzja)

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Udostępnij:
Ludzie, których od małego szprycuje się przeświadczeniem, że stworzeni są do rzeczy wielkich, życie mają stresujące. I potykają się często, a nawet częściej, bo presja im nóżki podkłada. Główny heros „Diuny”, Paul Atryda - chłopię piękne i wrażliwe – szprycowany jest odpowiedzialnością od kołyski. I w sferze politycznej, i mistycznej, a do tego w skali makro, bo galaktycznej. A my śledzimy przemianę jego ducha i to, jak udaje mu się nie potknąć.... Nie potknąć udaje się też twórcom „Diuny” – megawidowiska z serii tych, którymi Hollywood udowadnia reszcie świata, jaka jest między nimi różnica. Bo po seansie nawet ktoś, kto science fiction nie trawi, zdejmie czapę z głowy.

Recenzja filmu Diuna. Czy warto iść do kina?

A potknięciu nikt by się tu specjalnie nie dziwował, bo na „Diunie” potykali się najwięksi. Pan reżyser Denis Villeneuve udowodnił jednak, że można zderzyć się ze ścianą i wygrać, a nawet zbudować zamek na piasku, jak się ma pomysł. Bo co pan Denis zrobił? Tak wypreparował intrygę, że uniwersum świata „Diuny” stało się czytelne. Nie przegiął z mistycyzmem, co paru mistrzów sprowadziło już na granice groteski. Zmajstrował „Diunę” jak poważny dramat, a nie niby-dramat naszpikowany żarcikami, uniknął więc infantylizmu. No i wreszcie formalnie – zwłaszcza wizualnie – zrobił ten film tak, że pialibyśmy z zachwytu nad „Diuną” nawet wtedy, gdyby cała reszta wyszła średnio.

Tak więc mamy przyszłość, której wizja daleka jest od tego techniczno-wojackiego imaginarium, jakie zwykle dostajemy. Wszechświatem rządzi pan imperator, który właśnie zabiera koncesję na eksploatację najcenniejszej substancji kosmosu rodowi bezwzględnych imperialistów i daje ją rodowi bardzo szlachetnemu. Oczywiście to polityczna pułapka, ale nasi honorowi Atrydzi nie mogą odmówić. Ruszają na piaszczystą do bólu planetę – Arrakis - żeby dalej doić ją z substancji, ale i rozwiązać parę problemów. Dziedzic rodu dla miejscowych jest jednak kimś więcej niż tylko dostojnikiem. To ktoś w rodzaju galaktycznego mesjasza.

Polecamy

W „Diunę” włożono sporo różnych motywów. Jest tu i kolonializm naszej ery – czasów wojny o ropę blisko morza, jak śpiewał klasyk. Jest żyłowanie ekologiczne planety aż do samozagłady. Jest mistyka wiary w wybrańca… Villeneuve to wszystko tylko nienachalnie szkicuje – ale robi to na tyle wyraziście, że się nie gubimy - koncentrując się raczej na przemianie głównego bohatera, zaplątanego w dylematy z najwyższej półki. To wszystko nie przeszkadza nam na szczęście w poddaniu się plastycznej stronie filmu. Smakowitej, bo trudno się do czegoś przyczepić, no, może tylko trochę za bardzo gra się tu ciepłymi i zimnymi kolorami przy opowiadaniu o emocjach i postaciach… Mamy za to sporo odwagi w zmienianiu tempa chociażby, a piękne, kontemplacyjne ujęcia w takim megawidowisku to jednak rzadka rzadkość.

Cóż, pan Villeneuve - twórca mrocznie nerwowego „Sicario” czy kontynuacji „Blade Runnera” - przyjedzie wkrótce do Torunia na EnergaCameriamge odebrać laur wybitny. Po „Diunie” jasne jest, że to festiwal jakby stworzony dla niego.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie