Premiera w kinach: "Żużel", czyli powinni tego zabronić [recenzja]

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Żużla powinni zakazać. Przynajmniej po filmie pani Kędzierzawskiej, w której żużel nasz kochany to igrzyska upiorne, dla prostaczków kończące się kalectwem, śmiercią – na torze albo samobójczą - a w najlepszym razie zaawansowanym alkoholizmem. Tyle, że „Żużel” to tak naprawdę nie jest opowieść o żużlu. To przypowieść o kosztach, jakie niesie podjęcie życiowego wyzwanie, z żużlem w tle. Przypowieść udana średnio, bo zaskakująco nierówna.

W sezonie plażowym „Żużel” to w każdym razie jedna z wyczekiwanych premier. Bo i reżyserka markowa, i operator - Arthur Reinhart - magiczny, i tematyka dziwnie nieograna, bo ostatnim filmem częściowo tylko o żużlu była chyba „Motodrama” sprzed pół wieku. I owszem, z jednej strony jest tu katalog tego, co na żużlowca młodego może czyhać, choć raczej jeśli chodzi o zagadki psyche, a nie o sport. Z drugiej strony to przede wszystkim ballada o kosztach drogi na szczyt, kiedy wychodzi się z zupełnego dołu. O samotności, ryzyku, cenie, którą się płaci, a której nie sposób było przewidzieć. Żużel robi tu po prostu za środowisko z maksymalnie nakręconą konkurencją, skrajnymi emocjami własnymi i koniecznością radzenia sobie z emocjami bliźnich. Cała ta opowieść spokojnie więc mogłaby się toczyć w innym świecie, byle tylko równie przeciążeniowym psychicznie.

Tak więc mamy tu lokalną gwiazdę klubu żużlowego, która staje się coraz mniej lokalna. Lowa pochodzi ze środowiska mocno trudnego, ale siłą charakteru własnego nie ulega roszczeniowcom, patologiom i pokusom zachłyśnięcia się sukcesem nagłym. Zaczyna romans z panną sympatyczną, ale i coraz głębiej grzęźnie w trudnych emocjach żużlowej kariery.

Może najpierw filmu plusy dodatnie. Przede wszystkim strona wizualna – i nie chodzi mi tu o zdjęcia stricte żużlowe, ale o reinhartowskie kadry, które pięknie oddają uczucia i nastroje. Ciekawy jest też pomysł zawieszenia tej przypowieści poza miejscem i czasem, bo trudno nam określić choćby lata, w których toczy się akcja, choć ostatecznie farmy wiatrowe i laptopy jakoś ją kotwiczą. Solidnie rozegrana jest też samotność głównego bohatera, który nie bardzo ma na kim duszę oprzeć, a jak ktoś taki się trafia, to sam niszczy relacje.

Minusy? Film z jednej strony podklejony jest pod przykłady z realu, z drugiej drażni odklejeniem od rzeczywistości. Nagromadzenie dramatów w jednym klubie i sezonie robi groteskowe wrażenie, ale epatowanie biedą i patologią środowiska, z którego wywodzą się żużlowcy też. Jasne, żużel to nie tenis czy golf, ale bez przesady... Bardzo słabo pokazani są herosi dramatu - poza Lową reszta to szkice. Ma być czarny charakter, to jest, ale nawet Mateusz Kościukiewicz nie potrafi nas przekonać, że po coś łazi po ekranie. Jest dobry chłopak, który ginie? Jest, ale jego ekspozycja była tak lichutka, że nie bardzo nawet wiemy, o którego chodziło. O dziwo nie przekonują aktorzy, poza Tomaszem Ziętkiem w głównej roli.

Cóż, obyśmy tylko na następne podejście do żużlowego kina nie czekali 50 lat.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie