Premiera w kinie: "Małe rzeczy" - miała być bomba atomowa, a wyszła petarda

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski

Ludzi, którzy obsesyjnie topią się we własnej pracy, każdy z nas paru zna. Choć pewnie nie tak wielu jak kiedyś, bo mam wrażenie nieodparte, że młodsze generacje jakoś zdecydowanie łatwiej niż pokolenia kapitalizmu wczesnego znajdują dystans między pracą i życiem poza nią… No i oczywiście te pracoholiczne obsesje są sobie nierówne - od przypadłości lekkiej, po tę fazę, w której nie potrafimy wywalić z głowy roboty już nawet na chwilę. A jak jeszcze jest to robota napakowana wielkimi emocjami, poczuciem odpowiedzialności, ale też poczuciem winy, to robi się kiepsko. Tak jak z herosami z „Małych rzeczy”, które właśnie weszły do kin.

FLESZ - Rachunki za prąd idą w górę

A te „Małe rzeczy” to potencjalny szlagier, tak na miarę filmu „Siedem”, którego mroku i fatalizmu nikt nie jest w stanie podrobić od dekad. Podobna tonacja, trzech aktorskich gigantów – Denzel Washington, Jared Leto i Rami Malek - i wreszcie podobny fokus tematyczny: ta równia pochyła, która pojawia się, gdy obsesyjnie walcząc ze złem, sami zaczynamy nim nasiąkać. Zębiska ostrzyłem sobie więc na ten film okrutnie i teraz z tymi zębiskami zostałem. Bo z tym potencjałem ogromnym jest tak, że albo mamy bombę atomową, albo petardę ledwie pykającą. Tym razem jest bliżej petardy.

Tak więc poznajemy policjanta z prowincji, który pewnego dnia pojechać musi do Los Angeles, do swojej starej komendy. Lata temu był tam policyjną gwiazdą, ale posypał się przy sprawie seryjnego zabójcy. Teraz, jak się wydaje, morderca mógł powrócić. Stary wyga poproszony zostaje o „rzucenie okiem” przez nowego gwiazdora komendy. Panowie zaczynają współpracować, a stary mentor widzi, że młodziak zaczyna tonąć w tej sprawie, dokładnie tak, jak on przed laty. Wie zresztą, że sam też nigdy tak naprawdę nie wypłynął już na powierzchnię.

Najmocniejsza strona filmu to sam główny motyw – czyli rozprawka o tym, jak niewiele trzeba, żeby napotkane zło zniszczyło nam całe życie, kiedy nie potrafimy się od niego zdystansować. Problem w tym, że produkcji o takich zmasakrowanych przez sprawę policjantach było już wiele, więc nieustannie mamy tu wrażenie powtórki z rozrywki... Smaczny jest też klimat początku lat 90. - świata bez komórek i obecnych technik kryminalistycznych - ciekawe są pewne chwyty realizacyjne, choćby gra światłem i kolorem. Co do aktorów, to odczucia mam średnie – Washington jest tak uroczy, że zawsze się wybroni, Malek z tą swoją szatańską twarzą właściwie niewiele gra, a Leto wpakowano w zbyt pretensjonalną postać.

A co wyszło najsłabiej? Samo dochodzenie jest jakoś obok, jakby twórcy filmu starali się nam pokazać, że nie o nie tu chodzi. Sam film strukturę ma pokombinowaną i momentami trudną do przeczytania, więc szczerze mówiąc drobiazgowe śledztwo pewnie by tu przeszkadzało. Obsesja za to i poczucie winy bohaterów dramatu czasami oddane są z lekka karykaturalnie… I trochę szkoda tego całego potencjału. „Małe rzeczy” po roku królowania streamingowych seriali mogły nas znowu przekonać, że prawdziwe emocje, to są jednak w kinie. A nie przekonały.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie