Rok z pandemią w Toruniu. Michał Zaleski: SMS z informacją o pierwszym zakażonym w mieście wciąż mam w telefonie

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Ryszard Warta
Ryszard Warta
Jacek Smarz
Rok z pandemią w Toruniu. Michał Zaleski: SMS z informacją o pierwszym zakażonym w mieście wciąż mam w telefonie. Nikt nie wiedział, co nas czeka. Specjalny wywiad prezydenta Torunia dla Nowości.

23 marca 2020 roku. Pamięta Pan ten dzień?

Pamiętam, mam ciągle w telefonie SMS o pierwszym zarażonym w Toruniu. Wiem, kto to był, ale oczywiście zachowam tę informację dla siebie, to zresztą nie był mieszkaniec Torunia, ale sąsiedniej gminy.

Zaczęło się u nas pod koniec lutego…

Tak, wtedy pojawiły się pierwsze komunikaty o zagrożeniu. Nikt na dobrą sprawę nie wiedział, jak to będzie wyglądało. Potem pojawił się pierwszy przypadek w Polsce. 11 marca byłem na konferencji – jeszcze na żywo – w Kancelarii Premiera. Byli prezydenci miast, marszałkowie, wojewodowie, premier, ministrowie. Pan premier się z nami nie przywitał, ale poza tym wszystko było jak wcześniej. Siedzieliśmy człowiek przy człowieku, ja obok prezydenta Sosnowca.

W Toruniu wyglądało to podobnie?

Tak, jeszcze na początku marca zrobiliśmy twarzą w twarz spotkanie zespołu kryzysowego. Dziś oczywiście już bym czegoś takiego nie zrobił. Ale wtedy nikt nie przypuszczał, nie miał wiedzy ani nawet – szczerze mówiąc - wyobraźni, jak to będzie wyglądało. Potem pojawiły się już konkretne zasady, między innymi jak ma działać urząd. A przypominam, że to był czas, kiedy właściwie nikt nie miał jeszcze maseczki.

Nikt nie miał i nie można ich było kupić.

Dokładnie, a chcieliśmy je sprowadzić dla mieszkańców. Rozmawiałem z Toruńskimi Zakładami Materiałów Opatrunkowych - oni jeszcze wtedy maseczek nie produkowali, ale zadeklarowali możliwość dostarczenia maseczek z Chin. To był jednak koszmarny czas oczekiwania, cztery tygodnie, bo to transport morski. Szukaliśmy więc na miejscu, sporo się pobudziło takich małych szwalni, w Gniewkowie, Toruniu, Brodnicy. Kupowaliśmy, skąd się da.

Zaraz na początku pandemii, na przełomie marca i kwietnia, przyszedł pierwszy szok – wirus na oddziale hematologii szpitala miejskiego. To nie było największe ognisko zakażeń, później był chociażby DPS na Wrzosach, ale wtedy dla wszystkich to był wstrząs. Jak ocenia Pan to z dzisiejszej perspektywy? Można było lepiej zmierzyć się z tą tragedią?

Oczywiście, gdyby coś takiego było teraz przed nami, to można by to zrobić lepiej. Wiedza w tamtym momencie była jednak, jaka była.Mogę tylko powtórzyć, że w szpitalu robili wszystko, co mogli, żeby wypełniać swoje obowiązki. Na hematologię nie trafiają ludzie, którym można powiedzieć: niech pan przyjdzie za trzy miesiące. Często trzeba ich przyjąć praktycznie od razu. Czasami trudno wtedy myśleć, czy ta osoba jest zakażona, zresztą - szczerze mówiąc - to nie było wówczas jeszcze pierwszoplanowe myślenie. Dopiero zaczęły powstawać triaże, śluzy, oddziały funkcjonowały normalnie, również hematologia. A ponieważ ludzie, którzy tam trafiają są najsłabsi, żniwo koronawirusa okazało się tragiczne.

Trwa postępowanie prokuratorskie w tej sprawie.

Zgadza się, więc jego wynik będzie decydował, co dalej.

A jakiego rodzaju nastroje panowały na początku pandemii w urzędzie miasta? Bardziej obawa, panika, strach przed tym co będzie, czy raczej takie myślenie, że przecież świat nie może stanąć w miejscu, że szybko nastąpi poprawa?

Była zdecydowanie mobilizacja, zdyscyplinowanie i przestrzeganie zasad. Oczywiście wszystkim – również mnie – udzielał się taki optymizm, że to będzie trwało do maja, no, do czerwca, choć ludzie znający zjawisko pandemii już wtedy mówili, że wcześniej niż za dwa-trzy lata się nie skończy.

W tym dramatycznym roku mieliśmy różne fazy pandemii - i pod względem rozwoju choroby, i zachowań społecznych. Który moment był dla Pana najgorszy?

Są trzy fale i ja miałem trzy okresy trudne. Pierwsze fala, czyli duża niepewność, zamykanie instytucji. Przyszedł dramatyczny moment zgonów, zwłaszcza tych z hematologii. Dziś prościej jest o tym mówić, ale wtedy to było naprawdę trudne. Myślenie o czyjejś śmierci nie jest łatwe.Potem ten październik i listopad, kolejna fala, kolejne zamykanie, to też było przytłaczające. Bo jak to – znowu? No i teraz mamy trzecią falę, gdy doszło jeszcze ogromne zmęczenie tą sytuacją, gdy z niechęcią patrzymy na kolejne zakazy i nakazy. A ta niechęć może skutkować czymś tragicznym.

Mamy też zaskakującą niechęć do szczepień…

W Polsce wyraźnie zmalał odsetek ludzi, którzy chcą się zaszczepić. Bardzo mnie to niepokoi. W Toruniu mamy około 17 tysięcy ozdrowieńców - niestety prawie 400 osób zmarło. Zaszczepionych po pierwszym etapie mamy 26 tysięcy i 9,5 tys. po drugiej dawce. To są ludzie w miarę bezpieczni. Ale żeby osiągnąć odporność zbiorową, droga jeszcze daleka.

Toruń wyjątkowo mocno odczuł pandemię – poza typowymi stratami, odczuliśmy to też jako miasto uniwersyteckie i turystyczne. Załamanie rynku wynajmu mieszkań, tysiące studentów, którzy wyjechali z Torunia, załamanie rynki usług turystycznych…

Niestety, bardzo mocno odczuliśmy to, co wynika z ograniczeń i nakazów. Segment turystyczny jest dla nas bardzo ważny, a hotele są puste. Nie mówię o tarczach i naszych toruńskich akcjach pomocy. Zresztą tarcze są okresowe, a nasza pomoc – wiem o tym – jest taka, jaka może być, czyli stosunkowo niewielka w stosunku do potrzeb. To są tak naprawdę dodatki. Bo biznes polega na tym, żeby osiągać jak największe przychody i jak najlepszy wynik finansowy. Jak nie ma podmiotu, któremu służy biznes, czyli klienta, to nie ma najważniejszej części biznesu, czyli obrotu.

Jest szansa na jakieś bardziej kompleksowe wsparcie?

Pisałem o tym wielokrotnie, apelowałem, szczególnie, jak się pojawiła koncepcja pomocy celowanej dla gmin na południu Polski. Prosiłem, żeby również zauważyć takie miasta jak Toruń. Ale skończyło się na ogólnej pomocy. A z tych form niektórzy korzystają, ale niektórzy nie, bo nie spełniają określonych wymogów.

Pomysł Torunia na budowanie marki miasta, w którym warto zamieszkać, bo dzieją się tu spektakularne rzeczy w kulturze czy sporcie, mocno ucierpiał. Camerimage czy Halowe Mistrzostwa Europy mogły być w mieście tygodniowymi festiwalami, w warunkach pandemii zauważyła je głównie branża.

Zgadza się. W przypadku mistrzostw Europy szacunkowo liczyliśmy – opierając się m.in. na informacjach z Glasgow, gdzie była poprzednia impreza - na półtora tysiąca ludzi, jeśli chodzi o samych sportowców i ich otoczenie. Poza tym na pewno przyjechałoby wielu kibiców. Zadbalibyśmy też o to, żeby w mieście dużo się działo. Te wszystkie plany musieliśmy pogrzebać. A co do samej koncepcji promocji. Miejsce do zamieszkania wybiera się na szczęście na 20-30 lat, a to wahnięcie epidemiczne ustanie jednak w dużo krótszym okresie. Obawa jest raczej o najbliższe lata. Zainteresowanie Toruniem, miastem wielowątkowej oferty – od imprez światowych po te małe - będzie uwarunkowane sytuacja epidemiczną.

Nie myśli Pan z optymizmem o zjawisku głodu imprez? Im dłużej będziemy zamknięci, tym większa będzie potem ochota na udział w różnych wydarzeniach.

Nie chcę siać pesymizmu, mówię realnie, co się dzieje. To o czym panowie mówicie, to syndrom okienka, które już mieliśmy po pierwszej fali. I rzeczywiście zainteresowanie było spore. Tylko ta potrzeba zaspokojenia głodu ustaje z reguły, kiedy ten głód zaspokoimy. Ludzie chcą odbierać coś, co jest dla nich normalne, a nie coś w warunkach obostrzeń, z co drugim miejscem zajętym. W Toruniu popyt i podaż są duże, pamiętamy przełom roku 2019 – 2020, kiedy na Jordankach zarezerwowanie dobrego terminu wiązało się z wielomiesięcznym oczekiwaniem. Bo na przykład wszystkie weekendy były zajęte. To momentalnie się zmieniło.

Jak ocenia Pan współpracę z administracją rządową w walce z pandemią? Pytamy o to, bo nie brakuje głosów, że współpraca rządu z samorządem nie układa się najlepiej, niektórzy wprost oskarżają władze centralne o niechęć czy próbę ograniczenia samorządu.

Od samego początku pan wojewoda przejął na siebie rolę lidera zarządzania kryzysowego w województwie. Tak zresztą są sprawy podzielone w kraju i na poziomie województw: zarządzanie kryzysowe to domena służb państwowych. Wojewoda Mikołaj Bogdanowicz od samego początku - i tak jest nadal - robi to z dużym zaangażowaniem. To nie jest tak, że my, samorządowcy, musimy oczekiwać na dyskusje. Ze strony pana wojewody takich inicjatyw nie brakowało i nie brakuje. Powiem tak: gdyby nie to współdziałanie, byłoby nam znacznie trudniej. To dla mnie oczywiste. Korzystałem z każdej możliwości narad z wojewodą, dyskusji, zadawania pytań. Kilkukrotnie też mieliśmy spotkania prezydentów dużych miast z premierem i jego służbami. Jak ktoś nie chce, albo nie umie skorzystać z takich możliwości, to efektów takiej współpracy nie widzi.

Nie powie Pan jednak, że nie był Pan co najmniej kilka razy zaskoczony decyzjami rządu. Chociażby niespodziewanym zamknięciem cmentarzy.

Oczywiście, tak jak każdy byłem zaskoczy, ale co mogłem zrobić? Ta decyzja była dla mnie zbyt gwałtowna, aczkolwiek na pewno zwiększała w tamtym momencie bezpieczeństwo. Natomiast należało to zrobić z odpowiednim wyprzedzeniem. Sam w ostatniej chwili byłem z latarką na czole na cmentarzu, potem kupowaliśmy kwiaty, by choć odrobinę pomóc sprzedawcom. Zdaję sobie sprawę, że takie decyzje są bardzo trudne i czasem impuls sprawia, że zostają one podjęte. Najłatwiej patrzeć na coś po czasie i twierdzić, że to, czy tamto można było zrobić lepiej, ale ja się do takich oceniaczy nie dopisuję.

A co dziś doradziłby Pan premierowi?

Doradziłbym mu to, co jest oczywiste, czyli nieustannie konsultowanie się z fachowcami. I żeby pamiętał o tym, że konsekwencje sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, będą jeszcze jakiś czas trwały. Patrzę na dane i widzę, że nie jest dobrze. Jesteśmy u wierzchołka liczby zakażeń, jesteśmy też niestety na krzywej wznoszącej się liczby zgonów. I tak naprawdę nikt nie jest w stanie określić, jaka dokładnie będzie sytuacja za miesiąc czy dwa. Nie spodziewałem się, że ten jesienny wzrost będzie tak duży. Mieliśmy ciężką jesień i teraz mamy trudną wiosnę.

Tamta jesień była też o tyle ciężka, że liczba zakażeń w Toruniu znacząco przewyższała liczbę zachorowań w naszym otoczeniu: w Grudziądzu, Bydgoszczy czy Włocławku. Dlaczego Toruń okazał się wtedy tak szczególnie wrażliwy na pandemię?

Musielibyśmy mieć badania, które potwierdziłyby, gdzie były ogniska, skąd się wirusy roznosił, jakie były drogi transmisji. Nie mamy takich danych. Rzeczywiście, był taki moment, gdy byliśmy najbardziej obciążonym wirusem powiatem w całej Polsce. Sądzę zresztą, że także na poziomie krajowym powinno się przywiązywać większą uwagę do badania, gdzie wirus się pojawia, jak się roznosi. Identyfikujemy fakt, czy ktoś jest zakażony, pobieramy wymazy. Brakuje jednak tego sięgania dalej. Niestety obecny system ma tutaj jakiś niedobór organizacyjny.

Gdy wreszcie doczekamy się momentu, w którym będzie można powiedzieć, że pandemia jest opanowana, co wtedy w pierwszej kolejności powinno się zmienić w sposobie funkcjonowania państwa?

Po pierwsze trzeba docenić ochronę zdrowia. Wszyscy sobie powtarzają, że zdrowie jest najważniejsze, życzymy sobie zdrowia, ale gdy się spojrzy na poziom finansowania, liczbę lekarek i lekarzy, pielęgniarek - to wygląda już zupełnie inaczej. Myślę też, że wszyscy społecznie powinniśmy się nauczyć odpowiedzialności. Pewne pozytywne symptomy się pojawiają. Wiemy, że jest coraz mniej tzw. chorób brudnych rąk. Mniej jest też zachorować na grypę. Czyli jakoś nowych umiejętności się uczymy.

Gdy w każdym sklepie stoi urządzenie do dezynfekcji rąk, to postęp w tym zakresie jest zrozumiały.

- Tak, tylko jak minie epidemia, żebyśmy wtedy nie powiedzieli, że teraz już takie podstawowe zasady sanitarne nas nie obowiązują. W naszych głowach powinno też pozostać, że nie da się tylko konsumować, trzeba również inwestować. Szansą na to jest Krajowy Plan Odbudowy, wynikający z Europejskiego Planu Odbudowy. Wiążą się z tym ogromne przepływy finansowe w krajach Unii.

Z pandemii będziemy wychodzili z mocno nadgryzionymi finansami, w Toruniu także bez doświadczonej skarbniczki. Z drugiej strony będzie właśnie ten nowy plan Marshalla, o którym Pan mówił. Jeśli wziąć pod uwagę największe toruńskie inwestycje: średnicówka, trasa nowomostowa, centrum Camerimage, to jak wygląda perspektywa ich realizacji?

Jeszcze rok temu pewnie mówiłbym, że musimy uzupełnić infrastrukturę miasta, szukać sposobów jej wzbogacenia o nowe elementy, takie jak chociażby Europejskie Centrum Filmowe Camerimage. Teraz mamy czas, by razem z tymi, którzy przygotowują KPO, zastanowić się, co z tego, co chcemy mieć w Toruniu, może się wkomponować w tak duże programy. Musimy nad tym pracować, bo wiele rzeczy przestało być łatwe i proste. Wiemy, że teraz prymat będą miały działania chroniące środowisko naturalne, czy wprowadzające cyfryzację na dużo wyższym poziomie niż do tej pory. To także stwarzanie warunków do zdrowego i spokojnego życia w poszczególnych obszarach miasta. Musimy w Toruniu planować działania, które będą tym założeniom odpowiadały.

A wracając do tych trzech inwestycji…

Przekazaliśmy do Krajowego Planu Odbudowy półtoramiliardowy pakiet inwestycji, w większości infrastrukturalnych. Trzeba dokończyć budowę trasy mostowej-wschodniej i trasy średnicowej, mamy projekt centrum Camerimage.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

o
olo68

Mainstreamowa covidowa dezinformacja i bierne powielanie narracji przekazu Głównego Nurtu. Precz z Fałszywą "epidemią" :-)

Dodaj ogłoszenie