Śmierć w fabryce czekolady

Małgorzata Oberlan
Małgorzata Oberlan
Zaktualizowano 
W maju skończyłby 21 lat... To była jego pierwsza praca zawodowa. Rodzina Krzysztofa Pruszewicza nie pogodziła się z decyzją prokuratury, która w wypadku nie dopatrzyła się winy pracodawcy.

W maju skończyłby 21 lat... To była jego pierwsza praca zawodowa. Rodzina Krzysztofa Pruszewicza nie pogodziła się z decyzją prokuratury, która w wypadku nie dopatrzyła się winy pracodawcy.

<!** Image 2 align=right alt="Image 92721" sub="21-letni Krzysztof Pruszewicz zginął tragicznie w brodnickiej fabryce czekolady 16 kwietnia, nad ranem. Świadków tragicznego wypadku nie było. Na zdjęciu Krzysztof
z 13-letnim bratem. / Fot. Archiwum rodziny Pruszewiczów">15 kwietnia wyjechał z malutkiej Gorczenicy do Brodnicy. Przed nim było 12 godzin pracy. Ciężkiej, fizycznej. - Brat był młody, silny, ale po trzech miesiącach pracy w takim tempie był przemęczony - Magdalena Pruszewicz pokazuje grafik Krzyśka z marca. Poniedziałek: 6.00-18.00. Wtorek: 18.00-6.00. Środa wolna, czwartek znów na rano. I tak cały miesiąc.

Po tragedii pracownicy zakładu oficjalnie zeznają, że nikt ich do takiej harówki nie zmuszał, że sami chcieli. Ktoś jednak pisze do Prokuratury Rejonowej w Brodnicy anonim o tym, że pracownicy zmuszani byli do nadgodzin. Prokurator Marcin Perliński ustali, że „zarzuty te nie potwierdziły się”.

Krew w kremie cza-cza

To nie była spokojna nocka w Vobro. Na hali produkcyjnej kilkakrotnie dochodziło do awarii maszyn zawijających cukierki. Krzysztof pracował przy mieszalniku kremu cza-cza. Około 5.00 rano zabrał się do czyszczenia 200-litrowej maszyny, by przygotować ją na przyjście nowej zmiany. Musiał wybrać masę cukierniczą. Myciem „ślimaka” i wałków zajął się Waldemar M. Gdy po 10 minutach wrócił do maszyny, zauważył, że jej klapa była podniesiona, a Krzysztofa nie było. Chłopak był już w środku, przygnieciony mieszadłami. Wyciągnęli go w trójkę, z kolegami. Położyli na posadzce. - Kobiety tamowały krew fartuchami - dopowiada Magdalena.

<!** reklama>Jak napisze później prokurator, „po pewnym czasie do zakładu przybyło pogotowie ratunkowe, które przewiozło Krzysztofa Pruszewicza do miejscowego szpitala. Pomimo podjętej akcji reanimacyjnej pokrzywdzony zmarł Za bezpośrednią przyczynę zgonu uznano niewydolność oddechowo-krążeniową, w następstwie rozległego lewostronnego urazu klatki piersiowej, z rozerwaniem lewego płuca.

- O której godzinie, dokładnie, przyjechało pogotowie, jak wyglądała reanimacja? Szpital w Brodnicy kazał wystąpić o dostęp do tych informacji na piśmie i czekać - mówi siostra Krzysztofa.

Znaków zapytania jest więcej. 16 czerwca prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie śmiertelnego wypadku. Uznała, że zakład pracy chronionej Vobro dopełnił wszystkich obowiązków związanych z BHP i nie naraził Pruszewicza na niebezpieczeństwo.

Pielucha

Winą za wypadek obarczono tylko Krzysztofa. Dlaczego? Bo czyścił maszynę przy otwartej klapie. Czujnik obwiązał czyściwem, popularnie nazywanym w Vobro pieluchą. Mieszadła chodziły i podawały masę. Dzięki temu chłopak nie musiał się schylać w głąb półtorametrowego zbiornika. W prokuratorskich aktach jest mowa o zeznaniach świadków potwierdzających stosowanie tej niebezpiecznej praktyki: „Czyniono tak tylko wówczas, gdy w pobliżu nie przebywał ktokolwiek z kierownictwa firmy lub pracowników funkcyjnych, zachowania takie były bowiem zabronione” - czytamy.

<!** Image 3 align=left alt="Image 92721" sub="„Doświadczenie załogi oraz urządzenia i technologie godne XXI w., dobór najlepszych surowców zapewniają Vobro utrzymanie najwyższych standardów jakościowych” - tak fabryka prezentuje się w Internecie / Fot. Przemysław Majchrzak">Rodzinie zmarłego trudno się z tym zgodzić. - Krzysiek sam tej pieluchy przecież nie wymyślił. Tak go pewnie przyuczono, tak się w Vobro robiło - uważa jego siostra.

Maszyna

Skąd świeżo przyjęty pracownik wziął się przy mieszalniku cza-cza? Umowę o pracę podpisano z nim 1 lutego. Zatrudniono go w charakterze pomocnika pracownika produkcji, z wynagrodzeniem 1126 zł brutto, na okres próbny, do końca kwietnia br. Tymczasem, jak ustaliła prokuratura, faktycznie pracował w charakterze... brygadzisty! Fakt ten jakoś nie zaniepokoił ani inspektorów PIP, ani samych śledczych.

- Brat miał 175 cm wzrostu, był do tej maszyny za niski. Wiem, że po wypadku zmieniono zbiornik na mniejszy i zaczęto wymagać przy nim obecności dwóch pracowników - mówi Magdalena.

Rodzina podkreśla też, że Krzysztof nie przeszedł szkolenia obsługi urządzenia. - To nie jest jego podpis - mówią krewni o adnotacji pod „instrukcją bezpiecznej obsługi maszyn”. Na ich wniosek podpis trafił do laboratorium policji w Bydgoszczy. Biegły stwierdził, że jest za krótki do analizy, a zatem nie można ustalić jego autora. „Ustalenia te nie mają jednak istotnego znaczenia, bowiem jak wyżej wspomniano, Krzysztof Pruszewicz znał zasady funkcjonowania mieszalnika, zaś do pracy na zajmowanym stanowisku został przyuczony przez brygadzistę Jarosława M.” - stwierdził prokurator Perliński.

Inspekcja pracy

Prokuratura, decydując o umorzeniu, oparła się także na ustaleniach Państwowej Inspekcji Pracy. Ich autorem był Filip Tempczyk, inspektor z Torunia. Stwierdził, że przyczyną śmierci Krzysztofa Pruszewicza było zablokowanie przez niego maszyny. Co do obiektywizmu PIP rodzina ma jednak wątpliwości. Firmą odpowiedzialną kompleksowo za BHP w brodnickiej fabryce jest „Tarcza”, prowadzona przez Szymona Tempczyka, brata Filipa. W Brodnicy „Tarcza” obsługuje zresztą więcej przedsiębiorstw, bo przed przeniesiem do Torunia właśnie w tym miasteczku rozkręcała działalność. I choć dyrektor Beata Gołębiewska z Okręgowego Inspektoratu Pracy w Bydgoszczy uspokaja, że nie doszło do sytuacji „brat kontroluje pracę brata”, odczucia rodziny Pruszewiczów są inne.

Rodzina z umorzeniem sprawy się nie pogodziła. Odwołała się do brodnickiego sądu. Rozprawa odbędzie się we wrześniu. Z Wojciechem Wojenkowskim, prezesem Vobro, mimo starań, nie udało nam się porozmawiać.

Kto zawinił?

Więcej pytań niż odpowiedzi

Państwo Pruszewiczowie, renciści, gospodarkę w Gorczenicy zapisali Krzysztofowi. Do dziś nie otrząsnęli się po tragedii. Całej rodzinie ciężko uwierzyć w to, że wyłączną winą za śmiertelny wypadek w fabryce obarczono pracownika z nawet nie trzymiesięcznym stażem. Po umorzonym przez prokuraturę śledztwie wciąż więcej jest pytań niż odpowiedzi. Rodzina liczy na sąd.

Anonim

12 godzin w pracy

Po dramacie do Prokuratury Rejonowej w Brodnicy wpłynął od pracowników fabryki anonim ze skargą na zmuszanie ich do pracy w godzinach nadliczbowych. Śledczy doszli do wniosku, że zarzuty nie są prawdziwe - zakład Vobro właśnie przechodzi na pracę w systemie równoważnym, część pracowników pracuje jeszcze przez 12 godzin dziennie, ale nikt z przesłuchiwanych się na to nie skarżył.

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

A
Anek

Vobro to oszusci. Szkoda chlopaka to nie jego wina

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3