Toruń. Morderstwo w biały dzień. Na ulicy Mickiewicza padł strzał. Poznajcie kulisy tej sprawy!

Szymon Spandowski
Szymon Spandowski
Kamienica przy Mickiewicza 70 na zdjęciu z 1924 roku. Sternowie już tam wtedy mieszkali, może stoją gdzieś na balkonie? Sklep z telefonem widać po lewej stronie Z archiwum Miejskiego Konserwatora Zabytków
W styczniu 1928 roku młody lotnik, szukając ratunku przed zemstą bandytów, przyjechał z Grudziądza do Torunia. Ukryć się przed nimi jednak nie zdołał. Ze sklepu przy ul. Mickiewicza 70 zdążył zadzwonić na policję i poinformować o grożącym mu niebezpieczeństwie. Chwilę później już nie żył.

Na przełomie 1927 i 1928 roku w Toruniu unosiły się w powietrzu płatki śniegu oraz ołowiane kule. Pierwszy strzał padł na Mokrem.

"W piątek 30 grudnia ok. godz. 17-tej do mieszkania pana Franciszka Grohsa (Kilińskiego 7) od strony ul. Podgórnej ktoś strzelił - informowało "Słowo Pomorskie" na początku stycznia 1928 roku. - Kula przez okno wpadła do wnętrza, na szczęście nie wyrządzając żadnych szkód. Stwierdzonem zostało, że strzał oddano z karabinu Mausera mod. 98. Sprawcy dotychczas nie wykryto".

Gdzie mieszkał Franciszek Gross?

Trudno, my też nie będziemy go śledzić. Szczególnie, że po tylu latach już samo ustalenie okna, przez które wpadła kula, jest wyzwaniem. Informacja pochodzi sprzed zmiany numeracji, a w 1927 roku niestety nie było w Toruniu takiego adresu jak Kilińskiego 7. Było tylko Kilińskiego 7a i 7b. Dzięki "Księdze adresowej Torunia" z 1932 roku, która znajduje się w Kujawsko-Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej dowiadujemy się jednak, że robotnik Franciszek Gross (w księdze nazwisko jest zapisane inaczej niż w gazecie) mieszkał przy ul. Kilińskiego 7b. Po zmianie numeracji na domu tym pojawiła się tabliczka z numerem 15 i jest tam do dziś, ponieważ budynek nadal stoi. Grohs zapewne mieszkał od podwórka.

Co się zdarzyło w Grudziądzu?

Prasa również przestała się zajmować zabłąkaną kulą z ul. Kilińskiego. Echo tamtego wystrzału niebawem zagłuszył inny, który padł w biały dzień na ulicy Mickiewicza. Dramat rozegrał się 2 stycznia 1928 roku, więc dzień mógł być biały dosłownie. Jak się okazało, na ulicy Mickiewicza krwawy finał miała historia, która rozpoczęła się kilka dni wcześniej w Grudziądzu, gdzie w Boże Narodzenie A. D. 1927 został okradziony sklep z bronią. Trzej mieszkańcy Grudziądza: Bonin, Szczepański i Szturmowski, którzy kradzieży dokonali, wynieśli dziewięć pistoletów oraz amunicję. Część łupu postanowili spieniężyć, Wiktor Bonin zaoferował sprzedaż jednego browninga kapralowi Lewandowskiemu, który służył w dęblińskiej Szkole Orląt, ale akurat spędzał urlop u rodziców w Grudziądzu. Lewandowski pistolet kupił, ale później dowiedział się, że broń została skradziona. Znał również nazwiska złodziei, razem z pistoletem przekazał je policji. Ta od razu zatrzymała Szturmowskiego, jednak dwaj pozostali się wymknęli i zapowiedzieli zemstę. Wiadomość o tym dotarła do Lewandowskiego, który przyjechał do Torunia i ukrył się u rodziców narzeczonej.

"Lecz tamci widocznie szpiegowali go, gdyż w ślad za nim przybyli do Torunia - relacjonowało na gorąco "Słowo Pomorskie". - W niedzielę 1 bm przenocowali na dworcu Przedmieście, a nie znając adresu, pod którym Lewandowski w Toruniu przebywa, w poniedziałek rano udali się na poszukiwania. Jeden z nich, Bonin, udał się do biura adresowego w magistracie i zażądał adresu rodziców narzeczonej L., których nazwisko znał. Nie mając 50 groszy aby zapłacić za wywiad w biurze adresowem, pozostawił swój wykaz osobisty, co później pozwoliło ustalić tożsamość mordercy".

Ile trzeba było zapłacić za ustalenie adresu?

W czasach RODO coś takiego trudno sobie wyobrazić, wtedy jednak informacje na temat nazwisk i adresów były jawne. Dziś nam się to bardzo przydaje, jednak kapral Lewandowski zapłacił za to życiem. Jak widać, teoretycznie było ono warte 50 groszy. Co się później stało?

"Otrzymawszy adres Bonin udał się do L i tam jak twierdzą domownicy, nastąpiła między nimi ożywiona wymiana zdań, przyczem B. wyraźnie groził L., że go zamorduje - czytamy dalej. - Gdy Bonin opuścił mieszkanie rodziców narzeczonej Lewandowskiego, ten razem z narzeczoną wyszedł na ulicę, a ulegając namowom narzeczonej, wszedł do sklepu p. Głowińskiego przy ul. Mickiewicza 70 i zatelefonował stamtąd do urzędu śledczego policji, że zamierzony jest zamach na jego życie".

Na ulicy Mickiewicza, akurat w tym miejscu, numeracja się nie zmieniła. Kamienica przy Mickiewicza 70 pozostała nią do samego końca, czyli rozbiórki w 2013 roku. W archiwum Miejskiego Konserwatora Zabytków jest bardzo ładne zdjęcie zrobione w roku 1924, a więc niecałe cztery lata przed opisywanymi wydarzeniami. Widać na nim dom jeszcze przed otynkowaniem, wręcz ociekający detalami. Jest tam również sklep, z którego zadzwonił kapral Lewandowski.

"Bonin i wspólnik jego Szczepański, w tym czasie czatowali już na ulicy i kiedy L. z narzeczoną wyszli ze sklepu pana Głowińskiego i skierowali się w stronę ul. Konopnickiej, Bonin podszedł do niego na palcach z tyłu i z odległości paru kroków strzelił do L. trafiając go w kark - to znów relacja "Słowa Pomorskiego". - Sam zaś zaczął uciekać ulicą Konopnickiej, a następnie Krasińskiego gdzie znikł bez śladu, mimo pościgu ze strony przygodnych świadków tej strasznej sceny".

Czy udało się złapać mordercę?

Dziś człowiek chodzi po ulicach miasta i nie zdaje sobie sprawy, jakie dramaty się na nich wcześniej rozgrywały.

"Ciężko raniony Lewandowski padł na ziemię tak obficie brocząc krwią, iż na chodniku utworzyła się wielka kałuża krwi - pisało "Słowo". - Rannego wniesiono do pobliskiego mieszkania rodziców jego narzeczonej, gdzie wezwany natychmiast lekarz dr Jacobson udzielił rannemu pierwszej pomocy. Wezwano następnie karetkę pogotowia, która odwiozła L. do szpitala wojskowego, gdzie około godziny 15 tegoż dnia zmarł.
Wspólnik Bonina Szczepański, w momencie popełnienia zbrodni przechadzał się w oddaleniu po ul. Mickiewicza i po wystrzale szedł sobie spokojnie dalej. Szofer stojącego w pobliżu miejsca zbrodni samochodu poznał w nim osobnika, którego chwilę wcześniej widział w towarzystwie Bonina i dlatego wskazał na niego przybyłemu na odgłos strzału policjantowi. Szczepański, widząc zbliżającego się doń policjanta, rzucił się do ucieczki przez lasek przy ul. Mickiewicza".

Jak się nazywała narzeczona ofiary?

Policjant wsiadł jednak do samochodu i dopędził Szczepańskiego na Szosie Chełmińskiej. Wspólnik Bonina co prawda początkowo wypierał się związku ze sprawą, jednak podczas przesłuchania ostatecznie się do tego przyznał. Głównego sprawcy ująć się nie udało, rozpoczęły się poszukiwania, które jednak będzie trzeba opisać w następnym odcinku.
Kapral Lewandowski miał na imię Antoni. Dowiadujemy się tego jednak dopiero z opublikowanego kilka dni później nekrologu, a raczej podziękowań, jakie umieściła w gazecie strapiona rodzina. Familia z Grudziądza dziękowała doktorowi Jacobsonowi, podoficerom 4 pułku lotniczego za ostatnią przysługę oraz państwu Sternom za rodzicielską opiekę. Dzięki temu chyba udało nam się wreszcie poznać narzeczoną, która tak dzielnie wspierała kaprala Lewandowskiego. Tak, ten trop jest słuszny narzeczona nazywała się Stefania Sternówna i była telefonistką.

Gdzie został zastrzelony Antoni Lewandowski?

Księgi adresowej z 1928 roku niestety jednak nie mamy, w latach międzywojennych ukazały się trzy takie opracowania: pierwsze w 1923, drugie w 1932, a trzecie w 1936 roku. W księdze z 1923 roku odnotowano dwie osoby o tym nazwisku - panią Rozalię z ulicy Różanej oraz Franciszka Sterna, starszego majstra wojskowego zameldowanego przy... Mickiewicza 70. W księdze z roku 1932, czyli wydanej cztery lata po morderstwie, wśród kilkorga osób o tym nazwisku, pojawiają się m.in. Franciszek Stern, podoficer zawodowy oraz Stefania Stern, telefonistka. Oboje - ojciec i córka mieszkają w kamienicy przy Mickiewicza 70. W roku 1936 Franciszek Stern nadal mieszał przy Mickiewicza 70, ale był już na emeryturze. Córka zapewne wyszła za mąż i się wyprowadziła, a żona - w nekrologu i gazetowej relacji jest wszak mowa o państwu Sternach, nie była zameldowana.

Ważniejsze jest jednak co innego. Najwyraźniej dziennikarz "Słowa Pomorskiego, pisząc swoją relację na początku stycznia 1928 roku, nieco się pomylił wspominając o tym, że Lewandowski i Sternówna po telefonie na policję wyszli ze sklepu i poszli w stronę ulicy Konopnickiej do domu rodziców Sternówny. Cały dramat musiał się rozegrać przed kamienicą przy Mickiewicza 70., gdzie Sternowie mieszkali, a młodzi zeszli tylko na dół do sklepu, aby zadzwonić.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

W
Waldek Blaumann

Witam, sam mieszkałem jako dziecko w tej kamienicy. Franciszek Stern był moim pra pra dziadkiem. Ale tej historii nie znałem.

Dodaj ogłoszenie