Ucieczka z Sybiru do Torunia

Krzysztof Błażejewski
Krzysztof Błażejewski
Od niedawna za sprawą filmu Petera Weira „The Way Back” świat dowiaduje się o Polakach uciekających z Sybiru. I choć na ekranie przedstawiono fikcję, to wiele ucieczek miało miejsce naprawdę. Były nie lada wyczynem. Syberia to przestrzeń większa niż Europa. Jak ją przebyć na własnych nogach?

Od niedawna za sprawą filmu Petera Weira „The Way Back” świat dowiaduje się o Polakach uciekających z Sybiru. I choć na ekranie przedstawiono fikcję, to wiele ucieczek miało miejsce naprawdę. Były nie lada wyczynem. Syberia to przestrzeń większa niż Europa. Jak ją przebyć na własnych nogach?

<!** Image 2 align=none alt="Image 168577" sub="Wyjątkowo surowe warunki klimatyczne i rozległość przestrzeni syberyjskiej nie zmieniły się od czasu, kiedy Artur Grottger uwieczniał zesłańców na całej serii obrazów. Na zdjęciu „Pochód na Sybir”. ">Ucieczka z zesłania była uważana powszechnie za niemożliwą. Przeszkodą były nie tylko druty kolczaste wokół obozu i strażnicy. Trudniejsze do pokonania były warunki naturalne: przestrzeń do przebycia, niezwykle surowy klimat, brak możliwości zdobycia żywności, konieczność omijania dróg (posterunki), wreszcie postawa rzadko rozsianej po terenie ludności. O ile w państwie carów pomagano zbiegłym, to po rewolucji wręcz ich ścigano. Za doniesienie o obcym w okolicy wypłacano zwykle wysokie nagrody.

A jednak byli tacy, którzy ryzykowali. Były ich nawet dziesiątki tysięcy. W samym tylko 1947 r. próbę ucieczki podjęło ponad 10 tys. więźniów. Ujęto niespełna 3 tys.

<!** reklama>Zdecydowana większość ginęła w drodze. Śmierci z głodu, zimna, wycieńczenia nikt nie rejestrował. Podobnie jak udanych ucieczek. Od czasu do czasu pojawiał się w Polsce czy w emigracyjnych polskich środowiskach ktoś, kto przedstawiał się jako uciekinier. Równie trudno było weryfikować te opowieści w dawnych czasach jak i dziś. Nie ma dokumentów, nie ma świadków. Stąd wiele utrwalonych na piśmie relacji uznaje się powszechnie za niewiarygodne.

Powstańcy listopadowi

Pierwszym uciekinierem odnotowanym w kronikach był... sam bohater warszawskiej Nocy Listopadowej w 1830 roku, Piotr Wysocki. Zesłany po upadku powstania listopadowego do Aleksandrowska koło Irkucka nad jeziorem Bajkał, jak sam wspominał, niemal od pierwszego dnia pobytu rozważał kierunek ucieczki. Były cztery możliwości: do Chin w kierunku Nankinu, do Azji Środkowej w kierunku Buchary oraz do Indii - wschodnich przez Himalaje i zachodnich przez Ałtaj i Turkiestan.

Zdecydował się na ten ostatni kierunek. Uciekł z sześcioma towarzyszami, ale schwytani zostali już po trzech dniach, bowiem jeden z uciekinierów zdradził, podając wcześniej obozowym władzom kierunek ucieczki i plany zesłańców.

Pośród zesłańców - byłych uczestników powstania listopadowego udało się uciec, jeśli wierzyć notatce zapisanej przez Anglika Atkinsona, trzem nieznanym z nazwiska Polakom, którzy z okolic Nerczyńska poszli w dół rzeki Amur i przedostali się przez Sachalin do Japonii, a następnie do USA.

Kilku uciekinierów objawiło się wśród polskiej emigracji we Francji. W lipcu 1846 r. do Paryża dotarł Rufin Piotrowski. Wspominał, że gdy był w Tarze na zachodniej Syberii, rozważał, m.in., takie trasy ucieczki: do Pacyfiku i do USA, do Buchary, a potem przez Persję i Afganistan do Indii Brytyjskich lub na Ural i rzeką do Morza Kaspijskiego, a następnie do Turcji.

<!** Image 3 align=none alt="Image 168577" sub="Kadr z filmu „Niepokonani”. Wędrowcy, aby osłonić się przed silnym mrozem, założyli na twarz zrobione z drewna maski.">W podróż wyruszył z fałszywym paszportem w kieszeni w styczniu 1846 r., decydując się na jeszcze inny wariant trasy, najmniej prawdopodobny. Pieszo udał się na północ, chcąc wyprowadzić w pole pościg. Wzdłuż gór Uralu dotarł do Morza Białego, a następnie do Archangielska, udając pielgrzyma udającego się do świętych miejsc prawosławia. Stamtąd dojechał do St. Petersburga, a następnie Rygi, gdzie wsiadł na statek i z przesiadką w Królewcu dopłynął do Francji.

Ucieczkę wygrał w karty

W 1851 r. w Paryżu pojawił się Tomasz Mrozowski. Opowiadał o dwóch swoich ucieczkach z Irkucka. Na pierwszą zdecydował się dopiero po 10 latach pobytu na zesłaniu pod wpływem impulsu. Wygrał mianowicie w karty od Rosjanina tzw. kartę drożną, na podstawie której swobodnie podróżował dorożkami. Ujęty w Omsku, uciekł jeszcze raz i tym razem mu się powiodło. Przez St. Petersburg i Rygę dostał się na statek, którym dopłynął do Francji.

Pieszo przez cztery lata

W polskich środowiskach emigracyjnych, ale już po kolejnym zrywie narodowym, powtarzano opowieść o ucieczce Józefa Kosińskiego, który pojawił się w Szwajcarii. Jak podawał, uciekł z Irkucka po wieloletnim tam pobycie, zimą 1859 r. Szedł podobno pieszo przez cztery lata(!), aż dotarł do Krakowa. Tam trafił akurat na początek powstania styczniowego, więc wędrówkę kontynuował, przez Prusy, aż doszedł do Genewy. Tam zmarł.

W te opowieści mało kto wierzył.

Podobnie było przy kolejnej fali zesłań, po powstaniu styczniowym. Z bardziej znanych relacji o ucieczkach wymienić można wędrówkę w 1864 r. trzech meżczyzn (Mineyko, Okińczyc i Waszkiewicz) z Tomska przez Kazań do St. Petersburga i następnie do Paryża oraz Franciszka Ślaskiego przez Chiny i Japonię do Warszawy i Stanisława Krupskiego, który uciekał trzykrotnie z Tobolska (za pierwszym razem dotarł do Kazania, za drugim do Wilna, dopiero trzecia próba okazała się udana, wrócił do domu do Poczajowa na Ukrainie).

O swojej próbie ucieczki opowiadał także słynny pisarz i etnograf Wacław Sieroszewski. Chciał dostać się łodzią z Syberii do Ameryki, ale szybko go schwytano. Więcej nie próbował.

„Długi marsz”

W 1956 r. w Anglii ukazała się powieść mieszkającego w Londynie Polaka, Sławomira Rawicza, „Długi marsz”. Szybko zyskała ogromną popularność. Ogółem wydrukowano 25 mln egzemplarzy w 25 językach. Była sensacyjną opowieścią zza żelaznej kurtyny. Rawicz opisywał w niej historię swojej ucieczki z Syberii w 1941 r. Razem z grupką towarzyszy różnych narodowości w ciągu roku przedostał się z Jakucji na południe, do Indii, idąc około 6,5 tys. km przez pustynię Gobi, Tybet i Himalaje. W Polsce jego książka mogła ukazać się dopiero po upadku PRL. Stało się to w 2001 r.

Rawicz do końca życia (zmarł w 2005 r.) zażywał sławy jako człowiek, który dokonał niezwykłego wyczynu. Mimo iż uważni czytelnicy musieli w trakcie lektury zauważyć, że o ile obraz życia w łagrze jest realistyczny, to już w drodze wokół Bajkału pojawiają się elementy mało prawdopodobne, a im dalej wędrują uciekinierzy, tym więcej pojawia się fantazji, niczym w przygodowej powieści o Tomku Wilmowskim. Choć chyba i Alfred Szklarski nie zdecydowałby się na opis forsowania Himalajów przez wycieńczonych wędrowców za pomocą... kamienia na sznurku, który rzekomo przerzucano przez przełęcz i podciągania się w ten sposób w górę.

Prawdziwy uciekinier

Kilka lat temu dziennikarze BBC ustalili, że Rawicz łgał. Owszem, był w łagrze, ale opuścił go po porozumieniu Sikorski - Majski i razem z armią Andersa wyszedł z ZSRR do Iranu. Z drugiej strony okazało się jednak, że rezydujący w 1942 r. w Kalkucie oficer brytyjskiego wywiadu Rupert Mayne potwierdził, iż przesłuchiwał wówczas trzech mężczyzn, którzy mówili, że dotarli tu pieszo, uciekając z łagru na Syberii.

Prawdziwy uciekinier ujawnił się brytyjskiej prasie po śmierci Rawicza. Był nim Witold Gliński, mieszkający w Kornwalii Polak, pochodzący z Głębokiego (dziś na Białorusi). Jak twierdził, po wojnie opowiedział o ucieczce Rawiczowi, a ten opowieść sobie przywłaszczył. Gliński książkę czytał, ale nie prostował. Jak wyjaśniał, chciał zapomnieć o wojnie i o tym, co przeżył.

„Niepokonani”

Mimo całej tej otoczki, powodzenie książki Rawicza zainspirowało filmowców. Słynny reżyser Peter Weir („Stowarzyszenie umarłych poetów”) na jej podstawie nakręcił kosztem 30 mln dolarów film pod tytułem „The Way Back”, a w głównych rolach wystąpili, m.in., Jim Sturgess i Collin Farrell. Zdjęcia kręcono w Bułgarii, Maroku i Indiach. Konsultantem filmu była Anne Applebaum, żona ministra Radosława Sikorskiego. Premiera w Wielkiej Brytanii odbyła się w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, w Polsce natomiast zapowiedziano ją na 8 kwietnia. Polski tytuł to „Niepokonani”. Już dziś można przewidywać duży sukces kasowy filmu. I poza dyskusją pozostanie świadomość, że nigdy dotąd i nigdy później świat nie będzie tyle mówił o losie Polaków w ZSRR, choć dla nas pozostanie niewytłumaczalnym paradoksem, że stanie się to za sprawą zmyślonej opowieści.

Los sprawił, że to właśnie Rawiczowi przypadnie w udziale sława, a nie np. Ryszardowi Reiffowi, byłemu przewodniczącemu PAX, jedynemu członkowi Rady Państwa w PRL w 1981 r., który odmówił podpisania dekretu o stanie wojennym. Uciekał on z zesłania dwukrotnie, a jego opublikowane wspomnienia „Gra o życie” są pasjonującą lekturą.

W ostatnich dwóch dekadach ukazały się jeszcze inne wspomnienia zesłańców - uciekinierów, np. Juliana Czuby „Z Syberii pieszo do Polski” czy Marii Byrskiej „Ucieczka z zesłania”. Tę drugą opowieść o przedostaniu się z Kazachstanu przez Moskwę, Kijów i Lwów do Londynu także powszechnie uważa się za niewiarygodną.

W łagrze

Najczęściej jednak bohaterowie ucieczek, o ile przedostali się do Polski, o swoich wyczynach milczeli, bojąc się aresztowania przez milicję. Tak jak Alfons Czernis, jedyny znany mi mieszkaniec Torunia, któremu udało się uciec z zesłania.

Czernis przed wojną mieszkał w Wilnie. Tam został aresztowany już po wkroczeniu Armii Czerwonej i 15 maja 1945 r. wyruszył w grupie 753 osób pociągiem w nieznane. Miał wówczas 32 lata.

Po dwutygodniowej podróży trafił do łagru PFŁ 321 w Jełszance pod Saratowem, gdzie do jesieni budował rurociąg gazowy. W październiku został przetransportowany do Gruzji, do Kutaisi, gdzie więźniowie budowali fabrykę samochodów. Wiosną 1947 roku uwięzieni Polacy wszczęli bunt, domagając się zwolnienia. Po trzech miesiącach strajku Czernisa wraz z 300 współwięźniami wywieziono do Astrachania nad Morzem Kaspijskim, do obozu jenieckiego 204. Łagier znajdował się 18 kilometrów od miasta na prawym brzegu rzeki. Tam razem z Niemcami i Węgrami Polacy mieli pracować w stoczni remontowej im. Trzeciej Międzynarodówki. Jak długo to miało trwać, nikt nie wiedział.

Z Syberii do Torunia

Czernis miał już dość. Postanowił zaryzykować. Po niespełna dwóch tygodniach pobytu, 5 czerwca, razem z sześcioma innymi więźniami postanowił uciec. W nocy przez kanalizację ściekową przedostali się do niemieckiej strefy obozu. Tu znajdowały się wloty kanałów odprowadzających ścieki poza druty. Niestety, w łagrze szybko spostrzeżono ucieczkę. Pościg zatrzymał dwóch więźniów. Pozosta- ła piątka rozproszyła się. Czernis razem z Kazimierzem Baranowskim, najpierw kryjąc się i idąc pieszo tylko nocami, dotarł do odległej stacji kolejowej na szlaku do Moskwy. Uciekinierom udało się, korzystając z rozgardiaszu na radzieckich kolejach, dojechać aż do Wilna. Tu postarali się o fałszywe dokumenty i wykorzystali wciąż jeszcze czynną akcję ekspatriacyjną. Pod fałszywymi nazwiskami przyjechali legalnym transportem do Polski.

Alfons Czernis osiadł w Toruniu. Zapewne jeszcze niektórzy mieszkańcy miasta pamiętają charakterystyczną sylwetkę smukłego mężczyzny z czarnym wąsikiem, który prowadził zakład naprawy radioodbiorników i telewizorów na narożniku ulic Warszawskiej i św. Katarzyny. O tym, że uciekł z nieludzkiej ziemi, wiedzieli tylko najbliżsi.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie