Wembley - teatr marzeń

Michał Żurowski
Guardiola kontra Ferguson. Messi w tangu z Ferdinandem. Giggs w sprinterskich wyścigach z Alvesem. Rooney próbujący przechytrzyć Valdesa. Iniesta i Xavi szukający „korytarza” do bramki Van der Sara...

Guardiola kontra Ferguson. Messi w tangu z Ferdinandem. Giggs w sprinterskich wyścigach z Alvesem. Rooney próbujący przechytrzyć Valdesa. Iniesta i Xavi szukający „korytarza” do bramki Van der Sara...

Już chyba wszystko jasne. Jutro - 20.45, finał Ligi Mistrzów. 

Teatr marzeń. Choć to miano stadionu Old Trafford, na ten jeden wieczór przejmie je Wembley. To jedna z tych sobót w roku, gdy wszystkie inne hity - w regionie (Zawisza-Tur), w kraju (Liga Światowa siatkarzy) i za granicą (żużlowa Grand Prix Czech, wielkoszlemowy French Open) - zostają w cieniu tego jednego meczu. W roku bez mundialu i turnieju „Euro”, finał Champions League to piłkarskie wydarzenie nr 1. Tym bardziej gdy grają Manchester United i Barcelona. Musi być pięknie.<!** reklama>

Musi? No, właśnie - aż się trochę boję zapeszyć. Choć co roku oczekujemy w finale wielkiego widowiska, każdy kibic łatwo przywoła z pamięci mecze jak z bajki, ale i niewypały. Z 55-letnich dziejów PEMK i LM moje wspomnienia sięgają 41 sezonów, poczynając od meczów Legii (1969/70) wyeliminowanej dopiero w półfinale przez Feyenoord - późniejszego zdobywcę Pucharu Europy. I tak się zastanawiam: do których kart tej historii nawiąże jutrzejszy mecz?

Znając charakter i styl obu rywali, nie musimy się obawiać nudnych bezbramkowych „szachów” - takich, jak choćby rozstrzygany w karnych finał ‘1993 Crvena Zvezda-Olympique Marsylia czy dekadę później w Manchesterze podobny „klozet” 0:0 Milan-Juventus. Trudno też oczekiwać powtórki z najbardziej jednostronnych starć na tym poziomie - jak dwukrotne 4:0 Milanu – w 1989 (z Rijkaardem, Gullitem i van Bastenem) nad Steauą i w 1994 (w czasach Bobana i Savicevica) nad& Barceloną.

Dzisiejsza „Barca” Xaviego, Iniesty i Messiego gra futbol „na tak”, a bodaj jedyną drużyną na świecie, mogącą jej odpowiedzieć czymś podobnym, jest właśnie ManU. Pewnie nie będzie to piłka aż tak radosna, jaką w romantycznej epoce lat 60. grał Real z Di Stefano i Puskasem - zwyciężający Eintracht 7:3 i z Benfikę 5:3. Być może jutro zdecyduje jedna kombinacja podań, jeden strzał, może jeden błąd. Ja czekam jednak na piękno i dramaturgię spektaklu na miarę najlepszych finałów z tych „moich” 41 lat. A były takie trzy: w 1977 r. - 3:1 Keagana i spółki z Liverpoolu nad Borussią Moenchengladbach, w 1999 - gdy Manchester Utd. zdobył obie bramki (na 2:1 z Bayernem) już w doliczonym czasie gry i cudowny show Jerzego Dudka w roku 2005, gdy Liverpool gonił Milan od 0:3 do 3:3, by zwyciężyć w rzutach karnych. Obyśmy kiedyś mogli wnukom opowiadać, że oprócz tamtych trzech cudownych wieczorów w Rzymie, Barcelonie i Stambule, był jeszcze jeden taki magiczny mecz. Na Wembley w 2011.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie