Wiatraki zawsze górą [SPOD EKRANU] Recenzja filmu CZŁOWIEK,...

Wiatraki zawsze górą [SPOD EKRANU] Recenzja filmu CZŁOWIEK, KTÓRY ZABIŁ DON KICHOTA

Mariusz Załuski

Aktualizacja:

Nowości Dziennik Toruński

Ludzi, którzy żyją w czasach, do których kompletnie nie pasują, spotykamy co krok. Szczególnie dzisiaj, kiedy wszystko przyspieszyło, zwariowało i skróciło dystans... Tych niepasujących do świata Don Kichotów - z innym systemem wartości i podejściem do życia - walczących z coraz większymi wiatrakami, spotykamy więc już nie tylko w okolicach La Manchy, ale i w naszym kochanym miasteczku. Pewnie więc „Człowiek, który zabił Don Kichota”, jest nawet aktualniejszy niż byłby kiedyś. A mimo to wychodziłem z kina jakoś bez uniesienia.

Bo miało być cudnie. Terry’ego Gilliama nie tylko kocham, ale i poważam, a o jego walce o powstanie opowieści o Don Kichocie trąbiło się od ponad ćwierć wieku. A po seansie ma się wrażenie, że obejrzeliśmy dzieło ciekawe, wizualnie rozszalałe, ale nie porywające niestety... Może gotowało się za długo? Choć akurat archaiczność tej produkcji, unikającej komputerowych cudactw na rzecz starej dobrej roboty rzemiechów-magików, to spory plus.

Plusem jest też na pewno to, że ta niby śmieszna historia utopiona zostaje w goryczy. Bo Terry Gilliam serwuje nam tu różne wątki - nie tylko zderzenie pięknoduchostwa, marzycielstwa i romantyzmu Don Kichota z ludową przyziemnością, w wydaniu Sancho Pasny i nie tylko. To też opowieść o pułapce marzeń i wyobrażeń o sobie, które - jasne - popychać mogą nas w górę, ale też wpędzać w rozmaite kłopoty. Bo kiedy zaczynamy wierzyć we własne marzenia, to za chwilkę możemy mieć solidny problem... No i to też film o tym, z czym musimy się w życiu zderzyć, żeby przejść prawdziwą przemianę.

Tak więc przenosimy się do Hiszpanii. Na planie filmu reklamowego reżyserski gwiazdor próbuje pchnąć produkcję do przodu, ale ciągle coś nie gra. Rusza więc do miasteczka, w którym przed laty kręcił studenckiego „Don Kichota”. No i zastaje tam swoich dawnych bohaterów - choćby odtwórcę roli Don Kichota, który uwierzył, że nim jest, a w reżyserze rozpoznaje Sancha. No i zaczyna się dziwaczne kino drogi obu jegomościów.

Jak Terry Gilliam, to powinno być śmiesznie, ale o dziwo śmiesznie jest tak sobie. I to z takim smaczkiem, że przecież wszystko to już gdzieś tam w kinie było... Jak mamy film o kręceniu filmu, to wiadomo, że będą wredne misie od załatwiania kasy, łaszące się do oligarchów, jak będzie oligarcha, to „ruski” i paskudny do bólu. No i jak film ambitny, to będzie dowcip o Trumpie - choć ten żart akurat jest niezły. No i jasne, że będziemy mieli symboliczne wiatraki - i te w wersji archeo, i te w wydaniu nowoczesnej farmy wiatrowej, która aż się prosi o skojarzenia.

Ale może przesadzam? W końcu od kiedy wyszedłem z kina, „Człowiek, który zabił Don Kichota” jakoś siedzi mi w głowie. Choćby ta filmowa refleksja, że to, co w życiu robimy i mówimy, ma swoje skutki. I czasami, wbrew naszym intencjom, nie za fajne.

Czytaj treści premium w Nowościach Dziennika Toruńskiego Plus

Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Warto zobaczyć

Wideo