Wiktoria to nie znaczy zwycięstwo

Katarzyna Pietraszak
Gdyby wszystko się powiodło, córeczka Arlety miałaby dziś cztery latka. Przez koszmarne błędy personelu grudziądzkiego więzienia dziecko urodziło się jednak martwe. Czy 50 tysięcy złotych zadośćuczynienia pozwoli matce zapomnieć?

Gdyby wszystko się powiodło, córeczka Arlety miałaby dziś cztery latka. Przez koszmarne błędy personelu grudziądzkiego więzienia dziecko urodziło się jednak martwe. Czy 50 tysięcy złotych zadośćuczynienia pozwoli matce zapomnieć?

<!** Image 2 align=right alt="Image 80518" sub="Rys. Łukasz Ciaciuch">Jak wycenić stratę dziecka, czy choćby spróbować oszacować w jakimś taryfikatorze ból i krzywdę kobiety, która musi się z nią pogodzić. Nie ma takiej ceny. Trudno też uwierzyć, że Zakład Karny w Grudziądzu potrzebował aż czterech lat, żeby uderzyć się w pierś oraz zadośćuczynić tym krzywdom i karygodnym błędom popełnionym przez więzienny personel podczas narodzin Wiktorii.

Babcia zabita nożem

Arleta do więzienia nie trafiła przez przypadek.

- Żałuję tego, co się stało - wielokrotnie powtarzała psychologom. Ci zaś skrzętnie opisywali jej zachowanie za murami więzienia, którego - poza przepustkami - nie opuszczała od 1996 roku. Wtedy to, po głośnym procesie, który toczył się przed włocławskim sądem, 20-latka została uznana winną. Sąd nie uwierzył jej, że nie miała nic wspólnego ze zleceniem zabójstwa swojej babci. Uznał, że wnuczka wspólnie z narzeczonym zaplanowali zabójstwo i zlecili je, żeby przejąć mieszkanie Genowefy J. Kobieta zginęła od ciosów zadanych nożem. Arleta została skazana na 15 lat więzienia.

- Ma krytyczny stosunek do popełnionego przestępstwa. Nie jest agresywna. Jest grzeczna i nie identyfikuje się z subkulturą - pisali o niej wychowawcy i psychologowie. Dzięki tym opiniom i wzorowemu sprawowaniu, absolwentka technikum ekonomicznego, córka alkoholika i półsierota (jej matka zmarła z powodu cukrzycy) w szóstym roku odbywania kary rozpoczęła studia na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Zbierała w indeksie czwórki i piątki.

Zaczynała układać sobie „normalne” życie. Związała się z wieloletnim pracownikiem zakładu karnego, z którym później wzięła ślub (do dziś są małżeństwem).

Była na trzecim roku studiów, gdy zaszła w ciążę. Mimo że małżonków dzieliła spora różnica wieku i wręcz przepaść między zakładem karnym a wolnością, wierzyli, że uda się jakoś ułożyć przyszłość.

<!** reklama>- Cieszyłem się, że będziemy mieli córeczkę. Wszystko z dzieckiem było w porządku - Bogumił, zgodnie z zaleceniami Zakładu Karnego w Czersku, w którym na początku ciąży Arleta odbywała karę, odwoził i przywoził ciężarną żonę z przepustek. Był spokojny, że obie kobiety jego życia są pod dobrą opieką, że krzywda im się nie stanie.

Dziewczynka rozwijała się wręcz wzorowo. Gdy zobaczyli ją na zdjęciu USG, od razu wiedzieli, że będzie Wiktorią. Uznali, że takie imię będzie najodpowiedniejsze.

Na dwa miesiące przed planowanym porodem, w styczniu 2004 roku, Arletę przewieziono do Zakładu Karnego w Grudziądzu.

- Mówiłam, że nie chcę tu rodzić, bo nie ma na stałe lekarza i sali operacyjnej - z zeznań Arlety przed sądem wynika, że od początku obawiała się porodu na więziennym oddziale. Dyrekcja zapewniała jednak, że nawet podczas ewentualnych komplikacji, nie powinno być żadnych problemów. Przecież szpital cywilny znajduje się po sąsiedzku. Pomoc może nadejść w ciągu pięciu minut.

Koszmar z położną

Dnia porodu Arleta nigdy nie zapomni, choć bardzo chciałaby wymazać z pamięci to, co działo się 20 marca 2004 roku. Bóle pojawiły się o drugiej w nocy. Przed godziną szóstą, położna schodząca z dyżuru zapewniała ją, że urodzi szybko, może jeszcze przed obiadem, a przed kolacją - na pewno.

Zmienniczka położnej, Barbara Sz., nie była już tak rozmowna.

- Nie informowała mnie, co się dzieje. Dawała do zrozumienia, że jestem kimś gorszym. Krzyczałam z bólu, a ona mnie lekceważyła - Arleta twierdzi, że położna bez słowa wykonała badanie KTG. Mimo że nie słychać było tętna dziecka, nie poinformowała o tym przełożonych ani lekarza dyżurnego. - Błagałam ją o pomoc, ale w czasie trwającego 45 minut badania odezwała się tylko raz.

Arleta w desperacji chwyciła kobietę za fartuch, prosząc, żeby coś zrobiła. Wtedy usłyszała od położnej: - Będziesz prasowała mi fartuch.

Dziewczyna krzyczała, wręcz zawodziła z bólu. Położna powiedziała tylko, że ma poczekać do apelu. Marcela, obywatelka Ekwadoru, która dzieliła z Arletą salę na oddziale szpitala, pomogła wijącej się z bólu koleżance w przygotowaniach do porodu. Zapamiętała też, że gdy na oddziale pojawiła się lekarka, zrobiło się bardzo nerwowo.

Podczas badania ta właśnie lekarka stwierdziła zwolnienie akcji płodu. Zanim zorganizowano konwój do grudziądzkiego szpitala miejskiego, upłynęło zdecydowanie więcej czasu niż „gwarantowane” wcześniej pięć minut. W drodze do szpitala Arleta nie czuła już ruchów dziecka. Urodziła przed obiadem.

„Dziewczynka umarła z powodu ostrego niedotlenienia, które nastąpiło w wyniku okręcenia pępowiny wokół jej nóżki” - orzekli później łódzcy biegli, którzy dokładnie analizowali ten przypadek. W swojej opinii (opierał się na niej sąd) napisali również, że ciąża przebiegała prawidłowo i nic nie wskazywało na jakiekolwiek odchylenia płodu od norm. Wytknęli za to kardynalne błędy personelu więzienia. - „W warunkach szpitalnych decyzja o cięciu cesarskim powinna zapaść w dziesięć minut po badaniu. Położna dopuściła się zaniedbań, które doprowadziły do zwłoki.”

Eksperci nie mieli wątpliwości, że ta właśnie zwłoka miała bezpośredni związek ze zgonem dziecka. Wątpliwości nie miał również grudziądzki sąd, który w procesie karnym skazał położną i lekarza, który w dniu porodu zszedł z dyżuru, nie czekając na przyjście zmienniczki (zarówno położna jak i lekarz nie przyznali się do winy i bezskutecznie odwoływali od wyroku).

Wiktoria miałaby dziś dokładnie cztery lata i dwa tygodnie. Dokładnie tyle, ile czasu trwał proces karny, potem sprawa cywilna, którą Arleta wytoczyła Zakładowi Karnemu w Grudziądzu. Sprawa pewnie ciągnęłaby się jeszcze latami, gdyby nie obserwatorzy procesu.

- Położna wykazała się brakiem staranności w wykonywaniu swoich obowiązków. Jej zachowanie wskazywało na brak szacunku do pacjentki, wobec której naruszono konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia - grzmiał Adam Bodnar, koordynator Programu Spraw Precedensowych Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. To dzięki pomocy prawników fundacji Arleta doczekała się finału tej gehenny. Bronili ją za darmo, dowodząc krzywd, jakich doznała.

- Zakład karny, mimo ewidentnej winy, długo wzbraniał się przed odpowiedzialnością - mówi Józef Obertaniec, którego sąd wyznaczył do mediacji między stronami. Na swoim koncie ma 80 mediacji, ale tę zalicza do jednej z trudniejszych. Ze względu na opór zakładu.

- W tego typu sprawach należy zachować ostrożność. Nie dysponuję swoimi pieniędzmi. Nie jesteśmy firmą prywatną, chodzi o środki budżetu państwa. Musieliśmy się zastanowić i konsultować z prawnikami. Wszystko po to, żeby podjąć rozsądną decyzję - tłumaczy płk Krzysztof Janiszewski, dyrektor Zakładu Karnego nr 1 w Grudziądzu.

Ugoda po latach

Na początku marca tego roku zakład karny, na podstawie zawartej ugody, wypłacił Arlecie 50 tysięcy złotych tytułem zadośćuczynienia.

Arleta przebywa na wolności, ma przerwę w odbywaniu kary. Urodziła dziecko. Wspólnie z mężem wychowują też jego syna. Nie zgodziła się na rozmowę z dziennikarzem. Powiedziała, że nie chce rozdrapywać ran. Prosi o uszanowanie decyzji. Bo chce o tym zapomnieć, jeśli to w ogóle jest możliwe...


PS Imiona bohaterki i jej męża zostały zmienione.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie