Winni wszyscy i nikt

Redakcja
Czy można było uratować życie dwuletniej Wiktorii Sz. ze Żnina? Jeśli tak, to kto miał to zrobić? Dzielnicowy, prokuratur, sędzia, kurator sądowy, pracownik socjalny, lekarz, sąsiedzi, czy najbliższa rodzina?

Czy można było uratować życie dwuletniej Wiktorii Sz. ze Żnina? Jeśli tak, to kto miał to zrobić? Dzielnicowy, prokuratur, sędzia, kurator sądowy, pracownik socjalny, lekarz, sąsiedzi, czy najbliższa rodzina?

<!** Image 2 alt="Image 165930" sub="W Żninie coraz głośniej mówi się o braku współpracy między instytucjami zobowiązanymi do interweniowania w sprawach przemocy domowej. Pierwsze spotkanie takiego zespołu interwencyjnego odbyło się w Żninie przed śmiercią Wiktorii, ale było to zebranie robocze. Zabrakło na nim zresztą lekarzy.
Fot. Maria Warda">A może cała społeczność miasteczka? Dzisiaj wiadomo, że wszyscy wiedzieli o dramacie dziewczynki i wszyscy mogą czuć się winnymi.

- Jesteśmy przegrani jako społeczeństwo - Maria Bursztyńska, dyrektorka Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej jest w piętnastotysięcznym Żninie jedyną osobą, która otwarcie mówi o porażce. Jest zdruzgotana, a jednocześnie zła. Tydzień po tragedii, w programie Tomasza Lisa przedstawiono jej instytucję jako źródło całego zła.

- Zmanipulowano opinię publiczną. Wyszłam na kretynkę, dla której najważniejsza jest teczka pełna świstków - mówi Bursztyńska i zapewnia, że jej pracownicy, w przeciwieństwie do innych instytucji, zrobili wszystko, by ratować dziecko. - Wiem, że mówiąc to narażam się całej społeczności, ale czas

przerwać zmowę milczenia

- pokazuje dokumentację, z której wynika, kiedy i gdzie jej podwładni przekazywali informacje o sytuacji dziecka i jaki przynosiło to skutek. Żaden.

Dziewczynka skończyłaby piątego lutego dwa latka. Zmarła w nocy z 24 na 25 stycznia. Reanimacja w karetce pogotowia na podwórku przy ul. 700-lecia nie powiodła się. Jej 28-letni ojciec Sebastian Sz. podobno płakał. 25-letnia matka dziecka Joanna M. była spokojniejsza. Miała później powiedzieć sąsiadce: „Przysięgam ci, że Sebastian jej nie dotknął”.

<!** reklama>

W Żninie nikt już nie wierzy w szczerość łez 28-latka, ani w zapewnienia matki dziecka. Dziś Sebastian Sz. siedzi w areszcie z zarzutem spowodowania uszczerbku na zdrowiu ze skutkiem śmiertelnym, a jego konkubina Joanna M. czeka na... rozwiązanie, ponieważ jest w ciąży. Właśnie z uwagi na zaawansowaną ciążę prokuratura nie poddała jej intensywnemu przesłuchaniu. Nastąpi to później i niewykluczone, że kobiecie również zostaną postawione zarzuty. Ze wstępnych oględzin zwłok nie wynika jednoznacznie, co było przyczyną zgonu dziecka. Przyjęto natomiast założenie, że śmierć dziewczynki nie była wynikiem samoistnych zmian chorobowych. Ujawniono na jej ciele siniaki i zadrapania - na głowie, szyi i kończynach oraz obrażenia wewnętrzne, polegające na uszkodzeniu jelita.

Lokalna społeczność doskonale wiedziała, kim jest Sebastian Sz. i za co w przeszłości pokutował w zakładzie karnym. W 2003 r. (jako 21-latek) został skazany na 6 lat więzienia za znęcanie się nad kilkumiesięcznym synem Dominikiem, był wówczas w związku z inną kobietą, Joanną S. Po 4 latach wyszedł z więzienia na warunkowe zwolnienie i został objęty dozorem kuratora zawodowego. Dozór trwał 2 lata i jeśli wierzyć sprawozdaniom, przebiegał wzorowo. W tym czasie Sebastian Sz. zdążył już związać się z młodszą o 3 lata Joanną M. i spłodzić z nią drugie swoje dziecko, tym razem dziewczynkę.

<!** Image 3 alt="Image 165930" sub="Wiktoria mieszkała w podwórzu tej kamienicy przy ulicy 700-lecia, w oficynie. Po jej śmierci mieszkańcy miasteczka przynoszą tu znicze i kwiaty. Fot. Piotr Schutta">- Kontakt z podopiecznym odbywał się co miesiąc, a po urodzeniu się Wiktorii częściej, co dwa lub trzy tygodnie - informuje Tomasz Michalak, prezes Sądu Rejonowego w Żninie, spoglądając na leżące przed nim dwie teczki z dokumentami. Podkreśla, że

kurator sądowy

w czasie przebiegu całego dwuletniego dozoru nie zauważył żadnych nieprawidłowości w zachowaniu Sebastiana Sz. Niezbyt obszernych akt sądowych z procesu sędzia nie może udostępnić opinii publicznej, bo proces był niejawny. Czyta jedynie treść sentencji wyroku, w której lakonicznie wymienione są obrażenia, jakie mężczyzna zadał swojemu kilkumiesięcznemu synkowi: m.in. złamania kończyn, uraz wątroby, złamanie żebra, zasinienia na głowie, tułowiu i kończynach. Do chudej teczki z dozoru kuratorskiego również nie mamy wglądu, ponieważ - jak tłumaczy sędzia - zawarte tam dane objęte są ustawową ochroną.

Nadzór kuratora skończył się w połowie lipca 2009 r. a już 4 października, czyli zaledwie dwa miesiące później psycholog z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej w Żninie zawiadomiła policję o niepokojącym sygnale dotyczącym Wiktorii. Ekspedientka ze sklepu, w którym matka kupowała piwo, zauważyła na twarzy dziecka zasinienie i przekazała informacje poradni. Wkroczyła policja. Zatrzymany Sebastian Sz. miał 0,33 promila i tłumaczył się, że właśnie malował mieszkanie. Joanna M. także piła - 0,44 promila. Dziewczynkę zbadano najpierw w Pałuckim Centrum Zdrowia, a następnie zatrzymano ją na kilkudniowej obserwacji w bydgoskim szpitalu Biziela. Miała dwa sińce na twarzy i jednego pod pachą. Przesłuchano

spore grono lekarzy

(w tym dwójkę pediatrów ze Żnina), poproszono również o opinię biegłego. Ocena medyków była jednomyślna. - „Nie stwierdza się zespołu dziecka maltretowanego” - cytuje fragmenty akt Jan Bednarek, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy.

18 listopada 2009 r. było po wszystkim. Postępowanie umorzono z braku dowodów.

<!** Image 4 alt="Image 165930" sub="Sebastian Sz. nie przyznaje się do bicia swojej dwuletniej córki. Twierdzi, że dziecko obijało się o meble i spadło z tapczanu. Na zdjęciu podejrzany prowadzony jest z przesłuchania
w prokuraturze. Razem z nim pod kurtką ukrywa swoją twarz jego siostra. Fot. Maria Warda">- Nie było dowodów na to, że ujawnione na ciele dziecka zasinienia zostały wywołane przez działanie drugiej osoby, a nie można było wykluczyć, że powstały one od uderzenia się dziecka o łóżeczko bądź wskutek choroby - tłumaczy Jan Bednarek, który po śmierci dziewczynki sprawdzał, czy nie dopuszczono się wówczas uchybień. Niczego takiego nie stwierdził.

Niczego nie wniosły do sprawy również przesłuchania świadków - babci dziecka Anny M., kuratora sądowego i pracownika socjalnego. Wszyscy mówili o prawidłowych relacjach ojca z dzieckiem. W dodatku

mama Wiktorii

twierdziła, że dziecko samo nabija sobie sińce, ponieważ ma skazę krwotoczną. Faktycznie, było diagnozowane w tym kierunku.

- Ale jednoznacznej diagnozy nie było. Wyniki były niejasne. Skierowaliśmy dziecko do Instytutu Hematologii w Warszawie. Nie wiemy, czy tam dotarło. W każdym razie to uśpiło naszą czujność - nie ukrywa dzisiaj dr Piotr Chodkiewicz, dyrektor prywatnej przychodni zdrowia „Epoka”, której pacjentem była Wiktoria. Utrzymuje, że przyglądano się małej ze szczególną uwagą, przeszłość jej ojca nie była dla lekarzy tajemnicą.

Sprawa nie dawała spokoju Marii Bursztyńskiej z MOPS: - W październiku 2009 r. napisałam do sądu, prosząc o objęcie nadzorem tego środowiska. Wiedzieliśmy, kim jest Sebastian Sz. Odkąd urodziła się Wiktoria, nie odstępowaliśmy tej rodziny na krok. Wszystkie babcie i ciotki też wiedziały o naszych podejrzeniach, bo niczego przed nimi nie ukrywaliśmy. Opowiadały nam, że mała uderzyła się sama w ich obecności. Ewidentnie kryły tego ojca - mówi dyrektorka.

- Po piśmie z MOPS-u wystąpiliśmy do sądu rodzinnego i nieletnich o ograniczenie władzy rodzicielskiej nad Wiktorią - pamięta

sędzia

Tomasz Michalak. Niestety, w styczniu 2010 r. wniosek rozpatrzono odmownie.

W marcu 2010 r. Sebastian Sz. odebrał ostatni zasiłek z pomocy społecznej i przestał być klientemMOPS. Mimo to jedna z pracownic socjalnych nadal go kontrolowała, co nie było łatwe, ponieważ zaczął się ukrywać. Wykrzykiwał, że jest nękany przez MOPS, żądał okazywania nakazu sądowego. W lipcu, po anonimowym telefonie, znaleziono młodych rodziców razem z córką (miała 17 miesięcy) w namiocie schowanym w krzakach na tyłach Muzeum Sztuki Sakralnej. Dziecko zostało wówczas przekazane siostrze Joanny M. Dwa miesiące później znowu zadzwonił ktoś anonimowy, tym razem do punktu konsultacyjnego dla ofiar przemocy, informując, że dziecko może być bite. Pod koniec grudnia 2010 r. pracownikowi socjalnemu udało się dostać do mieszkania Joanny i Sebastiana. Matka znowu opowiadała o samoistnych siniakach małej. Dziecko słaniało się na nogach, było blade i anemiczne.

- Wyglądało na chore albo na zastraszone - mówi Bursztyńska. Joannie M. postawiono wówczas warunek: jeśli natychmiast nie pokaże dziecka lekarzowi, sprawa zostanie skierowana do sądu. Poszła do poradni dokładnie 5 stycznia 2011 r. Mimo że dwa dni wcześniej do przychodni zadzwonił pracownik socjalny prosząc o wnikliwość w badaniu dziecka, lekarka znowu nie zauważyła nic niepokojącego. Poza atopowym zapaleniem skóry, anemią, niedowagą, siniakami na głowie i twarzy.

- Gdyby był jakiś sygnał od matki dziecka... Ale jeżeli z wywiadu nie wynika wprost, że dzieje się coś złego? Nie było podstaw do interwencji - wyjaśnia dr Chodkiewicz z przychodni „Epoka" i tak relacjonuje rozmowę pani doktor z matką Wiktorii:

- Skąd te sińce?

- Córka uderzyła się o kaloryfer.

- Czy ktoś dziecko uderzył?

- Nie.

Dzień przed wizytą Wiktorii u lekarza do MOPS-u przyszedł

dzielnicowy.

Chciał przekazać informację, że 3 stycznia policja odebrała anonimowy sygnał o tym, iż córka Sebastiana Sz. może być przez niego bita. Był ciekaw, czy MOPS o tym wie. Na tym aktywność policjanta się zakończyła. Trzy tygodnie później dziewczynka nie żyła.

Sąsiadka z ulicy 700-lecia: - Jakiś czas przed śmiercią małej zaczepił mnie znajomy, dawny sąsiad Sebastiana i mówi „Wiesz, co on kiedyś zrobił?” Nie mogłam uwierzyć. A potem stało się to. Nie wiem, gdzie i kiedy miałby bić Wiktorię. Przecież tu wszystko słychać. Zresztą ona szła do niego na ręce. Nie wiem, nie wiem... - powtarza kobieta. Widziała radosną dziewczynkę w dniu śmierci...

W oczach sąsiadów z ulicy 700-lecia Sebastian Sz. to miły człowiek, rozmowny, pedant dbający o dom i swój wygląd. Twierdzą, że więzienie go odmieniło. - Albo przynajmniej nauczyło zachowywać pozory - dodają po chwili namysłu.

Fakty

Anonimowe wołanie o pomoc

  • Okazuje się, że ktoś próbował pomóc Wiktorii, ale robił to anonimowo. Telefonowano do MOPS-u, punktu konsultacyjnego dla ofiar przemocy i policji. Sygnalizowano, że dziecko może być bite. Nie ustalono, kto dzwonił. Sąsiad, ktoś z rodziny dziecka czy ktoś obcy?. Czy ujawnienie się anonimowego rozmówcy i złożenie przez niego zeznań mogłoby uratować Wiktorię? Być może tożsamość owej osoby zostanie odkryta w trakcie procesu.

Fakty

Sprawca znęcania się nad synem podejrzany o śmiertelne pobicie córki

  • Proces o skatowanie kilkumiesięcznego Dominika toczył się przy drzwiach zamkniętych. Do dzisiaj akta są niejawne. Wiadomo jedynie, że 20-letni wówczas Sebastian Sz. znęcał się nad synkiem w okresie od marca do końca lipca 2002 roku. Chłopcu groziła utrata wzroku. Mężczyźnie udowodniono znęcanie się nad synem w sposób wyjątkowo okrutny i skazano go na 6 lat więzienia. Wyszedł na wolność w lipcu 2007 r. po czterech latach odsiadki. Na rok i sześć miesięcy wolności - jak wówczas pisaliśmy - została skazana również matka Dominika, Joanna S. Dziś kobieta żyje w szczęśliwym związku i wychowuje syna.
  • 28-letni Sebastian Sz. został aresztowany tymczasowo na trzy miesiące. Jest podejrzany o przyczynienie się do śmierci swojej córki Wiktorii. Kiedy sędzia decydował o zastosowaniu aresztu, przed budynkiem żnińskiego sądu zgromadziła się grupka nastawionych agresywnie mieszkańców. Grozili mężczyźnie samosądem. Matce dziewczynki, Joannie M., nie postawiono zarzutów. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że kobieta również mogła być ofiarą 28-latka. O tym, że kiedyś przed nim uciekła, poinformowała policję rok temu jej matka Anna M. Prokuratorowi nie udało się wówczas zgromadzić dowodów wystarczających do postawienia Sebastianowi Sz. zarzutu znęcania się nad córką. O umorzeniu śledztwa przesądziła opinia biegłego, lekarza, który szczegółowo badał dziewczynkę. Nie stwierdził on syndromu dziecka maltretowanego. Dziś w żnińskiej prokuraturze przyznają, że ubiegłoroczne niepowodzenie śledczych mogło tylko rozzuchwalić Sebastiana Sz.
  • Za dwa tygodnie powinny być znane wyniki sekcji zwłok 2-letniej Wiktorii. Decydujące będą badania histopatologiczne tkanek. Na razie ocenie sądu poddano jedynie wstępne wyniki wewnętrznych i zewnętrznych oględzin ciała dziecka. Sędziemu pokazano materiał fotograficzny, z którego wynika, że dziewczynka ma uszkodzone jelito i zasinienia na całym ciele. Nie wiadomo jednak, co było przyczyną zgonu.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie