Wstyd dla naszej dermatologii

Grażyna Ostropolska
Wraca kiła, mnożą się skórne nowotwory. Tymczasem Narodowy Fundusz Zdrowia skąpi na ich leczenie, a szpital, którego właścicielem jest toruński UMK, szuka oszczędności w... bydgoskiej klinice dermatologicznej.

Wraca kiła, mnożą się skórne nowotwory. Tymczasem Narodowy Fundusz Zdrowia skąpi na ich leczenie, a szpital, którego właścicielem jest toruński UMK, szuka oszczędności w... bydgoskiej klinice dermatologicznej.

W poczekalniach Kliniki Dermatologii, Chorób Przenoszonych Drogą Płciową i Immunodermatologii Szpitala Uniwersyteckiego im. Jurasza w Bydgoszczy wrze. Pacjentów poruszyła informacja o rzekomym przeniesieniu kliniki lub jej likwidacji. Od lekarzy niewiele mogą się dowiedzieć, więc dzwonią z prośbą do redakcji: - Sprawdźcie, czy to prawda. Ta klinika to nasz drugi dom. To nic, że

brzydki i obskurny

- uprzedzają naszą reakcję na widok zaniedbanej lecznicy. - Tylko tu możemy liczyć na fachową diagnozę i skuteczną pomoc - twierdzą pacjenci z groźnymi chorobami skóry. Przyjeżdżają tu z całego województwa. <!** Image 2 align=none alt="Image 171105" sub="Gabinet fototerapii w klinice dermatologicznej to nadzieja dla chorych na łuszczycę, bielactwo, łysienie plackowate i atopowe zapalenie skóry. Pacjentów naswietla się w nowoczesnej kabinie PUVA. Fot. Dariusz Bloch">

U pani Wandy z Torunia zdiagnozowano toczeń, którego dermatolog z miejscowej przychodni nie był w stanie rozpoznać. - Zapisywał maści, a mój stan stale się pogarszał - wspomina.

Państwo K. przyjechali tu spod Grudziądza. Ich córkę dotknęło łysienie plackowate. Nastolatka masowo traci włosy. - Słyszeliśmy od znajomych, że tu leczą takie przypadki, a na wizyty w prywatnych gabinetach nas nie stać - mówią. Zobaczyli tu 14-latkę, która właśnie odzyskuje czuprynę i są pełni nadziei.

21-letni Marek spod Tucholi choruje na bielactwo. Liczy na terapię światłem.

Wojciech Wilkowski dojeżdża do bydgoskiej kliniki ze Świecia. Stoi na czele Ogólnopolskiego Towarzystwa Chorych na Łuszczycę i wieści o planowanych zmianach bardzo go niepokoją. - O tym, że klinika miała być przeniesiona do innego budynku, mówiło się od dawna, ale o tym, że łóżek szpitalnych ma być połowę mniej i będą likwidowane specjalistyczne pracownie, dowiedziałem się dopiero dziś - mówi Wilkowski. Jako przedstawiciel chorych pacjentów zamierza bronić kliniki. Myśli o petycji do władz UMK, dyrekcji uniwersyteckiego szpitala i ministra zdrowia. - Przecież to jedyna w naszym województwie placówka, która ma dostęp do najnowszych leków i terapii, prowadzi badania naukowe, szkoli przyszłych dermatologów - tłumaczy. Sam zmaga się z łuszczycą. - Ta choroba ogarnia całe ciało, powoduje ogromne komplikacje w życiu zawodowym i osobistym, nie pozwala normalnie funkcjonować - mówi. Kiedyś, by pozbyć się objawów łuszczycy, Wilkowski musiał przebywać w szpitalu 5 - 6 tygodni. - Dziś pieniądze z NFZ ograniczają hospitalizację pacjenta do kilku dni, a każdy kolejny dzień powiększa

szpitalne długi

- zauważa Wilkowski.

Liczba Polaków chorych na łuszczycę gwałtownie rośnie. Jest ich już prawie milion (w naszym województwie około 80 tys.). Nie idzie za tym lepszy dostęp do lekarzy. - Szpitali dermatologicznych jest coraz mniej, a przychodnie niewiele mogą, bo znacznej części leków nie wolno podawać ambulatoryjnie ani stosować w domu - mówi Wilkowski. Jemu i innym pacjentom bydgoskiej kliniki bardzo pomaga fototerapia. Leczenie światłem to jednak dość kosztowny zabieg i niewiele publicznych lecznic go stosuje. Podobnie jest z najnowszej generacji lekami biologicznymi, które blokują pewne receptory układu odpornościowego pacjenta i cofają objawy łuszczycy. W bydgoskiej klinice leczono nimi tylko paru najciężej chorych, bo taki limit wyznaczył NFZ.

Dermatologia jest mocno niedofinansowaną dziedziną medycyny, a skutki takiej polityki już widać. Do Polski wracają choroby weneryczne. Wzrost zachorowań na kiłę i rzeżączkę wzrasta od paru lat. - Ostatnio trafiło do nas sześcioro pacjentów chorych na kiłę, w tym cztery ciężarne kobiety - ujawnia prof. dr hab. Waldemar Placek, szef Katedry i Kliniki Dermatologii, Chorób Przenoszonych Drogą Płciową i Immunodermatologii. Uważa, że powrót chorób wenerycznych to skutek zaniechania badań profilaktycznych. Zrezygnowano z tego obowiązku na przełomie lat 80. i 90. Pochopnie, bo krętek blady (bakteria wywołująca kiłę) znowu atakuje i groźna weneryczna

zaraza powraca.

O kile dawno przestało się mówić, więc zarażony bagatelizuje niewielkie owrzodzenie w miejscach intymnych (pojawia się ono 2-3 tygodnie po kontakcie z chorą osobą). Gdy podobnie potraktuje wysypkę na całym ciele i nie podejmie leczenia, kiła może zaatakować układ nerwowy i naczyniowo-sercowy, a nawet doprowadzić do śmierci.

- Będzie wstyd dla polskiej ginekologii i dermatologii, gdy urodzi się nam dziecko z wrodzoną kiłą, bo coś takiego w cywilizowanym świecie już się nie zdarza - ostrzegają dermatolodzy z bydgoskiej kliniki.

Profesor Waldemar Placek jest przekonany, że oszczędzanie na profilaktyce i leczeniu chorób skórnych do niczego dobrego nie prowadzi. Propozycje dyrekcji Szpitala Uniwersyteckiego, by tymczasowo przenieść klinikę dermatologiczną do budynku przy Jurasza uważa za niekorzystną dla naszego zdrowia i niedorzeczną. - Proponują nam przejściowo - a ta przejściowość ma trwać 4 lata - trzy gabinety w kącikach szpitala im. Jurasza. Mielibyśmy z nich prawo korzystać w ograniczonym czasie, np. od 7.45 do 11.00 - mówi.

Zmniejszenie o połowę łóżek szpitalnych (z 40 do 20) profesor jakoś by przeżył, ale tego, że klinice skurczy się baza lokalowa na diagnostykę, badania i edukację studentów w żaden sposób nie przełknie. - Nie da się ludzi, sprzętu i czynności, które wykonujemy w dziewięciu pracowniach, przenieść do trzech gabinetów. Tylko laik mógł wymyślić taką drogę na skróty! - ocenia profesor. Propozycje dyrekcji szpitala zdecydowanie odrzuca. - Wygląda na to, że osoby podejmujące te decyzje niewiele wiedzą o dermatologii i brakuje im kompetencji - uważa profesor Waldemar Placek i prognozuje: - Jeżeli przyjmę ich propozycje, to

klinika przestanie istnieć.

Co na to pomysłodawca przenosin? - Szpital po prostu zaproponował klinice dermatologicznej lepsze warunki - twierdzi Marta Laska, rzeczniczka szpitala im. Jurasza. - Z budynku w bardzo złym stanie przeniesie się do czystych, wyremontowanych pomieszczeń po klinice endokrynologii i diabetologii. Praca poradni dermatologicznych na tym nie ucierpi, bo zostanie wkomponowana w system szpitalnych poradni. Ustalimy grafik korzystania z gabinetów, bo te nie mogą stać puste, a o przydziale godzin zdecyduje liczba pacjentów i limity usług medycznych, przyznane przez NFZ - wyjaśnia rzeczniczka. Opowiada

o planach budowy

nowego budynku dla dermatologii, który ma powstać w 2015 r., ale pracownicy kliniki dermatologicznej nie bardzo w to wierzą. - Od kilkunastu lat obiecuje się nam remont i rozbudowę starego budynku przy Kurpińskiego lub budowę nowej siedziby. Mieliśmy się rozwijać, poszerzać działalność i nagle robią z naszej kliniki szpitalny oddział na miarę małego miasteczka. Nawet w toruńskim szpitalu zakaźnym mają więcej, bo aż trzydzieści, łóżek - narzekają lekarze. Do tej pory to oni zajmowali się diagnostyką dla toruńskiej lecznicy, a w czwartki profesor w gronie asystentów konsultował pacjentów z całego Kujawsko-Pomorskiego oraz trudne do zdiagnozowania przypadki z innych województw. Teraz może być z tym problem. I to nie tylko z powodu braku odpowiedniego pomieszczenia na takie

konsultacje.

- Nie znajduje zrozumienia fakt, że tam, gdzie mamy do czynienia z patologią trzeba obserwować pacjenta nawet 14 dni. Na ostatnim spotkaniu z dyrekcją szpitala padło stwierdzenie, że przecież już po 48 godzinach wiadomo, jak wyszła próba alergologiczna i sytuacja jest jasna. Dowodzi to niewiedzy i niekompetencji. Widać, że ten, kto tak mówi, nie słyszał o testach fotoalergicznych i odpowiednim przygotowaniu pacjenta do takiego badania - zauważa profesor Placek. Ostrych słów się nie boi. - Tu przecież chodzi o dobro naszych pacjentów. Mieli do tej pory jedną z najlepszych klinik w Polsce i mogli się czuć bezpiecznie, a teraz mogą to stracić - wyjaśnia.

Profesor Waldemar Placek jest konsultantem wojewódzkim ds. dermatologii i wenerologii, a katedrą i kliniką uniwersytecką kieruje od 10 lat. - Sami urządzaliśmy pracownie - głównie za pieniądze zarobione na organizowaniu zjazdów lekarskich. Kupiliśmy meble i sprzęt, m.in. aparat USG, pozwalający na bezinwazyjną diagnozę nacieku skórnego nowotworu, drugi taki mają tylko we Wrocławiu - chwali się profesor. Denerwuje go, gdy słyszy, że cała aparatura należy do szpitala, więc jeśli się coś nie zmieści w nowych pomieszczeniach kliniki, szpital to zagospodaruje. Dziwi go propozycja, by część badań, wykonywanych w klinicznych pracowniach zlecić komuś innemu - A najśmieszniej było, gdy usłyszałem, że badania trichologiczne, czyli badanie włosów, można zlecić bardziej kompetentnym placówkom. To ja pytam: komu? Fryzjerom? - ironizuje.

Dumą kliniki jest pracownia biologii molekularnej. Tu diagnozuje się coraz powszechniejsze w Polsce czerniaki i chłoniaki (nowotwory skóry), tu ćwiczą studenci biotechnologii. - Co najmniej nietaktowne jest stwierdzenie dyrekcji szpitala, że szybsze i korzystniejsze będzie diagnozowanie pacjentów z chłoniakami w Regionalnym Centrum Onkologii - denerwuje się prof. Placek. - My przekazujemy ich tam w schyłkowym okresie choroby, bowiem udowodniono, że chemioterapia skórnych chłoniaków T

skraca życie.

Propozycję, by badania wykonywane w pracowni dermopatologii przekazać szpitalnym histopatologom profesor zdecydowanie odrzuca: - Dermatopatologia historycznie, zwyczajowo i kompetencyjnie należy do dermatologii, a badanie preparatu należy łączyć z oglądem pacjenta, bo to usprawnia rozpoznanie choroby. Tak jest na całym świecie - wyjaśnia.

Nie do przyjęcia jest też propozycja, by pracownię fotodermatologii i fototerapii przenieść do szpitalnego zakładu fizykoterapii - Taki ruch uniemożliwi diagnostykę i leczenie światłem pacjentów z łuszczycą, chłoniakami, bielactwem i nadwrażliwością na światło, bo zgodnie z wymogami NFZ tego rodzaju zabiegi muszą się odbywać pod kontrolą dermatologów, a nie specjalistów rehabilitacji - mówi profesor. Uważa, że zmniejszenie bazy lokalowej źle wróży tym, którzy na podstawie badań w klinice dermatologii piszą prace magisterskie i doktoraty. Pogorszy też samopoczucie pacjentów, którzy z defektami skóry i nałożonymi na chore ciało maściami dobrze się czuli w oddzielnym budynku i własnym gronie.

- Nie wyobrażam sobie, że zakomunikuję pacjentce: „Ma pani czerniaka” i natychmiast wyproszę ją z gabinetu, bo przed nim czeka kolejka tych, których muszę „załatwić” do 11.00 - martwi się lekarka, znana z tego, że każdą złą wiadomość łagodziła długą rozmową z chorym.

Wydawałoby się, że tak poważne zmiany w pracy kliniki

powinno się skonsultować

z pracującymi w niej fachowcami. - Niestety, nasze rozmowy z dyrekcją szpitala, dotyczące stworzenia choćby minimalnych warunków do egzystencji katedry i kliniki w nowym miejscu, zakończyły się fiaskiem z powodu kompletnego niezrozumienia, wręcz arogancji. Decyzje podejmowano bez mojego udziału, a sugestie zignorowano - twierdzi profesor Waldemar Placek i liczy na reakcję władz Collegium Medicum UMK, którego studenci nabywają wiedzę i doświadczenie w jego klinice.

W czwartek miało się odbyć spotkanie prorektor Małgorzaty Tafil-Klawe z personelem kliniki.

- Nie doszło do niego. - Pani rektor przebywa na zwolnieniu lekarskim - informuje Marcin Czyżniewski, rzecznik UMK. Nie udzieli nam informacji o dalszych losach kliniki dermatologicznej, bo nie jest do tego upoważniony.

Opinia

Będzie czysto, tanio i bezpiecznie?

Marta Laska, rzeczniczka Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 uspokaja pacjentów:

- Przeniesienie kliniki dermatologii do budynku głównego szpitala uniwersyteckiego ma zapewnić pacjentom lepsze i bezpieczniejsze warunki hospitalizacji, bo obiekt, który obecnie zajmuje, jest w bardzo złym stanie, a koszty jego utrzymania są ogromne. Specjalnie wydzielone skrzydło szpitala, z jasnymi korytarzami i trzyosobowymi salami, zapewni chorym lepsze warunki w pokojach, podczas badań diagnostycznych i zabiegów, umożliwi też korzystanie ze szpitalnego zaplecza medycznego. Klinika otrzyma pomieszczenia na salę chorych, gabinety zabiegowe, diagnostyczne i lekarskie. Będzie tu maściarnia, a nawet pokój dla studentów wraz z biblioteką. W dotychczasowej siedzibie klinika miała 40 łóżek szpitalnych, ale wykorzystywała je w połowie ze względu na limity NFZ. Stąd ich redukcja do dwudziestu.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie