Wyrok na królewskie miasto

Redakcja
Jaki Brześć zobaczy król Łokietek, gdy we wrześniu zamelduje się na skwerze? A brześcianie? W jakich będą nastrojach, odsłaniając pomnik swego ziomka? Czy istnieć będzie jeszcze cukrownia? Ilu kolejnych mieszkańców wyjedzie na Zachód?

Jaki Brześć zobaczy król Łokietek, gdy we wrześniu zamelduje się na skwerze? A brześcianie? W jakich będą nastrojach, odsłaniając pomnik swego ziomka? Czy istnieć będzie jeszcze cukrownia? Ilu kolejnych mieszkańców wyjedzie na Zachód?

<!** Image 2 align=right alt="Image 81221" sub="Cukrownia Brześć Kujawski była przez ostatnie sto lat sercem i nadzieją niewielkiego miasta. Teraz ma zostać zamknięta. - Zostanie po niej rozpaprany teren, ruiny i skutki społeczne - denerwuje się burmistrz Wojciech Zawidzki. / Fot. Piotr Schutta">Kwietniowy poniedziałek, dochodzi piętnasta, 4,5-tysięczne miasteczko Brześć Kujawski ospale zalicza kolejny dzień. Na słupie ogłoszeniowym Brzeskiego Centrum Kultury ktoś informuje, że chce sprzedać fotel rozkładany, ktoś inny zaprasza rolników na kurs fryzjerstwa. Ale ani fotela, ani kursu układania włosów nikt tu nie potrzebuje.

Dwa tysiące plantatorów buraka cukrowego myśli raczej o tym, co będą siać na polach, gdy zapowiadana likwidacja cukrowni w Brześciu Kujawskim stanie się faktem. Ucierpią nie tylko rolnicy. Ponad 150 pracowników trafi na bruk. Zniknie potężny zakład przemysłowy o ponadstuletniej historii. Tak postanowił niedawno Zarząd Krajowej Spółki Cukrowej.

Nic ich tu nie trzyma

- Najgorsze, że z ekonomiką to nie ma nic wspólnego. Nasza cukrownia jest jedną z najlepszych w kraju. Pozostanie po niej rozpaprany teren, ruiny i skutki społeczne - denerwuje się burmistrz Wojciech Zawidzki (trzecia kadencja na tym stanowisko).

<!** reklama>Ze swojego okna burmistrz cukrowni nie widzi, ale ma za to widok na plac Władysława Łokietka zwany skwerem. Król podobno gdzieś tu w pobliżu się urodził. Nie wiadomo gdzie dokładnie, bo tamtego Brześcia już nie ma. Zachował się jedynie układ uliczek średniowiecznego grodu (wpisany do rejestru zabytków), który można podziwiać na zdjęciach lotniczych.

Resztę trzeba sobie wyobrazić. Nie ma zamku królewskiego. Został zniszczony przez Szwedów w XVII wieku i rozebrany później przez Prusaków, którzy postawili na wzgórzu zamkowym więzienie. Nie ma murów obronnych; brakuje starego ratusza (Szwedzi); dwóch baszt, którymi wjeżdżało się do miasta; nie ma śladu po fosie. Aby zobaczyć Brześć średniowieczny oraz unikalne na skalę światową dowody osadnictwa na tych ziemiach sprzed 5 tysięcy lat, trzeba jechać do muzeów w Łodzi i Warszawie. Odwiedzając Brześć trudno się zorientować, że kroczy się uliczkami, po których stąpali Łokietek, Jagiełło i Kazimierz Wielki (ten ostatni na zamku w Brześciu nadał prawa miejskie Bydgoszczy).

Na skwerze przed ratuszem (centrum miasta) pustki. Młoda kobieta zajada frytki spoglądając na trzyletnią córeczkę. Frytki to wszystko, czym może się najeść przybysz przejeżdżający przez miasto (ruch jest olbrzymi, nie ma obwodnicy, więc autobusy i ciężarówki mkną przez środek miejscowości). Jedyna restauracja w mieście jest zamknięta. Rzucają się za to w oczy szyldy firm pożyczkowych.

- I lumpeksów nie brakuje - mówi 28-letnia Justyna, z zawodu sprzedawczyni, aktualnie bezrobotna. Mąż od kilku miesięcy sadzi w Holandii kalafiory, bo w fabryce maszyn rolniczych „Krukowiak” słabo płacili (to największy w mieście zakład).

Kobieta mieszka w jednym z szarych bloczków, stawianych dla pracowników cukrowni w okresie świetności zakładu. Mówi, że nic jej tu nie trzyma. Większość jej znajomych siedzi za granicą. Sama też szykuje się do wyjazdu. Niech tylko mąż jako tako się urządzi.

Wstyd przed królem

Gdyby król Władysław mógł ożyć i zejść z pomnika (odsłonięcie 27 września), obszedłby swoje rodzinne miasto w 15 minut. Zobaczyłby przysypiających dwóch taksówkarzy na ławce obok dawnej księgarni, w której dzisiaj sprzedaje się „odzież, torby, obuwie”, powiewające przed lumpeksami schodzone dżinsy i smutne twarze mieszkańców. Konia pewnie by nie dosiadł, bo mimo że jest tu najlepsza w kraju prywatna hodowla koni czystej krwi arabskiej (właściciele są z Włocławka), dla przeciętnego mieszkańca stadnina nie jest dostępna. Działająca przy niej restauracja do tanich nie należy i świeci pustkami, a w nowoczesnej ujeżdżalni (ponad tysiąc miejsc siedzących) organizuje się jedynie pokazy dla znamienitych gości i to od wielkiego dzwonu. Gdyby król zgłodniał, mógłby co prawda zajrzeć do rodzinnej piekarni Wiesława Sipy (też włocławianina), ale nie wiadomo, czy posmakowałby znanych w całym kraju rogalików z budyniem, bo firma nie ma ani własnego sklepu, ani cukierni. Chyba że poczęstowano by Łokietka prosto z taśmy.

- Był w miasteczku bar, ale krótko, bo zaraz zaczęły się schodzić pijaczki. Tak naprawdę, to nic w tym Brześciu nie ma. Na zakupy i na imprezy jeździ się do Włocławka. Większość młodych stąd ucieka. Albo do pracy za granicę, albo na studia. Nie wracają. Tu nie ma perspektyw - Anita, Mariusz i Zbyszek jeszcze nie uciekają. Trzymają ich przyzwoite zarobki w piekarni i rodziny.

Młody mężczyzna w niebieskiej koszulce podpiera ścianę przed sklepikiem naprzeciwko starej remizy (na początku XX w. działały w Brześciu dwie straże ogniowe - miejska i należąca do cukrowni). Sklep należy do jego żony. On sam pracuje we Włocławku. Brześcia nie lubi, woli pobliski Lubraniec, skąd pochodzi.

- Lubraniec jest mniejszy, a prosperuje lepiej. Brześć to stare miasto, ale nie ma kto o nie zadbać. Nikt nie umie tu przyciągnąć turystów - krytykuje mężczyzna. Z miejsca, w którym rozmawiamy, widać ścianę z napisem „Cognis”. - Tak, to była niemiecka firma. Posiedzieli 5 lat, zarobili i zwinęli się, kiedy skończyły im się ulgi podatkowe - mówi nasz rozmówca.

Trudno uwierzyć, że Brześć był przez kilkaset lat stolicą księstwa i województwa brzesko-kujawskiego, najpotężniejszym miastem w tej części Polski, decydującym o losach mieszkańców regionu. Podźwignięty pod koniec XIX w. przez prężnie rozwijającą się cukrownię, dziś znowu podupada. Nadzieją dla samorządowców z Brześcia była Unia Europejska i jej fundusze na rewitalizację. - Okazało się jednak, że i w tej kwestii jesteśmy skazani na niebyt, bo o dotacje mogą się ubiegać tylko miejscowości powyżej 5 tysięcy mieszkańców - mówi burmistrz Zawidzki.

Na ratunek

Niedawno władze miasteczka wystosowały do władz województwa kujawsko-pomorskiego dramatyczny apel o ratowanie cukrowni przed likwidacją. Czy ktoś zwróci na niego uwagę?

- Wie pan, co jest najgorsze? Ja przepracowałem w tej cukrowni 40 lat. A tu nagle przyjeżdża dwóch chłopców w garniturkach, którzy mają w spółce cukrowej kilka lat pracy i mówią, że wszystko będą zamykać. Spisują majątek, zmieniają nagłówek w programie restrukturyzacji, wykreślając jedną nazwę cukrowni, a wpisując inną i jadą dalej. To wszystko jest strasznie przykre - mówi Stefan Olszewski, związkowiec z cukrowni. Porównywał program restrukturyzacyjny dla Cukrowni Brześć Kujawski z podobnym dokumentem, opracowanym przez KSC dla innej cukrowni. Twierdzi, że niczym się nie różniły, oprócz nazwy zakładu.

Koniec stuletniej historii

- Jak wyrwą nam stąd cukrownię, to z głodu nie umrzemy. Kasa gminy straci na tym co prawda ponad 800 tysięcy rocznie samych podatków od nieruchomości, które dotąd płacił nam zakład, ale jakoś sobie poradzimy. Chodzi o coś innego - tłumaczy burmistrz. - Nie możemy pogodzić się z tym, że w mieście, w którym z dużym wysiłkiem budujemy nowe rzeczy, ktoś jednym ruchem przekreśla dobrze funkcjonujący zakład i sto lat historii.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie