Z drogi zwierzę, automobil jedzie!

Redakcja
Pierwsze samochody pojawiły się na ulicach naszych miast ponad sto lat temu. Zanim ludzie do nich przywykli, powodowały sporo zamieszania i groźnych wypadków.

Pierwsze samochody pojawiły się na ulicach naszych miast ponad sto lat temu. Zanim ludzie do nich przywykli, powodowały sporo zamieszania i groźnych wypadków.

<!** Image 2 alt="Image 165909" sub="Pracownicy jednego
z pierwszych w Toruniu warsztatu naprawy samochodów „W. Katafias”, czynnego jeszcze
w czasach pruskich, pozują do wspólnego zdjęcia przed zakładem naprawczym numer 3
Fot. Archiwum Albumu Rodzinnego">Pojawienie się automobilu wywołało wielkie zbiegowisko na rynku. Podobnie bywało i przy następnych jazdach Antoniego Kamuli. Niestety, nikt nie zapamiętał nazwy samochodu. Zanotowano jedynie, że silnik miał 9 koni, a auto rozwijało zawrotną wówczas szybkość 40 km na godzinę. Każde jego pojawienie się na ulicach miasta wywoływało zamieszanie nie tylko wśród przechodniów, ale także panikę wśród powszechnie używanych wówczas do poruszania się koni - wywracanie zaprzęgów i ponoszenie. Z czasem pierwszy szofer wśród torunian nauczył się, że posiadanie samochodu nie upoważnia do tego, by zachowywać się jak król ulic, że trzeba najpierw poczekać, aż przejdą zwierzęta...

<!** reklama>

Niestety, nie udało nam się ustalić, kiedy pierwszy samochód wjechał na ulice Bydgoszczy i innych większych miast w regionie. Musiało to jednak nastąpić w podobnym czasie.

Warsztaty naprawcze

Rozwój motoryzacji następował szybko. W księdze adresowej Bydgoszczy z 1909 r. po raz pierwszy wymienione zostały od razu 4 warsztaty naprawy samochodów. Były to punkty prowadzone przez Niemców: Krausego (ul. Jagiellońska 11), Lunda (ul. Sobieskiego 6, łącznie z garażami i stacją benzynową), Uklitza (pl. Wolności 14, ze stacją olejową i benzynową) i Stadiego (ul. Sienkiewicza 20a).

<!** Image 3 alt="Image 165911" sub="Jeden z pierwszych klientów toruńskiej firmy „W. Katafias” wygląda na zadowolonego Fot. Archiwum Albumu Rodzinnego">W 1914 r. było w mieście już kilka firm transportowych, m.in. Albrechta „Germania-Haus” przy ul. Jagiellońskiej 35, Schumanna przy Gdańskiej 137, Voigta przy Neue Brahegasse 3 oraz wspomnianych Krausego i Stadiego. Istaniały też 4 stacje benzynowe i 7 warsztatów naprawczych.

Gruszką na przechodnia

<!** Image 4 align=right alt="Image 165913" sub="Reklamowa ulotka firmy „W. Katafias” Fot. Archiwum Albumu Rodzinnego">W 1929 r. w Bydgoszczy zarejestrowanych było już 350 samochodów. Zdecydowaną większość stanowiły taksówki i pojazdy służbowe.

Zbigniew Raszewski, autor „Pamiętników gapia”, tak je zapamiętał: „Miały starą sylwetkę o wysokiej karoserii, koła ze szprychami i silniki zapuszczane na korbę. Nie posiadały kierunkowskazów-migaczy. Ich rolę spełniała czarna strzałka na podświetlanym białym tle, obracająca się w kierunku skrętu. Potem pojawiły się zamiast strzałek jednakowe, oświetlane od wewnątrz wskazówki, wyskakujące ze swojego futerału to z lewej, to z prawej strony samochodu”.

Raszewski zapamiętał z okresu międzywojennego ogromne bogactwo marek samochodów, pojawiających się na ulicach Bydgoszczy: osobowe daimlery, esseksy i steyery, a także dość popularne pragi, fordy, citroeny, chevrolety, renaulty, BMW, merceesy, ople, adlery, a w późniejszym okresie DKW, hannomagi, wanderery i polskie fiaty.

Auta te miały początkowo bardzo obszerne i wygodne wnętrza, starannie wykończone, za to słabe silniki i hamulce. W latach dwudziestych hamulce były wyłącznie ręczne i to z dźwignią wystającą na zewnątrz. Kierowca, aby się zatrzymać, musiał wystawić przez okno rękę i zaciągnąć dźwignię. Dlatego, jak twierdzi Raszewski, wypadki najechania, a nawet przejechania przechodnia były dość częste. Ponadto płoszyły się konie przy furmankach, szczególnie gdy kierowcy używali klaksonów, czyli „trąbek z gruszkami”, także wystającymi na zewnątrz pojazdu, które trzeba było nadusić.

W 1929 r. w Bydgoszczy powstał Automobilklub Pomorski. Jak zapisano w statucie, miał on na celu „uporządkowanie ruchu drogowego, rejestrację pojazdów i kierowców, wydawanie pozwoleń na prowadzenie, pobieranie opłat od samochodów, itp”.

<!** Image 5 alt="Image 165914" sub="Przed najbardziej eleganckim hotelem
w Bydgoszczy, „Pod Orłem” już przed I wojną światową
w oczekiwaniu na dyspozycje hotelowych gości stała elegancka „mechaniczna dorożka samochodowa”
Fot. ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Bydgoszczy">W tym samym roku „Gazeta Bydgoska”, donosząc o zorganizowaniu w Warszawie „Tygodnia nauki chodzenia po ulicach”, konstatowała, że przydałoby się to i u nas.

Nadzieją... wóz Hitlera

Jak zapisał Zbigniew Raszewski, późne lata 30. przyniosły znaczący postęp. Pojawiły się opływowe kształty samochodów, obniżona została ich wysokość, a przednie szyby przybrały pochyły kształt.

Najmodniejsze stały się czarne i ciemnoszafirowe buicki i chevrolety, które były synonimem luksusu. Wyróżniały się też wśród innych fordy i mercedesy.

<!** Image 6 alt="Image 165915" sub="Przed najbardziej eleganckim hotelem
w Bydgoszczy, „Pod Orłem” już przed I wojną światową
w oczekiwaniu na dyspozycje hotelowych gości stała elegancka „mechaniczna dorożka samochodowa”
Fot. ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Bydgoszczy">W 1934 r., gdy nastał koniec kryzysu, na rynku znalazły się tańsze wozy, m.in. Polski Fiat 508. Opowiadano jednak, że wszystkie i tak pobije niemiecki volkswagen, czyli „wóz ludowy”, który miał być wyprodukowany na specjalne życzenie Hitlera. Miał on kosztować śmiesznie mało, bo 750 marek (około 1500 zł), ale do wojny nie doczekano się go, mimo iż prowadzona była, także w Bydgoszczy, jego przedsprzedaż na znaczki wklejane do specjalnych kart.

W 1937 r. chevrolet kosztował 7-8 tys. zł, Polski Fiat 508 - 5400 złotych. Samochody były jednak dostępne na raty, a w przypadku polskich fiatów niektórzy, np. oficerowie, przy zakupie otrzymywali specjalne ulgi.

Za 2 złote na dworzec

Pierwszym otwartym na terenie Kujaw i Pomorza punktem sprzedaży samochodów był Auto-Salon, założony w 1924 r. przez mechanika Feliksa Tomaszewskiego i rolnika spod Tucholi, Leona Leligdowicza. Jako cel działania wymienili przy rejestracji „zastępstwo firmy samochodowej Mathis SA w Strasburgu i innych firm samochodowych”. Firma wynajęła lokal w Bydgoszczy przy ul. Gdańskiej 158. Po niecałym roku upadła.

<!** Image 7 alt="Image 165916" sub="Przed najbardziej eleganckim hotelem
w Bydgoszczy, „Pod Orłem” już przed I wojną światową
w oczekiwaniu na dyspozycje hotelowych gości stała elegancka „mechaniczna dorożka samochodowa”
Fot. ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Bydgoszczy">W okresie międzywojennym w Toruniu jeździło mniej samochodów niż w Bydgoszczy. W całym Pomorskiem w 1938 r. było zarejestrowanych 5 tys. pojazdów osobowych, a motocykli - 1500. Taksówek było około 500. W Toruniu miały one 4 postoje: na Rynku Staromiejskim koło poczty, przy ul. Konopnickiej koło parku oraz przy dworcach kolejowych, takich jak Toruń Przedmieście (obecny Główny) i Toruń Miasto. Pierwszy kilometr kosztował 50 gr. Za jazdę z centrum na Dworzec Główny trzeba było zapłacić 2 zł. Jak zapisał w swoich wspomnieniach Władysław Serczyk, były to „przeważnie fordy, kanciaste, ale wypolerowane, zawsze po kilka ich stało i czekało. (...) Przebicie Łuku Cezara i nowy most zmieniły oblicze Torunia, wprowadziły samochody w większej liczbie na Stare Miasto. (...) Na nowo budowanych arteriach wylotowych zakładano oświetlenie elektryczne, w mieście było gazowe, ale dla samochodów niewystarczające. W Toruniu po raz pierwszy w Polsce ustawiono słupy żelbetowe zamiast żeliwnych na alei 700-lecia i na Wałach. Tzw. białe słupy stały się popularne w całym kraju za sprawą artykułu w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”.

W międzywojennym Toruniu działało 5 stacji benzynowych. Miały zwykle jedną ręczną pompę. Trzeba było najpierw napompować benzynę do przezroczystego zbiornika - miarki, skąd spływała wężem do baku samochodu. Trwało to bardzo długo. W centrum funkcjonowały tylko dwie stacje: na Rynku Nowomiejskim i u zbiegu ulic Garbary i Królowej Jadwigi. Jeszcze w latach 20. uzupełnieniem stacji benzynowych była sprzedaż paliw, olejów i smarów w... aptekach i drogeriach, w specjalnych kilkulitrowych bańkach. Przy Szosie Chełmińskiej w 1923 r. założona została fabryczka braci Cierpiałowskich pod szumną nazwą „Pomorska Fabryka Samochodów, Motorów i Maszyn”, jednak były to głównie warsztaty naprawcze, zatrudniające 30 robotników.

Gwoździe na przejściach

Zbigniew Raszewski zapamiętał, że w godzinach rannych po Bydgoszczy jeździł wielki saurer, zbierając po mieście oficerów lotnictwa, aby ich zawieźć na lotnisko. Był to jedyny tej marki samochód ciężarowy w Bydgoszczy, okryty brezentem, z żelaznymi schodkami dla wsiadających, przytwierdzonymi z tyłu.

Jeśli było gorąco, pojawiała się na ulicach polewaczka motorowa, pomalowana na zielono, bardzo powolna. Dopiero w latach 30. miasto kupiło sobie drugą na podwoziu trzytonowego Polskiego Fiata z błyszczącym aluminiowym zbiornikiem.

<!** Image 8 alt="Image 165918" sub="Przed najbardziej eleganckim hotelem
w Bydgoszczy, „Pod Orłem” już przed I wojną światową
w oczekiwaniu na dyspozycje hotelowych gości stała elegancka „mechaniczna dorożka samochodowa”
Fot. ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Bydgoszczy">Autor „Pamiętnika gapia” wspominał: „W sumie samochodów było niewiele. U zbiegu Gdańskiej, Dworcowej i Pomorskiej znajdowała się maleńka wysepka, a na niej stał jedyny w mieście policjant regulujący ruch. Kiedy z Dworcowej pojawił się samochód, którego strzałka (migaczy jeszcze nie było) wskazywała w kierunku rynku, policjant stawał na baczność, wyciągał w kierunku samochodu białą pałkę, a następnie czynił w kierunku Gdańskiej wojskowy zwrot całym sobą tak, że pałka wskazywała dalszy kierunek jazdy, co znaczyło „możesz jechać”, a zarazem stanowiło ostrzeżenie dla wszystkich pojazdów i przechodniów znajdujących się w okolicy. Cała operacja dokonywała się przy akompaniamencie przeraźliwego trąbienia samochodu i stanowiła pewną sensację. O światłach jeszcze nikomu się nie śniło. Na ulicach w tym czasie dominowały wozy konne, m.in. pomalowane na biało mleczarki, z węglem, z piwem, załadowane dębowymi beczkami spiętrzonymi na platformie i wiszącymi pod nią. Jeździły też karawany pogrzebowe, wozy strażackie, a jesienią chłopskie furmanki pełne kartofli, kapusty i jabłek. (...) Samochodów w sposób widoczny zaczęło przybywać dopiero w ostatnich latach międzywojnia. W 1938 zabroniono im trąbić. Przechodniów zaczęto nakłaniać do przepisowego przechodzenia przez jezdnię, szczególnie na ruchliwych ulicach: tylko na narożnikach i pod kątem prostym. Niepojętnym i opornym policja zaczęła wymierzać mandaty. U zbiegu Gdańskiej, Jagiellońskiej i Marszałka Focha ustawiono pierwsze barierki. Od jesieni 1935 na ulicach malowano zebry, a w głównych punktach Śródmieścia zaznaczano przejścia dla pieszych w sposób niezmiernie elegancki: wbitymi w bruk mosiężnymi gwoździami. Miały one główki o średnicy 10 cm. Wszystko to było trochę na wyrost, gdyż mimo podwojenia liczby samochodów do samej wojny ruch pojazdów w porównaniu z obecnym był bardzo mały”.

<!** Image 9 alt="Image 165919" >Warto wiedzieć

Straszne katastrofy

  • W latach międzywojennych prasa z lubością donosiła, najczęściej pod wielkimi, krzykliwymi, sensacyjnymi tytułami, o wypadkach drogowych, zwykle używając zwrotu „doszło do strasznej katastrofy”. Poniżej kilka przykładów:
  • 5.08.1933 r. „W Bydgoszczy na Sienkiewicza samochód kierowany przez szofera Antoniego Rybarczyka z Paderewskiego 10 najechał rowerzystę Feliksa Okońskiego z Chocimskiej 9, 49-letniego inwalidę. (...) Nieszczęśliwą ofiarę wypadku odstawiono w stanie zupełnej nieprzytomności karetką pogotowia ratunkowego do szpitala miejskiego”.
  • 25.08.1934 r. „Gdy tramwaj o 17 na Okole przejeżdżał ul. św. Trójcy i miał mijać Chwytowo, wyjechał nagle z tej ulicy samochód wojskowy i wpadł na tramwaj. Skutkiem uderzenia tramwaj został wyrzucony z szyn, przyczem uległ uszkodzeniu i potłuczeniu szyb w oknach, samochód zaś został poważnie uszkodzony. Kobiety znajdujące się w wagonie tramwajowym podniosły krzyk, z przerażeniem wybiegając z wagonu. Wypadku z ludźmi nie było”.
  • 29.08.1932 r. „Groźna katastrofa na moście w Toruniu. Samochód potrącił woźnicę ze Stawków, ranny został koń”.
  • 1.08.1930 r. „Kronika notuje codzień jakąś katastrofę samochodową, spowodowaną nieostrożną jazdą. Zupełny u nas brak policji drogowej. Toteż furmanki na szosach jeżdżą sobie lewą stroną, zamiast trzymać się przepisowo prawej. Albo jedzie środkiem, zatamuje drogę i nikomu nie chce ustąpić. Mianowicie, gdy usłyszy sygnał auta za sobą, poczyna jechać zygzakiem i stara się samochodu nie przepuścić. To jest sport, jaki wielu furmanów uprawia. W innych państwach patroluje policja na motocyklach i bierze takiego zawalidrogę za kark”.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie